Przygotowanie do nowego sezonu …

Lis - 13 2016 | no comments | By

Powoli dobiega końca roztrenowanie.  Przygotowania pod nowy sezon będą całkiem inne niż w 2015/2016.

Przygotowanie do sezonu. W tym roku postanowiłam zacząć od podstaw, czyli od ogólnego wzmocnienia organizmu, szczególnie korpusu. Dwa razy w tygodniu uczęszczam na treningi funkcjonalne w Mulitfitnessie (sami biegają i wiedzą co dla biegacza jest dobre) do tego raz w tygodniu spotkanie z „ratowniczką mojego ciała” fizjoterapeutką Gośką.  To ma być podstawa.

15050361_746637175475501_608123579_n

Do tego na początek dochodzą 4 treningi biegowe w tym obowiązkowo – 1-2 (jeżeli będzie taka możliwość) w górach.

Sauna raz w tygodniu – jako przyzwyczajanie organizmu do wysokiej temperatury (chodzi głownie o kwiecień – w Chorwacji jest sporo cieplej)

Cel: wzmocnić wytrzymałość tak by udało się złamać 30h podczas kwietniowego biegu 100 miles of Istria

Przed Istria treningowo plauję wystartować na Zimowym Maratonie Bieszczadzakim, Ultra Śledź, Noraftrail – bieg za dolarami.

Kolejny cel  to Ultra Trail Małopolska, który będzie dla mnie najprawdopodobniej najcięższym biegiem w roku 2017. Prawie 9 tys metrów w górę – mocne ostre podejścia w Beskidzie Wyspowym. Ciężko ( w październiku na 3 części treningowo zrobiliśmy tą trasę), ale wato podjąć ryzyko i wystartować, bo organizacja rewelacyjna:)

14542907_724548747684344_1293634862_n

Lipiec-sierpień… i tu pojawiają się wątpliwości, czy wystartować w Dolnośląskim Biegu 7 Szczytów – czy jednak Grań Tatr, która byłaby zdecydowanie lepszym przygotowaniem dla mnie pod kamieniste trasy Dalmacji, którą spróbuję pobiec jeszcze raz w roku 2017 ale próbując poprawić czas do 31-32h.

img_5870

Będzie mniej startów drobnych – więcej treningów. Mniej szybkosciowych treningów – więcej dłuższych marszobiegów w górach.

 

Do treningów obowiązkowo nowa kolekcja Thoni Mara – w tym nowy odcień kurtki Speed Jacket, która mimo, że jest ultra lekka doskonale nadaje się do biegania nawet w temperaturze 0C

img_7325img_8442-c

Dexshell – nieprzemakalne skarpty i rękawiczki. Może one będą tym elementem, który pozwoli uniknać takich odparzeń i bąbli, jakie miałam na Dalmacji i na Dolnośląskim Festiwalu Biegowym. Jeżeli jest możliwość zmniejszenia bólu, lub opóźnienia jego powstania – to genialnie.

img_7327img_7328

Do wypróbowania pójdą również odżywki HIGH5, które wkrótce pojawią się również w naszym sklepie dla biegaczy NORAFSPORT

h5_selection_pack_and_contents

Do zobaczenia na trasach biegowych…:) 🙂 🙂

A

www.norafsport.pl

www.malopolskabiega.pl

www.multi-fitness.pl

 

 

Dalmacija Ultra Trail – nie ma że boli… walka trwa…

Paź - 25 2016 | no comments | By

Po nieudanym starcie nad Balatonem musiałam znaleźć dla siebie coś fajnego – coś co zrekompensuje UltraBalaton.

I tak pojawiła się Dalmacija Ultra Trail. Pojawiła się nie przypadkiem – bo podczas biegu 100miles of Istria, gdzie nie biegłam, a byłam  kibicem chłopaków.

165 km po górach – ja nie dam rady? Z takim właśnie podejściem postanowiłam zapisać się na najdłuższy z dystansów.

roadbook-165km

 

Trasa biegu miała mieć  prawie 6000 metrów przewyższenia w górę, co oznaczało, że będzie łatwiej niż na 3 dniowym treningu na trasie Ultra Trail Małopolska… tak myślałam…

14 godzinna podróż do przepięknego miasteczka Omis, w którym mieliśmy start i metę była trochę męcząca, ale po krótkiej przerwie i rozpakowaniu rzeczy zebraliśmy siły i ruszyliśmy do biura zawodów odebrać pakiety.

img_5775

A w pakiecie oprócz koszulki Regatta  – plecak i bandanka z trasą. Do tego jakieś próbki czegoś dziwnego – snacki jakby brokuł wysuszonych – w sumie całkiem to dobre – ale nie do określenia co to właściwie jest:)

Podczas odbierania pakietu każdy z zawodników musiał pokazać obowiązkowe wyposażenie – głownie chodziło o czołówkę i zapasowe baterie oraz o „mini apteczkę”.

Jarając si e swoją wypasioną czołówką Petzl Nao – stwierdziłam, że komplet baterii i naładowany power bank – w zupełności wystarczą…ale o tym później.

14797465_736097656529453_669276447_n

Wieczór to leniwe łażenie po miasteczku i „nawadnianie” najlepszym z izotoników – wino+ piwo = petarda na biegu.

img_5858

Start naszego dystansu odbył sie o 13 w piatek – w sobotę startowała jeszcze Ewelina z Sebastianem na trasie 60 km – dla Eweliny był to debiut na trasie ultra – więc mega gratulacje:)

14801203_1150741035018119_1260926294_n

 

Miejsce startu to przepiękna stara części miejscowości Omis. Atmosfera niepowtarzalna… i trochę znajomych biegaczy z Polski na naszym starcie – miło :):):)

14805585_736098313196054_161177746_n14799022_736098266529392_1447252783_n

Start bardzo spokojny. To miał być mój najdłuższy dystans, jaki do tej pory przebiegłam w dodatku po terenie, po jakim jeszcze nie biegłam – cel: spokój Cie uratuje.

Na początku trasy przywitała nas mżawka, która po jakimś czasie zmieniła się w lekki deszcz, który przy temperaturze +20C był jak zbawienie.

Piękna chorwacka przyroda: z lewej strony morze – z prawej góry… a pod nogami coraz więcej skał – skałek – fragmentów skał…

14804709_736098226529396_2126873227_n 14804820_736098203196065_733555304_n 14793825_736098189862733_1337994721_n

Biegliśmy razem z Piotrkiem. Pierwsze kilometry ja biegłam bardzo wolno – nie lubię początków i wiem, że jak to źle rozegram mety nie zobaczę.    Więc powoli się rozkręcałam…na 41 km jak przystało na prawdziwych biegaczy ultra zapodaliśmy w schronisku zimne piwko – co dla tamtejszej ekipy chyba było lekkim zdziwieniem.

Mocne ostre podejście pod górę – i asfaltowy zbieg…do mocnego zbiegu z ostrymi kamieniami. Nigdy wcześniej nie sądziłam, że będę mówić, że marzyłam o tym by był asfalt – tak wtedy marzyłam o asfalcie. I na wielu odcinkach DUT te marzenia wracały. Błagałam o asfalt – zwłaszcza w drugiej części biegu.

Trochę rosy w nocy – i zaczyna się… stopy. Od ok 60 km pomimo regularnego smarowania kremem, i „impregnacji” stopy – coś się zaczyna dziać – i najgorsze to to, że „to coś” cholernie bolało. I bolało z każdym kilometrem bardziej.

Piątkowy wieczór – to niesamowite przeżycia na trasie – gdzie kibicujące dzieciaki i rodzinki przygotowały dla biegaczy punkty z wodą, izotonikami i mandarynkami – to było coś pięknego.:)

Od punktu Klis do punktu Stino – było zaledwie 16 km – ale to jedne z najcięższych 16 km na tej trasie. Ciężki technicznie podbieg i jeszcze cięższy zbieg – a raczej zejście wraz ze zjazdem. Niemniej jednak pięknie – choć nic nie widać. Ze Stino mkniemy do Gaty – zaczynają się akcje z czołówką. Zachwycona tym pięknym światłem Petzla – nie pomyślałam  o tym, że to najmocniejsze światło – nie jest tym co najdłużej wytrzymuje – baba…

Ale przecież ja mam baterie… i power banka… zajebiście – tylko baerie wysiadły po niecałych 2 godzinach – a power bank zaczął powoli ładować – czyli na zbiegu z Stino do Gaty leciałam na oparach baterii – a z Gaty…. z latarką, która na szczęście wziął dodatkowo Piotr. W Gatcie był przepak – więc szybko przebrałam skarpety i buty – bo jz czułam, że odparzone podbicia będą wielkim kłopotem. I chyba błędem było, że nie zostawiłam jednak swoich merrelli – tylko przebrałam na starsze buty (ciut mniejsze a przy spuchniętej nodze-  trochę jednak mogłyby być większe).

Latarka w ręce jednej – kijki  w drugiej – nogi bol – a wiem (ak się udało),że wtedy byłam druga z kobiet… na krótko jednak.

Ból stóp doskwierał również Piotrowi – więc dwie kaleki wspierały się dzielnie.

Na początku chciałam walczyć o to 2 miejsce – ale wiedziałam, że to ciężka sprawa… gdy 4 zawodniczka jednak przybliżała się znowu do mnie – stwierdziłam – że choćbym kwiczała z bólu – nie dam się! A kwiczałam… całe 100 km.

Poranek sobotni -to był dla nas jakiś 110 km. Coraz więcej skał pod stopami – a może my już to tylko czuliśmy.

Piękny wschód słońca – bezchmurne niebo…. piękne widoki… cudownie – tylko do cholery czemu te nasze stopy tak bolą. Do bólu stóp doszedł ból brzucha – i generalnie przełożyło się to na braki kaloryczne ( na szczęście mam sporo zapasów po bokach 😉 ). Woda i cola-  to jedyne co mogłam pić tam gdzie nie było herbaty. Ale wtedy zaryzykowałam i kupiliśmy litrowy jogurt naturalny – i to było to… zbawienie. Ożyłam – przyspieszyliśmy i była walka – walka do końca. Walka o 3 miejsce wśród kobiet.

4 kobieta siedziała mi na ogonie – niby godzina różnicy – ale ona się zmniejszała – i wtedy postanowiłam, że dam czadu i mimo, że ból jest wielki – nie dam się…

Jednak wielkie zdziwienie było – gdy ta 4 kobitka na dystansie 11 km, gdzie biegliśmy za trasą nie zbaczając z niej  (początek dość łatwy-  ale druga część niebezpieczna i ciężka) nadrobiła o dziwo do nas 50 min  – co przy czasach jej z innych punktów można mieć DUŻE WĄTPLIWOŚCI – czy biegła trasa czy drogą szybkiego ruchu  – stąd ta szybkość. Generalnie to przyspieszenie jej  – było ni z gruchy ni z pietruchy. My włączyliśmy turbo doładowanie w bardzo mocnym i już bez światła podejściu na zamek – co prawie skończyło się moim turbo zejściem  świadomości i ciała tuż przed zamkiem. Taki szybki pęd/ chód w górę niestety doprowadził do szybkiego wzrostu ciśnienia a przy zmęczonym ciele… było generalnie kipesko – zawroty głowy – przyduszenie. Do tego wymioty… czytaj tragicznie.

Prawdziwa walka zaczęła się na 160 km. I była walka ciała ze świadomością. Ale nie dałam się.

Weszłam na zamek i powoli – by się nie zabić – a można było – zbiegłam do mety – gdzie czekała Ewelina, Sebastian i Jace z aparatem:)

Po drodze do mety pękł duży pęcherz na stopie co dodało bólu… ale przecież to już meta…

I udało się:)

img_5981img_5986

Pudło dla kilku naszych zawodników – GRATULACJE: Pigmej, Ania, Łukasz, Emilia:)

img_6021 14808128_1150751301683759_1984964018_o 14795647_1150751295017093_771961674_o 14796090_1150751305017092_639779207_o

 

Wnioski na przyszłość przy biegu gdzie jest  jakakolwiek szansa na bieg drugą noc:

  1. czołówka + 2 zapasy baterii + power bank
  2. czołówka zamienna na przepak + 2 zapasy baterii
  3. termos z herbata miętową na przepak – mały termos 0,5 l do plecaka
  4. zrobić coś ze stopami – ale  jeszcze nie wiem co…
  5. próbować jeść – nawet jak się nie chce…

Generalnie Dalmacija Ultra Trail 2017 – czeka. Trzeba będzie poprawić czas.

Wiedząc jak wygląda trasa i podłoże, można będzie się bardziej przygotować do biegu.

 

Odzież i akcesoria biegowe ze sklepu NORAFSPORT

Koszulka i spodenki firmy – THONI MARA – doskonale sprawdziły sie podczas biegu nie ocierając i nie przeszkadzając w biegu

#bieganie #biegi #biegigórskie #dalmacijaultratrail

Foto: Jacek Deneka/ Ewelina Kurzeja

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I edycja biegów z serii Dalmacija Ultra Trail odbyła się w ostatni weekend 21-23.10.2016.

Lurbel – biegowe skarpety kompresyjne …produkt do testowania:)

Wrz - 07 2016 | no comments | By

Lurbel – to profesjonalna marka odzieży sportowej produkowana w Hiszpani. Marka ta specjalizuje się w produkcji skarpet biegowych, rowerowych, trekingowych…i zdrowotnych.

Dziś otrzymałam 2 pary skarpet kompresyjnych do testów.

img_9630

Nie czytając parametrów już wiedziałam, że mi się spodobają – tak jestem babą i lubię kombinować z odzieżą, dopasowując sobie w głowie kolory i wzory do posiadanych już ubrań. Pewnie i większość facetów – biegaczy tak robi – ale mało kto się przyznaje.

img_9632

Więc tak – otrzymałam – otworzyłam pudełko i wiedziałam, że zapałam „biegową sympatią” do tych skarpet.

img_9635

Pierwsze sprawdzenie materiału – i coraz bardziej mi się one podobają, szczególnie mając na uwadze moje przejścia z odbitymi, odparzonymi poduszkami stopy (te tuż pod palcami). Skarpety te mają grubszą warstwę materiału – co nie oznacza, że cieplejsza nie tylko w okolicy palców – ale właśnie i na stopie pod palcami – na nazywanej przeze mnie „poduszcze”

img_9636Wzmocniona też jest stopa. Górna część stopy – tuż nad palcami do okolicy kostki – jest cieńsza. Od okolicy kostki – mamy już kompresję.

To takie moje pierwsze wrażenia po obejrzeniu skarpety.

 

A producent opisuje je tak:

„Kompresyjne skarpety dla kobiet wysokie do kolan specjalnie zaprojektowane do biegów górskich.

Te skarpety są odpowiednie do użytkowania w wysokich temperaturach. Struktura Bmax chroni stopy przed pęcherzami i otarciami. Ich rozrzedzona gęstość wzmacnia styczność z obuwiem. Kompresyjną część skarpety H5 (12-15 cm nad butem) zaprojektowano dla idealnego dopasowania.

Idealne do użytku nocnego dzięki odblaskowi z tyłu. Polecane: Bieganie

Skład: Pie:  50% Regenactiv · 25% Cool- tech · 17% Poliamide Ion · 8% Lycra Pierna: 70% Fir-tech · 18% Lycra · 12% Poliamide Ion

Waga 63 gr. (Waga dla rozmiaru M)

Bmax cool technology fabric is structured in layers as follow: Pierwsza warstwa: Przędza uformowana z mieszanki wiskozy z dodatkiem chitynowym i poliestrem wielokanałowym. Druga warstwa: Przędza poliamidowa z jonami srebra i elastyną, które składają się na centralną strefę tkaniny, dając jej wysoką adaptowalność i efekt antybakteryjny Trzecia warstwa*: Wzmocnienie przędzą poliamidową w punktach narażonych na tarcie (* tylko w artykułach z warstwą amortyzującą)”

528g 528ag 527g 52a7g

 

Skarpety dostępne w NORAFSPORT

Damskie fioletowe

Damskie szaro – czerwone

Super Trail 130 km – DFBG 2016

Lip - 25 2016 | no comments | By

Jak to jest gdy jedziesz na bieg nie wiedząc dokładnie czy polecisz 130 km za kilka godzin czy ok 70 km dwa dni później?  Całkiem to fajna i śmieszna sytuacja.

Taką oto sytuację miałam w czwartek przed startem na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górksich.

Przyjechałam do Lądka Zdrój nie do końca pewna, czy będzie szansa przepisania startu osoby, która nie mogła wystartować na mnie. Kilka godzin w niepewności – na miejscu info, że organizator nic nie wie…ale na szczęście się udało. OTK Rzeźnik – dziękuję jeszcze raz:)

Strategi biegu nie miałam żadnej – gdy dowiedziałam się, że jest taka możliwość (kilka dni przed startem) – to stwierdziłam, że warto skorzystać.

 

 

Wystartowałyśmy z Kaśką razem – wiedząc, że będzie nam raźniej i milej jak sobie razem ten bieg przelecimy. I to był doskonały pomysł:)

 

13815248_494978174025087_861992940_n 13820746_494978350691736_2109720041_n

Biegłyśmy sobie/maszerowałyśmy w miarę równym tempem. Takim by nam było dobrze i komfortowo.

I w sumie byłoby wszystko ok gdyby nie to, że tuż przed szczytem Śnieżnika rozpościerały się mokradła – w sensie błocka trochę przykryte wysoką trawą. Była już noc i ciężko było je omijać nie wpadając do nich. Kilka takich wejść do błota równało się biegiem kilku godzin w mokrych butach z ciągle pojawiającym się piaskiem czy czymś piasko-podobnym. Niestety to odbiło się bardzo na moich stopach, i odparzone stopy zaczęłam czuć już po kilku kilometrach. Marzyłam o przepaku, by zmienić skarpety i buty – a do przepaku było jeszcze ze 20 km…

Tempo cały czas miałyśmy w miarę równe. Ktoś nas mijał, kogoś wyprzedziłyśmy.

I w końcu zostałyśmy same. Nikogo z przodu, nikogo z tyłu – bez stresu, bez spiny – nawet jak lecisz na luzaka -to jak ktoś jest za Tobą – to czujesz, że nie jesteś totalnie na luzie.

A my właśnie osiągnęłyśmy ten moment – gdy byłyśmy totalnie wyluzowane i chyba to był ten moment biegu, który był najfajniejszy.

Gdy dotarliśmy na przepak przebrałam skarpety i buty, ale odparzenie tak było już duże, że ten myk niewiele pomógł. Nie powiem, że nie miałam chwil gdy już myślałam, że zejdę z trasy. Ten ból stóp szczególnie dawał się odczuwać na czeskich fragmentach dziwnego asfalto-szutru. Dlatego w niektórych momentach łatwiej było mi uprawiać wolny trucht niż szybki chód – inne położenie stopy, mniejszy kontakt obolałej części z asfaltem i kamyczkami.

13819590_691512660987953_2121331174_n 13819783_691512637654622_723952993_n

Gdy biegłyśmy po stronie czeskiej – okazało się, że jesteśmy na 4 pozycji, a 3 dziewczyna tuz przed nami… i dałyśmy czadu utrzymując później przewagę do końca.

Dystans 130 km – był najdłuższym dystansem górskim i dla mnie i dla Kasi.

Dałyśmy radę! I wylądowałyśmy na mecie na 3 pozycji.

13726802_10209465168003590_6306532228868938690_n

13649419_691512617654624_655218664_n

Wspólne wsparcie, wspólne chwile zachwytu nad przyrodą…np wschód słońca na ok 70 km z przepięknymi różowymi chmurami…

13816977_691512687654617_1779835595_n 13820561_691512680987951_329669357_n

Bieg według mnie świetnie przygotowany. Szacun dla organizatorów i całej ekipy.

Świetne znakowanie trasy i genialny pomysł z odblaskowymi naklejkami.

Dziękuję moim kochanym RZEŹNIKOM za doping i wsparcie!

Podziękowania dla Czesława naszego za troskę na punktach:)

 

A oczywiście jakie koszulki rządzą na trasie? Thoni Mara 🙂

Za rok poszalejemy jeszcze bardziej.

 

 

 

 

Marcowy sajgon treningowy – czyli najważniejszy okres treningowy przed Ultrabalatonem

Mar - 30 2016 | no comments | By

Marzec -2016- 605 km

Marzec – miesiąc najintensywniejszej pracy przed Ultrabalatonem.

biegi1

Początek marca rozpoczyna długie wybieganie podczas biegu Noraftrail – bieg za dolarami.

biegi2

Kilka spokojnych i łagodnych dni – i wielkie BUMM…… – 8 mega mocnych dni z codziennym treningiem  – lub nawet dwoma.

Te 8 dni – to 290 km.  Zaczynając od 36 km – po 2 treningi dziennie po 16 km, 18 i 20.

Gdy otrzymałam plan od trenera – nie sądziłam, że to będzie w ogóle realne.

Bo 8 dni – ciagłego stałego zmęczenia – nie wydawało mi się możliwe do zrealizowania, mimo, iż moje wcześniejsze tygodniowe wybiegania były z reguły w okolicach 100 km i wicej. Nie zaczynałam od  zera, a mimo to jakoś ciężko mi było pojąć – jak to zrobię, jak będzie się zachowywał organizm, który przcież nigdy wcześniej nie dostawał takiego masakrycznego obciążenia treningowego, nawet podczas moich wcześniejszych treningów siatkarskich, gdzie 2-3 tygodniowe obozy wydawały mi się „mocne”.

Pierwsze dwa dni z tego „mocnego kopa” zaliczyłam spokojnie – zmęcznie było – ale jak po standardowym wybieganiu. 3-4-5 dzień i nabijanie kilometrów na zmęczonych już nogach w dodatku przy paskudnej pogodzie już dało się we znaki, ale o dziwo nie było źle.

Dobre jedzenie i spora dawka witamin  połączona z dużą, a nawet bardzo dużą ilością snu – spowodowały, że te najgorsze 3-4 dni – wytrzymałam. Odczuwałam zmęczenie, ale odczuwałam zmęczenie bardziej po przyjściu z treningu niż pod koniec treningu.

Kręcenie kółek wokół Błoni – no to nie moja bajka – ale dało się.

Na szczęście w czasie tych długich wybiegań nie musiałam się o nic martwić:)

Czesław (  = trener) zadbał, bym martwiła się tylko o bieg i równe tempo.

 

1924026_1301332869883904_2660445774691066180_n

Więc i picia i batonów nie musiałam brac ze sobą. Te długie wybiegania to były dla nas testy : co mi dobrze się przyswaja podczas biegu, czy woda z miodem lepiej niż ciepła herbata miętowa z miodem, czy może izotonik …. jaki baton smakuje, czy nie jest niedobrze.

Takie niby drobne i mało istatne szczegóły na krótkim biegu, na ultra potrawią decydować tym, czy bieg się ukończy czy jednak  nie…. więc testowaliśmy.

Nie przypuszczałąm, że ostatnie dwa dni (gdzie nogi zbite jak kamień nie poruszały się normalnie) – będą dla mnie najfajniejsze i z najlepszym bieganiem. Ponad 200 km w nogach i power…. dziwne uczucie.

Podsumowaniem tych 8 mocnych dni był dzień 10 – (9 dzień – dniem relaksu bez biegania).

Postanowiłam pobiec cross maraton pod Białorusią. Pogoda nienajlepsza – bo było dość chłodno i na ostatnich kilometrach na otwartym polu, wiatr dawał mega czadu – co bardzo spowolniło bieg. Niemniej jednak jakimś cudem moje nogi z kamienia dały radę.

Czas 3:38 i 8 miejsce w open (1 w kobitach) na ok 60 osób – to calkiem fajna pozycja jak na „wykonczony” organizm:):)

12107038_1303380429679148_3850087816112060070_n

Po maratonie  jeden dzień przerwy  – lżejsze rozbieganie i na kolejny dzień mocne interwały.

MOCNO!!!

Ale się dało – poszło za to dużo maści Harrar i sporo soli do kąpieli.

A do tego – jedna z ważniejszych kwestii – czyli masaż sportowy albo inaczej  fizjozmasakrowanie (czytaj – Gosia – uwielbiam Twe ręce i łokcie w moich mięśniach 😉 )

Troszkę jogi (trszokę jednak jej było za mało – i zwykłe rozciąganie nie wystarczało).

Czy te mocne treningi dałabym rade zrobić nie mając swojej firmy a pracująć normalnie po 8-10 godzin w ciągu dnia? Myślę, że nie miała bym na tyle siły, na tyle motywacji by wieczorem po 17-18 wychodzić i klepać 3-4 i więcej godzin biegania i później zajmowac się masażem i solankami.

Moje długie wybieganie realne jest w sumie tylko zrana. I  już po kilku miesiącach testów najbardziej realne bez śniadania – czyli po kawie i po szklance wody z miodem.

Spokojnie na tym można zrobić 30-40 km a zaletą tego jest brak problemów żołądkowych w czasie biegu:)

12321521_1312233645460493_2484008065467693827_n

Teraz kilka luźniejszych dni i już w najbliższą niedzielę mocny start w maratonie.

Na szczeście zimowe, wietrzne dni ( mam nadzieję  -całkowicie) już za nami i będzie można szaleć w lekkich koszulkach i krótkich spodenkach:)

 

03.04.2016 – walka o życiówkę 🙂

 

Norafsport running team rządzi 😉

 

 

A:)

 

 

 

 

 

III Półmaraton w Oleszycach – forma rośnie :)

Lut - 15 2016 | no comments | By

Nie lubię krótkich biegów, biegów na których tentno jest tak wysokie, że od startu do mety każdy ruch i wypowiedziane słowo kosztują dużo energii….

Ale półmaraton w Oleszycach i bieg w Strzelcach Opolskich – to dwa wyjątki.

III Półmaraton w Oleszycach – świetnie zorganizowana impreza na terenie lasu, gdzie w większości trasa to asfalt a jedynie niecałe 4 km to droga leśna.

Po ubiegłorocznej edycji, dość szybko zapełniła się lista startowa i kiedy zorientowaliśmy się z Wojtkiem, że trzeba by sprawdzić czy ruszyły zapisy, lista była już zamknięta, a na liście rezerwowej spora liczba osób…ale….;)

Udało nam się przekonać (wyprosić) u organizatorów start i obiecaliśmy, że powalczymy.

Założyłam sobie dwa cele na ten bieg (jako początek sezonu)

– poprawić czas z zeszłego roku

a ten bardziej wyśróbowany (w sumie nie wiedziałąm, czy w ogóle realny) – złamać na tej trasie 1:40h.

Trasa generalnie przyjemna – ale nie całkowicie prosta, więc w to założenia złamania 1:40 nie do końca wierzyłam, do tego w niektórych momentach dośc silnie wiał wiatr, co  też lekko spowalniało.

Ostatnio krótsze starty i poranne treningi ( a generalnie w większosći biegam rano)  robię bez jedzenia, i od ok 2 miesięcy całkiem dobrze mi się to sprawdza. Dystanse do 20-25 km.

Po przyjeździe z Krakowa do Oleszyc – zrobilismy wodę z miodem…. i półbutelki wiczorem i cały litr z rana. Energia z miodu w zupełności mi wystrcza a nie narażam się na problemy żołądkowe, ale tym razem mała kanapka weszła 😉

Kawka z rana – kanapka i chwila relaksu…. testowanie nowego zegarka, którego nie miałąm okazji wcześniej uruchomic.

12729131_1278189925531532_3637565062710091446_n

Przyjechaliśmy do biura zawodów zaraz po 9  – i po chwili zjawiła się Rzeźnicka ekipa czyli Bronek i Krycha:)

Rozgrzewaka i start. Balon z napisem  1:40 jest – więc szybki plan w głowie, by za nim lecieć – może dam rady. Ale i pana z balonem i wszystkich z tyłu zaskoczył start… więc nie przygotowani wystartowaliśmy za wolno i „balon” zaczął mocno przyspieszać.

Trochę to było za szybkie – więc nie wiedziałąm, czy dam radę tak dłużej biec.

Ale postanowiłam trzymać się :balona” ile dam rady.

na ok 7-8 km „balon” zdecydowanie przyspieszył – więc stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie -że będę trzymała się swojego ustalonego czasu i wtedy jest szansa powalczyć.

9 km – „balon” zwalnia i jestem już obok niego.

Wyprzedza mnie dziewczyna ze swoim „prywatnym zającem” – generalnie siły mam ale nie na tyle by przyspieszyć…ale… jakoś ta jej lekkoś spoowdowała, że postanowiłam pożegnac się z „balonem” i ruszyć za nią do przodu. Po ok 3 km wyprzedziłam ją słyszać od jej „zająca”: CZY ONA PRZYSPIESZA CZY MY ZMĘCZENI JUŻ ZWALNIAMY?

Chyba pierwszy raz w życiu dostałam takiego mega powera na takiej krótkiej trasie.

Do ok  13 km…. tylko ja wyprzedzałam…. nikt mnie nie wziął – co dodawało mi jeszcze większej satysfakcji. :):

18-19 km – tu już czułam, że energię jeszcze mam ale sapię jak stara lokomotywa i ciężko już mi brac głębsze wdechy – a co za tym idzie na mocny finisz nie będzie szans.

Na 20 km  – podbiega Wojtek, który był IV w open, tracąc 15 sekund do 3 zawodnika…pech.

Ja też się dowiaduję, że jestem mnie więcej IV lub V….:)

Przez to, że zegarek nie miałam dobrze ustawiony – biegnąc całą trasę nie znałam czasu, a wiedziałam tylko w z jakim czasem lecę na 1 km. Głowa próbowała przeliczać – ale matematyka w takicj chwilach jest bardziej skomplikowana niż wszytsko inne na świecie.

Będąc 1 km przed metą nie wiedziałam jaki jest czas – nie wiedziałam, czy będę łamać 1:40 czy nie…. ale tuż przed metą pojawił się zegar…ana nim 1:38….

Czas brutto wyszedł 1:38:13 czas netto…. 1:38:03… :):):)

 

10325657_62426934771228ss5_55705422586671670_n

Dawno nie byłam tak zadowolona, tak szczęśliwa, że coś w końcu zrobiłam  dobrze i nawet lepiej niż planowałam.

 

12745610_624141364391750_43514ggg02552026336575_n

I tak jak Wojtech – zajęłam IV  miejsce wśród kobiet i pierwsze w kategorii:)

Za rok wracam i walczę o kolejne minuty.

2016

Na koniec współne ognisko.

Warto biegać w Oleszycach – jest rewelacjynie:)

 

Moja nowa przecudna trasa… 45 km od Krakowa… :):):)

Gru - 06 2015 | no comments | By

Miała być leniwa niedziela…
Po sobotnim lekkim bieganiu w górach, dziś myslalałm, że zostanę w Krakowie i pobiegam nad Wisłą.

Ale od jakiegoś czasu siedziała mi w głowie jedna trasa. Tak blisko – a zawsze jakoś nie było czasu.

Poranna kawka i szybka decyzja – jadę:)

Kierunek Pcim… o dziwo na Zakopiance pustki totalne, więc do Pcimia dojechałąm dość szybko.
Teraz poszukiwanie szlaku żółtego… tuż koło kościała znalazłam i jechałam nim kawałek…aż go zgubiłam.
Ale postanowiłam dojechać wąską asfaltową drogą do końca i tam gdzieś w górze odnaleźć żółty szlak.
Wąska droka przez ok 3-4 km pięła się dość mocno w górę… czyli trochę podbiegu sobie zaoszczędziłam 😉

Zaparkowałam samochód – wzięłam plecak z przygotowanym wcześniej piciem i radosna pobiegłam pierwszą dróżką jaką zobaczyłam w górę.
20151206_115343

Po ok 300 metrach dołączyłam do żółtego szlaku i już polubiłam tą trasę.
Może to, że była piękna pogoda i dodawła uroku trasie, może to, że poczatek trasy już wzbudzał we mnie zachwyt i sama się nakręcałam…

…tak się nakręciłam, że dopiero po przebiegnięciu ponad 1 km zauważyłam, że zapomniałąm ubrać buty biegowe 🙂

Na szczęście buty półtrekkingowe, w których chodzę na co dzień są całkiem niezłe… i spisały się w górach równie dobrze
jak buty biegowe.

Trasa przepiękna widokowo – biegnąc w kierunku Koskowej Góry kilkakrotnie mamy piekne otwarte przestrzenie pozawalające zachwycać się cudownymi widokami – a przy widoczności jak dziś… Szczebel, Luboń Wielki i nawet Mogielica -byly jak na wyciągnięcie ręki… a w tle Tatry.

Trasa – a przynajmniej ten fragment, który dziś zrobiłam (26 km – 13 km w jedną stronę i powrót) – jest trasą idealną na treningi biegowe.
Nie ma jakiś niesamowicie mocnych podbiegów, ale kilka z nich potrafi dać w kość, zwłaszcza jak się wbiega do końca a nie przechodzi w marsz.

I lecie się tak: Gronik – Kotoń – Groń – Balinka – Przełęcz Dział – Parszywka i Łazy. Tu postanowiłam zrobić odwrót.
Ale plan na kolejną wyprawę biegową już są… busem do Pcimia – trasa z Pcimia do makowa Podhalańskiego i powrót busem z Makowa a na wiosnę – tam i z powrotem.
Trasa ta oprócz tras na Przehybę i Mogielicę – dołączyła dziś do ulubionych – zresztą zobaczcie sami:)

„Mocne wejście” w nowy sezon.

Gru - 03 2015 | 1 comment | By

SPARTATHLON 2017… dalekie marzenie…
12065523_921945567884752_5751463098275458705_n

Ten zakład na lotnisku w Atenach wiele zmienił w moim życiu.

Postanowiłam, że będę przygotowywać się porządnie, by móc wystartować w tym biegu w 2017 roku.
Żeby zrozumieć dlaczego „się chce człowiek tak dojechać” – trzeba to zobaczyć na własne oczy, poczuć tą atmosferę, grecką aurę…

Ale start w Spartathlonie -to nie taka sobie ładna bajka.
Trzeba się dostać tam. To już pół sukcesu.
Aby być sklasyfikowanym trzeba zakończyć np bieg na 200-220 km w czasie do 30 h (kobiety), lub 100 km bieg w czasie do 10:30h…

Opcja druga – jest możliwa dla mnie jedynie podczas Kalisi….ale jak by się nie powiodło – to kiszka. Rok 2017 odpada.
Wybór padł na Ultrabalaton 220 km wokół Balatonu. Gdy po raz pierwszy usłyszałam te słowa od trenera – „że dobrze by było tam właśnie wystartować” – stwierdziam, że to jeszcze za wcześnie dla mnie na taki dystans…ale podobno dobrze przepracowana zima i wiosna…mogą mi w tym pomóc.

A więc ULTRABALATON 2016.
ultrabalaton....

Rozkręcanie…. nigdy wcześniej nie biegałam po 5 razy w tygodniu…
Więc zaczęłam… interwały – nienawidziłam… (dalej nie lubię) – ale się staram, choć czasem mięśnie mówią „nie damy rady”…ale radę dają.
Najprzyjemniejsze w tym wszystkim są długie wybiegania po górach – to co lubię najbardziej.

12311175_1227117577305434_3185652686983873005_n

Do tego aqua aerobik, tabat, trening obwodowy…
Moc podobno przyjdzie – więc trzymajcie kciuki.

11752426_1208646819152510_3357732488009877228_n

Bieg Szlak Trafi – 65 z małym hakiem… :)

Sie - 02 2015 | no comments | By

Moja znajomość okolic Kazimierza i Puław jest bardzo znikoma, i dlatego jadąc na Bieg Szlak Trafi jechałam z nastawieniem, że trasa będzie prowadziła po lasach, polach i wąwozach, ale że będzie raczej dość płasko. A tu niespodzianka…

Do biura zawodów w Parchatce przyjechałysmy w piątek 31.07 – szybo odebrałyśmy pakiet, rozłożyłyśmy namiot. Mała dawka izotoniku 😉 i do spania. Pobudka przed 5 rano.

Pogoda miała być… zbyt idealna jak dla mnie. Nie lubię gdy jest powyżej 20C, a było trochę więcej – do tego na początku bezchmurnie.
Na szczęście start był o 6 rano – mielismy ze 3 godziny w miarę fajne warunki.

Zawodników nie było dużo na starcie – co bardzo lubię, gdyż takie biegi mają najfajniejszy klimat – nikt ci nie biegnie po piętach, nie masz „kolejek” pod górę.
Biegniesz głównie sam ze sobą.

IMG_7157

Cel był ambitny (ok 6 min/km) – ale wychodząc z założenia, że trasa jest prawie płaska. Trochę go pozmieniało ukształtowanie tereny, po którym była wyznaczona trasa, a przede wszystkim cel zmieniła woda…

Rozpoczęłam bardzo spokojnie – wydawało mi się, że to wolniej niż trucht.
Tak sobie biegałam dopóki nie poleciałąm w złym kierunku. Zamyślenie – to chyba największy wróg ultrasa. Na szczęście nie była to bardzo duża odległość.
A najgorsze to, że trasa była świetnie oznakowana. Biało-czerwone taśmy pokazywały trasę, rzeźnickie – zakaz wstępu. Według mnie świetne rozwiązanie – bo z daleka było widać gdzie się leci… tylko trzeba było patrzeć. Ja wtedy nie popatrzyłam.

Ścieżka w lesie, lekko pod górę wąwozie – pola… trasa świetna.

Lecę lekko do pierwszego punktu żywieniowego na ok 35 km – temperatura i słonko już zaczynają dawać popalić. Ale nic – walczę…na spokojnie.
Punkt żywieniowy trochę mnie zawiódł – w sumie nawet bardzo.
Woda… czekolada, kawałek banana i kanapka z dżemem.
Nie mam nic przeciwko tym rzeczom – ale to bieg ultra a nie 20-30 km.
Nie może być na biegu ultra samej wody i tak ograniczonego jedzenia.
Bardzo brakowało izotoniku. Zjadłam żela – ale to za mało.
Myślałam o piciu czegoś słodkiego – czegokolwiek byle nie wody.
Ale nie było… nic – leciałam dalej… spokojnie wolno…
Większość podbiegów starałam się biec – te cięższe szłam.

Od ok 45 km zaczęłam tracić siły. Kolejne łyki wody powodowały, że naciągało mnie na wymioty.
Ileż można tej wody pić. Od ok 55 km po drodze było więcej pól z owocami niż wcześniej, a może dopiero wtedy głód tak mnie złapał, że patrzyłam tylko na sady.
Na początku, gdy już miałam mroczki przed oczami postanowiłam wejść w maliny i zjeść trochę mailn, później czarna porzeczka… na ok 58 km wiśnia…
O czym myśli ultras w takim momencie? Ja myślałam o tym, czy jak zjem taką porcję owoców to będę w stanie dotrwac do końca, bo o wodzie czy kawałku czekolady to marna szansa bym dotrwałą – a sił już nie miałam.
Woda – woda… smak wody łyk wody… coraz bardziej drażnił mój żołądek. Niewiele brakowało, bym siedziałą i rzygała gdzieś pod drzewem. Ale takie doświadczenie uczy.
Trzeba następnym razem zabrać ze sobą nawet jakieś tabletki rozpuszczalne by można je wrzucić do wody – zawsze to choć smak jakis i cukier.

Od początku wiedziałam, że prowadzę w kobitkach – ale gdy dowiedziałąm się, że druga dziewczyna jest jakieś 400 metrów za mną, to mimo, że postanowiłam podjąć próbę walki – wiedziałąm, że nie dam rady. Marzyłam tylko o punkcie z jedzeniem i czymkolwiek do jedzenia. To było ważniejsze niż 1 miejsce, które poszło się walić… trochę przez to, że za mało żarcia wzięłam ze sobą, i przede wszystkim przez to, że woda, woda, woda…

IMG_8166

Ostatnie 5-6 km – to dla mnie masakra. Oprócz tego, że było mi słabo i niedobrze to jeszcze poobijany palec cholernie bolał.
Ostatni zbieg zamiast zbiegać schodziłam – po paznokciu 🙁

Na szczęście udało się dotrzeć na metę w I połowie stawki.
Nie zmienia to jednak faktu, że jestem zawiedzona – ale nic – co nie osiągnięte teraz – będzie osiągnięte za rok. Za rok powalczę – i z czasem i o miejsce:)

IMG_7164

IMG_7167

IMG_7161

IMG_7162

IMG_7171
Dziękuję wszystkim, którzy czekali na mnie an mecie: Inolwi, Mirkowi, Joli, Zosi, Jagodzie, Piotrkowi, Kaście, Olowi:)

Pogoń za piwem – niesamowite wrażenie – tymbardziej, że dziwnej prędkości wtedy nabiera Foczka 😉

Dziękuję SM RYKI – za IMG_7189

IMG_7179

I pudło…
IMG_7195

IMG_7208

IMG_7199

Podsumowując – trasa świetna, organizacja super, oznakowanie super – tylko te punkty z jedzeniem do poprawki – chociażby o ten izotonik (kubek na osobę – wystarczy na punkcie)

Za rok jadę:)

Oczywiście mój cudownym plecak Astral – spisał się wyśmienicie.:)

Drugi raz testowane opaski OS1st – również. Trzymajś mocno – to fakt.

A dziś Kazimierz, Sandomierz – w klapkach 🙂
IMG_7218

IMG_7270

IMG_7273

IMG_7219

IMG_7235

III Maraton Benedyktyński

Cze - 28 2015 | no comments | By

Nieplanowanie wychodzi najlepiej.

Na świeżo, póki jeszcze rządzą emocje…

O maratonie Benedyktyńskim na trasie Przemyśl- Jarosłwa słyszałam wiele pozytywnych opini.
Nawet kilka tygodni temu myślałam o tym by jechać do Przemyśla na ten właśnie maraton, ale czekałam by zobaczyć w jakim będę w stanie po Rzeźniku.

A start w Rytrze uświadomił mnie, że jednak nie jest za dobrze. Mięśnie nie były jeszcze trak zregenerowane jak trzeba. Więc odpuściłam.

Ale mega „wkurw” na początku tygodnia i chęć „wyrzucenia złości” oraz miłe towarzystwo Kasi, Jarka, Bogusi utwierdziły mnie w 100% by jednak jechać.

Nie lubię wstawać wczesnie – więc wyjazd o 4 rano – to było niezłe wyrzeczenie.
Ale dzięki temu – dojechalismy spokojnie i bez stresu czekaliśmy na start.

Pakiet odberany.
Przebieranie w przymierzalni… dziwne przebierać się w klasztorze – jak wywnioskowałam z tekstów na ścianach – w salce, gdzie prowadzone są spotkania AA (czyżby to jakaś aluzja? 😉 )

11655329_547531568719397_604445539_n

Trasa asfaltowa – ale ciężka. Pierwszy zawdonik Grzesiu Czyż jako jeden z dwóch złamał 3 godziny.

DSC02123
Dzięki Jarkowi – biegłam w miarę stabilnie. Już na pierwszych kilku kilometrach było sporo przewyższenia. Drogą asfaltową piąć się w górę przy takiej duchocie to niezły wyczyn. A pięłam się w górę w tempie w jakim leciałam na prostej.
Duchota bardzo przeszkadzała…

Pierwsza dyszka poszła zgodnie z planem… niestety druga już była o kilka minut za szybko, choć ciężka była równie jak pierwsza.
Wydaje mi się, że to przyspieszenie – nieplanowane – ale jednak konkretne na takim dystansie (przynajmniej w moim wykonaniu) odbiło się już kilka kilometrów dalej utratą sił i energii. Zwalniałam… i zwalniałam powoli z każdym kilometrem.

original_69da96f38646ca87816abb39a4e49637

Gdy na 33 km zauważyliśmy, że dogania nas grupa z balonikami 4 h… wiedziałam, że jestem za słaba już by im uciekać.
A warto było uciekać – bo byłam 3 babą i chciałam utrzymac 3 pozycję.
Osłabioenie moje jednak było tak wielkie, że powiedziałąm Jarkowi, by biegł dalej, gdyż jak dobiegnę to tylko wolnym truchtem – więc nie ma co czekać. Celu jakim było złamanie 4 godzin na tej trasie nie osiągnę.
Na 35,5 km… po kilkuset metrach jak Jarek pobiegł sam, gdy grupa z balonikami 4h była jakieś 30-40 metrów za mną ( a w tej grupie była kolejna kobitka) a ja ledwo co truchtałam zrobiłam woję w moim mózgu i postanowiłam powalczyć. Nie wiem jak to działa – ale działa.
Włączyłam 5 bieg. Pod górę ich trochę odstawiłam – ale widziałam, że koleżanka za mną, też dodała czadu – wierzyła, że skoro tak się „wlokłam” przez kilka km to wyprzedzenie mnie na końcówce to bułka z masłem.
Ale nie było tak łatwo. Mózg chyba w takich momentach wytwarza taką dawkę adrenaliny czy czegoś innego – że te ostatnie 4 km przebiegłam naprawdę szybko, a 2 km przed metą były moimi najszybszymi kilometrami w całym biegu.

Wiedziałam – że jedyną szansą bym pomgła powalczyć jest włączenie „turbo zasilania” na podbiegach – na tym odcinku były 2 podbiegi – i ostatni na 41 km.

Na ok 39 km – dogoniłam Jarka na odległość ok 100 m. To był mega sukces.

I na metę wkroczyłam osiągając swój cel – czyli łamiąc 4 h.
Co mnie uratowało? Podbiegi. Nigdy bym tego nie powiedziała -bo podbiegi nie są moją mocną stronę ale…
DSC02373

DSC02374

Przekroczyłam linię mety – prawie zdechła…
Te ostatnie kilometry kosztowały mnie tyle energii, że moje ciało było bardziej zmasakrowane niż na Rzeźniku.

DSC02375

Po przekroszeniu mety padłam – dosłownie padłam. Na szczęście było sporo trawy na któ©ej można było poleżeć i dojść do siebie:)

3 miejsce a kategorii kobiet open – cieszy bardzo:)

11694077_547531538719400_1225015676_n

1 2 3 4 10