NORAFTRAIL- rekonesans nowej trasy Noraftrail 40

NORAFTRAIL- rekonesans nowej trasy Noraftrail 40

Pierwszy weekend stycznia  – temperatura +6/+8C… idealna pora by ruszyć na trasę nowego biegu Noraftrail 40.

Bieg startuje po raz pierwszy w ramach jesiennej edycji NORAFTRAIL BIEGI GÓRSKIE W BESKIDZIE WYSPOWYM, ktore to odbędą się 22.09.2018 w okolicach Mogielicy (baza zawodów Zalesie – Wypożyczalnia Sprzętu Sportowego).

Wiedząc, że 40 km to jednak kawałek jest postanowiłam wcześniej podjechać na dalszą część trasy i zostawić sobie wodę bym nie musiała dźwigać wszystkiego w plecaku (a, że 06.01 – to Święto Trzech Króli i jedyny sklep na trasie biegowej był zamknięty, trzeba było pozostały prowiant zabrać ze sobą i pozostawić wody pochowane w swoich „skrytkach”)

(Foto – widok  na Łopień tuż po wschodzie słońca)

Wystartowałam z po godzinie 9 rano. Cel: przygotowanie trucka z mapą i profilem by umieścić na stronie Noraftrail jeszcze przed startem zapisów (10.01.2018).

Pierwsze ok półtorej kilometra biegniemy lasem dość szeroką ścieżką (jest ich kilka obok, więc w czasie zawodów wybierzemy najmniej „błotną i rozjechaną”), po czym wybiegamy na asfalt i po ok 20 metrach skręcamy na prawo w drogę asfaltową ( tu asfaltu mamy z jakieś 300 metrów) i po  wbijamy się w ścieżkę leśną biegnąc na górę Dzielec.

(Foto- tuż przed skrętem na prawo na Dzielec czasem można dojrzeć Tatry)

 

Z tej części trasy rozciągają się przepiękne widoki na Słopnice i okoliczne górki.

Leśnymi ścieżkami biegniemy do ujęcia wody w Słopnicach na Dzielcu stamtąd do Słopnic do Osiedla Podmogielicą.

Dalej ok kilometra biegniemy asfaltem mijając mały drewniany kościół po lewej stronie.Skręcamy w prawo na most i zaraz za nim  kierujemy się w górę najbardziej lewą ścieżką ( nie odbijamy w kierunku szkoły).

W pewnym momencie dołączamy się do żółtego szlaku łączącego Mogielicę z Łopieniem. W tym momencie skręcamy na prawo i szeroką drogą zamieniającą się po krótkiej chwili w asfalt dobiegamy do głównej drogi asfaltowej biegnącej na Przełęcz Rydza-  Śmigłego.W tym miejscu czyli ok 13 km będzie znajdował się punkt pierwszy odżywczy.

Skręcamy w kierunku Słopnic – czyli na prawo. Biegniemy kilkadziesiąt metrów i przez drewniany most pniemy się po raz pierwszy na Łopień. Fragment wąwozu, którym wspinamy się do stokówki na Łopieniu jest dość konkretny. Jest to pierwsza wyrypa łopieniowa, ale spokojnie – jeszcze nie najgorsza…;)

Po ok 1 km  – może ciut mniej docieramy do szerokiej stokówki (autostrada leśna;)). Tu ja zrobiłam sobie małą przerwę na jedzonko… w takich warunkach to niezła frajda.

Dalej w dół stokówką… było nieźle ślisko i tu po raz pierwszy cieszyłam się z tego, że wzięłam buty z kolcami, dzięki którym mogłam spokojnie i bez strachu lecieć w dół nie bojąc się poślizgu.

Stokówka łączy się znowu z tą sama drogą od której odbiliśmy… i tu na jesiennych biegaczy będzie czekała pierwsza kontrola łopieniowa… 😉

Ze stokówki skręcamy na drogę w lewo i podążamy dalej żółtym szlakiem aż do wiaty pod Łopieniem od strony Tymbarku.

Biegnąc źółtym szlakiem mamy widok na Tymbark i góry Paproć oraz Zęzów.

Dobiegamy do wiaty – gdzie jest połączenie szlaków. Fragment biegniemy czarnym szlakiem w kierunku szczytu Łopienia.

W pewnym momencie przy II ujęciu wody pitnej szlak odbija na prawo a my ostrą, chyba najostrzejszą wyrypą zwaną „wyrypa Jarka” wspinamy się na jeden ze szczytów Łopienia. Ostre 500 metrów daje popalić łydkom konkretnie – ale frajda jest …szczególnie gdy się zjeżdża w dół bo błoto jest mega…gdy już wyrypa się zakończy docieramy do „chatki”, gdzie może kogoś spotkacie z obsługi biegu..

.

Na tym  fragmencie będzie jedna tajna kontrola – całkiem śmieszna  – ale o niej dowiecie się tuz przed startem 😉

Od chatki kawałek lecimy góra Łopienia i skręcamy w prawo drogą rowerową, która dołącza się do czarnego szlaku, z którego tuż przed wyrypą zeszliśmy. Czarnym szlakiem pniemy się w góre – to ostatnie już 3 podejście pod szczyt Łopienia – tym razem wylądujemy obok krzyża.

Mi się udało – Łopień wyglądał przepięknie… zamiast biec czy iść chciałam tylko pstrykać foty.

 

Łopień w  swej krasie…. nic tylko się delektować…

 

Z Łopienia zbiegamy zielonym szlakiem i jego trzymamy się aż do parkingu na Wyrębiskach.

Na Przełęczy Rydza – Śmigłego po raz kolejny ładuję schowaną wcześniej wodę i zaczyna się ponad 3 km wspinaczka na szczyt Mogielicy…

A widoczki coraz piękniejsze – słońce zaczyna grać z chmurami tworząc niesamowite obrazy.

 

Trochę w nogach już było – i czułam lekkie zmęczenie – ale o dziwo jakoś szybko udało się wejść na Mogielicę. Wcześniejs potykając koleżanke – biegaczkę Natalię. We dwójkę raźniej i przyjemniej:)

A gra kolorów pod Mogielica coraz intensywniejsza…

 

 

 

Jeszcze tylko kawałeczek i mamy wieżę widokową. Trasa biegu wprawdzie tam nie prowadzi, ale ja nie moglam się oprzeć. Truck pause… i do góry na wieżę… a tam bajka…

Po zejściu z wieży szybki zbieg zielonym szlakiem do parkingu i tam leśnymi ściażkami i ok 200 metrów asfaltem podążamy w kierunku mety biegu.

Przy wejściu z asfaltu w las o zachodzie słońca …

 

Cała trasa to ok 40 km – przewyższenia w górę 1728 m.

 

 

NORAFTRAIL   – BIEGI GÓRSKIE W BESKIDZIE WYSPOWYM www.noraftrail.pl

NORAFSPORT- SKLEP DLA BIEGACZY www.norafsport.pl

Małopolska Biega-  biegi w Małopolsce www.malopolskabiega.pl

 

 

 

 

 

 

Ultrajanosikowa legenda przepiękna i piekielnie trudna trasa …

Ultrajanosikowa legenda przepiękna i piekielnie trudna trasa …

Bieg Ultrajanosik Legenda (trasa Janosika na dystansie 100 km) nie był początkowo w moich planach. Biegi w Tatrach do tej pory uważałam, że są nie dla mnie – że jestem cieniarą by się tam pchać, szczególnie gdy w grę wchodzą Wysokie Tatry. Jednak po Nizkotatranskiej Stichaczce, gdzie dostałam nieźle w kość, ale dobrze się bawiłam, stwierdziłam, że chce wystartować w Ultrajanosiku.

Miesiąc po „wpierdzielu” na Vychodniarskiej Stovce wszystko wskazywało na to, że mam szansę skończyć. Mięśnie były całkiem ok, choć po sierpniowym biegu achilles co chwilę się odzywał.

Chciałam być posłuszna i iść za radą mojej wspaniałej fizjoterapeutki – koleżanki Gosi, która mówiła: ” tylko bez ścigania – lecisz na ukończenie”… ale gdzie tu myśleć o ściganiu w takich wysokich górach – więc nie myślałam.

Pakiet odebrany był w przerwie wystawiania się na expo z naszym sklepem dla biegaczy NORAFSPORT po dokładnym (prawie – Góral dziękuję jeszcze raz za czerwone światełko dowiezione) sprawdzeniu wyposażenia obowiązkowego – tu nie ma przelewek, to Wysokie Tatry.

 

Przed wieczorną odprawą wszyscy spekulowali, czy trasa zostanie ta, która była w planach, czy ze względu na niesprzyjającą pogodę (planowo deszcze miał lać od południa) zostanie zmieniona na łatwiejszą i bezpieczniejszą (tu rządzą słowaccy goprowcy i to oni decydowali, czy dadzą zgodę czy nie – względy dostępności goprowców przy ewentualnych wypadkach na mokrym i śliskim terenie skalnym). Trasa jednak została taka jaka miała być – czyli hardcorowa – gdzie bieg, a raczej wdrapywanie się na Polski Grzebień (2200) i Rhatkę ( 2288 m n.p.m)  było pełne dreszczyku…

Pozostało zatem wyspać się… ale się nie dało…

Pobudka przed 4 rano – szybkie ogarnięcie wody do bukłaka i myk do autobusu, który spokojnie wiózł nas do Strebskiego Plesa – dobrze, że spokojnie, bo można było jeszcze ponad godzinkę sobie podrzemać:)

Gdy Sławek przed startem mówi, ze elita naprzód, turyści do środka, koneserzy na koniec – postanowiliśmy wtedy jeszcze dość sporą grupą czyli Kaśka, Ja, Michael, Szalony Leśnik i Piotr – że będziemy w grupie turystów – może dotrzymamy tempa.  Po świetnym wspólnym biegu z Kaśką w 2016 roku na DFBG postanowiłyśmy pobiec razem – oj ma powerek niezły  – oj niezły… 🙂

Tuż przed startem w Strebskim Plesie z nieba zaczęło mżyć. Postanowiłam zaryzykować i od razu założyć wodoodporne skarpety Dexshell– by chociaż raz nie mieć bolących stóp. Więc do HOKA ONE (drugie użycie tych butów – ryzyko – ale się udało) i do skarpet dość grubych dorzuciłam Dexshelle… i było super-miękko, idealnie na skalne tatrzańskie podłoże.

Wystartowaliśmy spokojnie, zaraz po starcie przestało mżyć… i na szczęście pierwsza partia w Tatrach była w miarę sucha.

Ze Strebskiego Plesa na moje ulubione Popradzkie Pleso i mocno w górę pod Ostrą.

 

Niestety piękne widoki bardzo rzadko były na trasie, gdyż w większości w Tatrach rządziła mgła. Ale kilka przebłysków słońca i widoczków było nam dane…

Po zbiegu z Ostrej do Slezkiego Domu – odłączyli się od nas chłopaki, leciałyśmy z Kaśką już same, czasem Michael nas pod górę brał, a my go w dół…

Dla mnie podejścia tatrzańskie są dość ciężkie – tzn ciśnienie pulsujące w głowie odczuwa cały mój mózg, a po kilku szybszych krokach bywało, że miałam lekkie zawroty głowy…

Ale starałam się by nie zwalniać i iść równo – nie zawsze wychodziło, tak jak chciałam, ale nie było bardzo źle.

Najtrudniejszy moment w Tatrach to zdecydowanie podejście na Polski Grzebień i zbieg z niego, oraz podejście na Rohatkę,

 

(foto. Jan Hareza)

(foto. Jan Hareza)

(foto. Jan Hareza)

 

gdzie byłyśmy świadkami dość mocnego zdarzenia… czekający i kontrolujący zawodników tatrzańscy ratownicy czekali na szczycie Rohatki z psem, który przypadkiem biegając zepchnął głaz… – na szczęście zawodnik przede mną usłyszał POZOR i szybko zasłonił kark ręką – spory kawałek skały zamiast w jego kark uderzył w rękę – wszyscy aż oddech wstrzymali – na szczęście on cały i ręka cała, ale wyglądało to bardzo źle).

Zbieg z Rohatki – oj… chyba najtrudniejszy zbieg w moim życiu – ale o dziwo jakoś nam fajnie szło – a co najlepsze byłyśmy bardzo zdziwione, że faceci, którzy tak chojrakowali pod górę, w dół już nie mieli takiej odwagi i mimo, że nie zbiegałyśmy szybko praktycznie wszystkich wyprzedzałyśmy.

Najfajniejszy moment miałam chyba, gdy zbiegłyśmy do Chaty Pri Zelenom Plese – oj lubię to miejsce… , a jeszcze bardziej się ucieszyłam, gdy na czerwonym szlaku w kierunku Zdziaru zobaczyłam Marzenkę i Leszka kibicujących zawodnikom na trasie :):):)

Wejście pod ostatnią tatrzańską górę łatwe nie było – zrobiło się chłodno – co jakiś czas lekka mżawka…raz ubierałam rękawiczki, raz ściągałam.  Powiem szczerze, tam już cieszyłam się, ze Tatry mamy  prawie za sobą – ale wtedy nie wiedziałam, że czeka nas jeszcze mega błotnisty zbieg, gdzie glebę zaliczyłam co najmniej 5 razy, raz uderzając porządnie o skały, które były pod warstwą błota. Ale uśmiech do pani fotograf, która stała tam i łapała takie ujęcia musiał być 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szybka przekąska na punkcie kontrolnym i idziemy pod Magurkę – tu dołączył do nas Marek, który biegł z nami już prawie do końca. Lżejsze podejście w górę (lżejsze w porównaniu z Tatrami) trochę dodało mi powera.

To już nasz tereny – beskidzkie i pienińskie – gdzie można więcej pobiegać a nie tylko wchodzić…już prawie jak u siebie, prawie jak na mecie…a tu dopiero połówka biegu…

Tuz przed Kacwinem, gdzie był przepak i ciepła zupa – mieliśmy do przejścia całkiem niemały strumyk… a to oznaczało konieczność zmiany butów i już przemoczonych Dexshelli (bardziej spoconych, niż przemoczonych – ale trzeba było zmienić skarpety). Świadomość, że zostało Ci tylko 40 km do końca, to piękne uczucie… świadomość, że niedługo po przepaku zaczyna lać i wiesz, że będzie tak lało cało noc chyba dodało nam jeszcze więcej energii by iść/biec szybciej… chwile spokojniejsze odczuwaliśmy od razu szybszym marznięciem – więc nie było wyjścia.

Na zbiegu do przedostatniego punktu (były tam momenty, gdzie trochę pogubiliśmy się, gdyż ewidentnie ktoś pozrywał taśmy) czekała na nas…”ALEJA GWIAZD”… to było naprawdę świetne i wyglądało pięknie… droga asfaltowa a po dwóch jej stronach migające lampki… więc mogłyśmy z Katarzyną wyśpiewać….”aleją gwiazd….”

Przed przedostatnim punktem na zbiegu minęłyśmy Zbyszka, który już za niecały miesiąc po raz 14 wystartuje w Spartathlonie…. wariat totalny…:)

Przedostatni punkt kontrolny – ok 18 km do mety… tylko 18 km… ale co to były za kilometry….najpierw podejście pod przekaźnik na drodze do Dursztyna.. błotka coraz więcej… ale spokojnie – coraz zimniej…

Byliśmy przemoknięcie, zmarznięci i zaczynał delikatnie u góry powiewać zimny wiatr… na szczęście tylko na otwartej przestrzeni, z której tuż za przekaźnikiem zbiegliśmy.

Ostatni punkt odżywczy…i malutka na całym profilu góreczka ŻAR… oj, Żar… takiej błotnej jazdy w górę nie miałam jeszcze…

Sławek to pewnie czkawkę musiał mieć cały czas… : kurwa…. nie da się iść…. i tak z góry i z dołu…(pośrodku też ;))

Ale wejście pod Żar to nie koniec ostatnich fajerwerków przed metą… muszę to napisać, bo to co zobaczyliśmy to nie można nawet było nazwać kosmiczną sytuacją…

Otóż, gdzieś tam minęliśmy trójkę  jednych z ostatnich zawodników biegu na 75 km.. a tam z nimi pan w dżinsach i polarku trzymający parasol nad ostatnią zawodniczką biegu ( bo przecież lało…. 😉 )…

Ostatnie kilometry i widzimy zaporę w Niedzicy – jeszcze tylko sobie z niej zbiegniemy i ok 2 km i jesteśmy na mecie…

Dotarłyśmy na metę po 20 godzinach 25 minutach i 37 sekundach jako 3 w kategorii kobiet, zajmując zajebiste 47 miejsce w kategorii generalnej biegu.

Kasia  dziękuję za kolejny piękny wspólny bieg 🙂 Na następny rok musimy znowu coś znaleźć 🙂

BIEG ULTRA GRANIĄ TATR to pikuś w porównaniu z ULTRAJANOSIKIEM.

ULTRAJANOSIK – ŚWIETNA IMPREZA Z MOCĄ WRAŻEŃ PO DRODZE. WARTO WYSTARTOWAĆ.

A WIĘC  – DO ZOBACZENIA ZA ROK:)

 

 

Użyty sprzęt:

– plecak Camelbak Ultra 10

– kurtka biegowa THONI MARA

koszulka THONI MARA z serii „breeze” (to akurat długi rękaw)

– buty HOKA ONE

leginsy  2/3 THONI MARA z serii NRG

– kijki – super lekkie składane na 4 częsci TRAIL BLAZE

– skarpety wodoodporne Dexshell i całkiem fajnie sprawdziły się polskie skarpety INMOVE  – RUNNERS

– czołówka PETZL NAO

 

Więcej fot  naszej ekipy od Jana Harezy:

 

 

Nizkotatranska stichacka 2017 – nauka pokory….

Nizkotatranska stichacka 2017 – nauka pokory….

Tego biegu nie planowałam wcześniej – nawet nie słyszałam o tym biegu wcześniej.

Dzięki temu, iż otrzymaliśmy pakiety startowe od Run and Trawel  mogliśmy z Robertem wziąć udział w czymś wyjątkowym – w czymś co było całkowicie inne niż wszystkie dotychczasowe biegi w jakich brałam udział – a trochę tego jednak było. A wyjątkowość tego polegała przede wszystkim na tym, że mogliśmy przebiec praktycznie całą granią  Tatr Zachodnich w warunkach od słonecznej gorącej pogody po silny wiatr , mgłę i temperaturę  ciut powyżej 0C- ale od początku…

 

 

20134394_885385494934001_757179384_n

DOJAZD:

Trochę nie mogliśmy zrozumieć  jak ma wyglądac dojazd z mety na start lub na odwrót więc postanowiliśmy wziąć dwa samochody. Mój zostowł w Donowaly  – a Roberta samochodem pojechaliśmy do Telegartu, gdzie było biuo zawodów i start z rana w sobotę.

ODPRAWA

Jako organizator sama niestety zwykle zlewałam odprawy przed biegiem(przecież i tak już wszystko wiem) i dobre przygotowanie obowiązkowego wyposażenia (przygotowane zawsze miałam, ale nie zawsze tak jak to powinno być) – dla mnie zawsze ważny był telefon numer startowy o folia nrc. Ale gdy poszliśmy na odprawę przed NTS 2017 postanowiłam skupić się bardzo by coś z języka naszych najbliższych sąsiadów zrozumieć.

20170714_210645

Wyposażenie obowiązkowe tak zlewane przez biegaczy … w Tatrach Niskich nie można sobie pozwolić na brak jakiejkolwiek z pozycji na liście. Po pierwsze kurtka z kapturem – ok – jest dla mnie niezbyt jasne posiadanie kurtki z kapturem w naszych Beskidach, ale gdy mamy do czynienia z Tatrami i wysokością ok 2000 mnpm to już inna bajka.

I uwierzcie  – kurtka nawet nie biegowa a trekkingowa była dla mnie zbawieniem, gdy na Chopoku wicher pizgał niemiłosiernie. Cieszyłam się, że nie ma przestrzeni pomiędzy kurtką a czymś co mam na głowie – czapka, opaska czy bandnka – nieważne – kaptur dawał dodatkowa ochronę.

Apteczka – oprócz obowiązkowego bandaża elastycznego i zwykłego i gazy oraz opatrunków należało mieć coś na odkażanie. Czytając regulamin pomyślałam, że świrują – wymagania z kosmosu… dopóki nie rozwaliłam na ok 35 km palca i nie straciłam sporo krwi, a „medyk Robert” dzięki temu, iż w apteczce było wszystko niezbędne doskonale odkaził ranę i zatamował krwawienie z palca.

20179561_885384158267468_926862976_n

 

Gwizdek – nie był użyłam – ale myślę, że w tych warunkach  (II połowa trasy) – czyli bardzo silny wiatr (=szum) + gęsta mgła … gwizdek mógłby być użyty np do odnalezienie partnera – tak gęsta mgła była i silny wiatr …

 

Ale ok – trasa biegu przepiękna. Wystartowaliśmy spokojnie. Mocne przeziębienie, zatkane ucho i nie dokońca zregenerowane mięśnie po ostatnich etapach z Michaelem na Run Wisła – spowodowały, że postanowiliśmy obrac taktyke: lecę na spokojnie i równo – cieszymy się trasą i podziwiamy przyrodę.

IMG_6540

 

Trasa ciężka bo ponad 5 tys przewyższenia w górę. Ale dzięki temu, iż tempo mieliśmy spokojnie- nie było totalnego wycieńczenia …przynajmniej na początku. Na początku biegu mieliśmy również fajne warunki. Trochę słońca, trochę wiatru, trochę deszczu (ale takiego lekkiego na orzeźwienie).

Na Karlovą Górę dostaliśmy się w miarę szybko – tam był pierwszy punkt odżywczy. Szybkie picie, mała przegryzka i dalej w drogę –  chwilową samą granią…

 

20170715_061317-PANO

 

20170715_171125

Szło nam w miarę ok do momentu, gdy nie zaczęła się przygoda z tym palcem. Mały upadek a tyle krwi… generalnie palec nie bolał, ale bolało samo pulsowanie krwi. I przez to musiałam iść z jednym kijkiem i palcem trzymanym na wysokości biodra, gdyż jak dawałam niżej krew zaczynała znowu mocno pulsować i trochę bolało.

Kolejne punkty zaliczaliśmy w miarę równo i spokojnie… pogoda raz słońce, raz deszcz… cały czas wiatr….

 

20136566_885384298267454_969195652_n

 

 

Na przepaku trochę czasu zajęło nam ogarnięcie się – ale opatrunek na palcu był zmieniony, zupka zjedzona, woda uzupełniona… kilka par zostało na tym punkcie…

Z przepaku było dość mocne podejście w rozpoczynające się wysokie NISKIE TATRY.

A tam rozpoczęła się wielka przygoda… coraz chłodniej – coraz częściej pojawiała się gęsta mgła…

20134547_885384484934102_1140175836_n 20134427_885384658267418_450235754_n

 

Tuż przed Chopokiem dotarliśmy do jednego z końcowych punktów  – oj było tam ciężko. Po pierwsze dlatego, że ostatnie fragmenty były po ścieżkach skalnych – niektóre z dośćnśliskim mchem i do tego ten mega silny wiatr… on był najgorszy.

0015697-kopie

0015699-kopie

 

Na szczęście w schronisku można było kupić całkiem fajne jedzonko, dzięki któremu ożyłam….

20170715_191903

 

Po Chopoku- zaczęły się niezłe jazdy…. coraz częściej w tej mgle patrzyliśmy na trucka w zegarku …

I wiedząc, że podążamy do kolejnego punktu w tej mgle skupialiśmy się by lecieć spokojniej, ale patrzeć na szlak.

Gdy zaczęły się znakowania organizatora – zakaz biegu jedną ścieżką, która podobno miała być zamknięta – polecieliśmy do rozwidlenia za taśmami – a tam na słupie taśma… która nie mówiła za wiele gdzie iść. W takich wypadkach patrzyliśmy na trucka, i tym razem tez tak zrobiliśmy… ale niestety zgodnie z tym co potem mówił organizator mieliśmy tam skręcić na punkt… przed nami błyskały światełka… więc poszliśmy za nimi – a to okazało, się, że to biegacze, którzy wyszli z oddalonego kawałek od szlaku punktu… gdy ich dogoniliśmy okazało się, że mineliśmy punkt ( a dogoniliśmy ich po ok 4-5 km od momentu gdy pierwszy raz ich światełka zobaczyliśmy) – wiedziałam, ze na ok 85 km nie damy rade w tych warunkach zrobić dodatkowych ok 10 km by się cofnąc odbić i wrócić… zadzwoniliśmy wtedy do organizatora by powiedzieć co i jak… i by nas nie szukali…. niemniej jednak 3 godziny kary dostaliśmy co uważam, że nie było słuszne zważając na warunki i na to, że postępowaliśmy zgodnie z zaleceniami orgów – czyli trzymaniem się trucka…. który zresztą później zwariował całkowicie nie łapiąc gps.

Na ostatnim punkcie – szyba wymiana bandaża na palcu i ostatnie wydawało by się podejście…ależ jakie to było podejście. Wisienką na torcie była „mini” górka na profilu „mini” okazała się  podobnym podejsciem jak czarny szlak na Luboń Wielki z Glisnego… totalny wpierdol na koniec.

Ale co my nie damy rady? Pewne, ze daliśmy – może nie w zakładanym przez nas czasie – ale po 21;44 godzinach dotarliśmy na mete, gdzie czekał na nas pyszny ciepły posiłek i obowiązkowo tym razem już alkoholowe piwko…

 

Wnioski:

  1. słuchać organizatorów, brać wszystko ze sobą a nawet więcej…
  2. Używać mapy – nie być w 100% uzależnionym od trucka – który jak widać pewnie zgłupiał we mgle…
  3. Niskie Tatry -to jednak wysokie góry – trzeba być ostrożnym…..

POSTANOWIENIE – W ROKU 2018 ZAPIERDALAM TAM SZYBCIEJ

 

Odzież: koszulka, bluza, spodenki, opaska, bandanka: THONI MARA  – dostępna również w NORAFSPORT-SKLEP DLA BIEGACZY

VIRTUTI MILITARI – bieg honoru…niezapomniane przeżycia…

VIRTUTI MILITARI – bieg honoru…niezapomniane przeżycia…

I edycja biegu VIRTUTI MILITARI odbyła się 3-4.06.2017 w Beskidzie Sądeckim.

 

18835613_615270035350327_3150238406497832317_n

Już sam początek przygody związanej z biegiem był całkowicie inny niż wszystkie biegi.

Każdy z zawodników odbierając pakiet startowy musiał być ubrany jak za tamtych czasów – dotyczyło to również obuwia, w którym mieliśmy dzień później biec „przemycający sól” (kobiety 5 kg, mężczyźni 10 kg)

Każdy z zawodników nie mógł nic współczesnego zabrać ze sobą do obozu a to oznaczało pozostawienie zegarków gps-owych, telefonów i innych gadżetów w depozycie.

Gdy nie masz zegarka i telefonu czas płynie całkowicie inaczej. Nie stresujesz się niczym, po prostu łapiesz życie i chwile takie jakie są – a były bardzo miłe.

20170603_173258-01

W biurze zawodów, które mieściło się w gimnazjum w Rytrze każdy z zawodników otrzymał swoją KENKARTĘ, która była nie tylko „chipem” podczas biegu, ale również ważnym dokumentem pozwalającym przemieszczać się na legalu na terenach zajętych przez Niemców.

20170606_192730

Z kenkartą, plecakiem wojskowym, w którym mieliśmy menaszkę, aluminiowy bidon i koc ruszyliśmy do obozu partyzanckiego u podnóża Makowicy.

Już podczas podejścia do obozu w strojach z dawnych czasów zaczęliśmy czuć specjalną „partyzancką”atmosferę.

Gdy dotarliśmy jako pierwsi zawodnicy do obozu partyzanckiego byliśmy pod wrażeniem tego co na nas czekało:

namioty wojskowe i „partyzanckie”  i czekający na nas „partyzanci” z rekonstrukcji historycznej.

Przygoda rozpoczęła się na dobre od przepysznej baraniny, której zeżarłam kilka porcji, oj taka była dobra…

Wieczorna integracja z zawodnikami i „partyzantami”  była tak wspaniała, że część ekipy zakończyła ją o poranku tuż przed startem ( były rozmowy, śpiewy…).

 

O poranku wstaliśmy przed „oficjalną partyzancką pobudką”.  Pyszne śniadanie  i o godzinie 7:30 mieliśmy startować w 3 minutowych odstępach czasu.

Postanowiłam wystartować jako pierwsza. Im szybciej na mecie tym lepiej… zwłaszcza, że nie wiedziałam co mnie będzie czekało. Podobno trasa miała być tak ciężka, ze złamanie 3 godzin miało być niewykonalne…

Wystartowałam sobie spokojnie i pod pierwszą górkę, gdzie miała  nas kontrolować grupa Niemców przybiegłam razem z Piotrkiem, który wystartował za mną. Kontrola soli w plecaku, ubrania… i zapis czasu kontroli – czytaj czasu startu biegu. Od tego momentu naprawdę zaczął się dla nas bieg.

A na początek zasieki…na szczęście krótkie.

18920672_615532185324112_3450097219692616353_n

Było dość duszno, a po nocy balowania wejście w rytm wcale nie było łatwe – więc pod pierwszym podejściem już sapałam. Trasa z początku prowadziła sporą częścią szlaków turystycznych więc nie była jakaś bardzo hardcorowa, niemniej jednak gdy biegnie się w trampoko-glanach a nie w butach biegowych trzeba bardzo uważać na zbiegach, szczególnie gdy podłoże jest dość kamieniste. Wiec zbiegałam bardzo zachowawczo. Po kilku minutach słuszę, że ktoś pędzie (ale on naprawdę pędził) w dół i pyta: czy Piotrek (pierwszy zawodnik) jest sporo przed nim. To Robert, który dzień wcześniej mocno poleciał na biegu Marduły. Jak widziałam tempo jego zbiegu w tych „butkach” to byłam w szoku. Szybko go straciłam z pola widzenia.

Leciałam sobie tempem takim by mi było dobrze, bez spiny i szaleństwa, ale w miarę równo.

 

Gdy jakoś długo biegaliśmy w dół stwierdziłam, że wkrótce musi czekać na nas jakaś zasadzka, bo do tej pory trasa była dość łatwa… i się nie pomyliłam.

Po zbiegnięciu prawie na sam dół Makowicy czekało na nas podejście strumykiem pomiędzy sporymi kamieniami.

W sumie to było to całkiem fajne, ale jak wyglebałam i wylądowałam w wodzie, to przeraził mnie fakt, że moje cudowne niebiegowe buty, które były lekko za małe na mnie będą do tego mokre-  czytaj obgryzą na maxa.

18893016_615532375324093_6582191126359065722_n

Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale jakoś wtedy pojawili się fotografowie i dron…:)

18835758_615268822017115_3148313558955827241_n

Lina do wciągnięcia na ostrym podejściu łyk wody i w dalszą drogę. Podejście z  tymi śliskimi kamieniami w strumyku trochę wybiło mnie z rytmu biegu i już nie mogłam załapać tempa. Ale spoko – bo w sumie kawałek dalej czekało na nas jeszcze bardziej hardcorowe podejście w strumyku. Oj tam to już szło wolno, ale zabawa była niezła.

W czasie drogi biegliśmy przepiękną ścieżką ułożoną z kamienistych płyt – i to chyba była najpiękniejsza część Makowicy. Tu zwolniłam, bo ścieżka była dość wąska.

Fajne uczucie a zarazem bardzo dziwne, gdy biegniesz nie wiesz ile czasu i nie wiesz na którym jesteś kilometrze. Nie wiesz nic… Coraz bardziej podoba mi się bieganie bez zegarka a na samopoczucie i oddech.

Gdy dobiegłam do tyrolki – to miałam mega stracha. Nigdy w życiu nie jeździłam na tyrolce, nie umiałam tego zrobić a perspektywa wywalenia się i upadku z tym plecakiem z solą –  przerażała… ale co ? Ja nie dam rady?

No to się puściłam na tej tyrolce… adrenalina przednia… pytanie było, gdzie wylądować i jak – za mało czasu było na przemyślenie tak ważnej kwestii. Na szczęście końcówka była pod górę, więc zahaczyłam nogami i się lekko sturlałam.

Oczepałam się i poleciałam w dół, by jak się potem okazało od razu uderzyć w górę. Było tam tak ostro, że kawałek robiłam na czworakach. Gdy już widziałam końcówkę tej ostrej wspinaczki nagle zobaczyłam przed swoim nosem lufę karabinu. To Ruscy…dowiedziałam się, że jeszcze ok 5 km… więc już byłam pewna, że nie zdążę. Na szczęście poznałam już drogę, którą dzień wcześniej szliśmy do obozu i wiedziałam, że zostało ok 1,5 km. Więc luz.

18839201_615532451990752_2167333531708204772_n

Teraz czekali na mnie Niemcy, którzy mieli nas sprawdzać i legitymować. Jakoś chyba się zakręciłam i myślałam, że jak zdążymy w 3 godziny, to Niemcy nas zatrzymują, przepytują i puszczają dalej na metę.

Wiec gdy zobaczyłam obóz niemiecki i tekst „DOKUMENTE BITTE” stwierdziłam, że mam zajebisty pretekst dla przemycania soli: samotna kobieta pokojówka z wykształcenia nauczycielka w tych czasach nie mogła znaleźć pracy, więc musiała sobie radzić – a, że nie można na facetów liczyć, to sobie sama musi radzić i po lasach z solą ganiac co by grosza zarobić:) Historyjka powinna przejść i tylko czekałam kiedy mnie o to zapytają. A oni ze strzelbą i każą mi iść do obozu. Ale jak do obozu, skoro złamałam 3h? ale nic trzyma mnie za ramię wredny Niemiec i każe iść – a tam Robert z Piotrkiem już siedzą. Przyznam szczerze trochę to mnie zdziwiło…

Przy wejściu do obozu niemieckiego zostałam przeszukana – soli było tyle ile trzeba, nic innego nie przemyciłam – mogłam iść siąść i ściągnąć mokre buty.

18882168_615534741990523_1353887772836059133_n

 

Do obozu powoli podążali kolejni biegacze…Gdy dotarły wszystkie kobiety jeden z dowodzących obozem Niemców w ramach podlizania się Niemcom kazał nam biegać w kółko i wychwalać Gestapowców:

Ładny obóz tu mamy

Gestapowców kochamy

Tak tu sobie biegamy

Jest nam jak u mamy…

 

Po tym hymnie na część Gestapowców  i kolejnych późniejszych ćwiczeniach otrzymałyśmy nagrodę – wodę z miodem.

18893177_615697448640919_3935525259458486346_n

 

Po jakimś czasie nasi cudowni partyzanci odbili nas  z rąk Niemców…

18951004_615698235307507_1299248076976528689_n

 

Powiem szczerze, że jeszcze nigdy w życiu nie uczestniczyłam w takim czymś jak VIRTUTI MILITARI.

To niesamowity bieg przygotowany z wielką pasją i emocjami.

Wiem jedno – w kolejnej edycji 30.09.2017-01.10.2017 – na pewnoe wystartuję  i Was wszystkich namawiam – bo warto.

 

www.virtutimilitari.pl

 

A przy okazji okazało się, że trasę wśród babek pokonałam najszybciej … i czekały wspaniałe nagrody:)

VIRTUTI MILITARI – dziękuję za przepiękny pełen emocji weekend!

18881916_615275142016483_1659231199856931022_n

 

 

Trochę fot z biegu – foty z FB organizatora

18835899_615534701990527_1520616422413491443_n 18839133_615530365324294_7773683496133164748_n 18882048_615531981990799_7156859837650274198_n 18882165_615531558657508_2254917290920792785_n 18892900_615698198640844_5497735727827865348_n 18893221_615698071974190_3390692422861874952_n 18893439_615532031990794_6633113675123610857_n 18920399_615530551990942_5543362205948087115_n

ULTRA TRAIL MAŁOPOLSKA  – przekraczanie granic ciała…

ULTRA TRAIL MAŁOPOLSKA – przekraczanie granic ciała…

Półtorej roku temu, gdy z ekipą organizatorów UTM machnęliśmy dla poznania trasę UTM48. Jakoś wtedy chłopaki opowiedzieli mi o tym jak będzie wyglądała trasa długa 170 km… Wtedy stwierdziłam, że to będzie mega hardcore i marne szanse by zawodnicy sobie dobrze radzili z tą trasą.

Gdy już dwa dni przed I edycją znakowałam część trasy  ( ja wtedy biegłam 48 km) pomyślałam sobie, że do normalnych nie należę, ale wystartuję w II edycji na 170km… i tak się stało.

Od 100 mil na Istrii do UTM było 1,5 miesiąca – na początku wydawało się, że nie był to wystarczający czas by się zregenerować. Dlatego zakładając , że jednak nie będę ” świeżutka” wyznaczyłam sobie cele, które patrząc na wynik nie były ambitne – ale były w miarę realne do zrealizowania.

Cel pierwszy i najważniejszy – pomimo tego,że trasa jest bardzo ciężka technicznie  ( przewyższeń ponad 9 tys)  – CHCE UKOŃCZYĆ.

Cel drugi – chciałabym złamać 40 h. 40 h wydawało mi się realne ( w październiku robiliśmy całą trasę w rozbiciu na 3 dni – 3 etapy i obliczając czas tych etapów i to że jednak będzie to bieg/marsz ciągły bez regeneracji zakładałam, że 40 h to jest czas dla mnie).

 

Dzień przed startem znakowaliśmy dość łatwy kawałek trasy – już wtedy „przyjaźniłam się ” ze Szczeblem

18486374_10155809547415656_6644579405679282405_n

Start biegu był o godzinie 20:00 w piątek 19.05 2017.

Plan był prostu: do pierwszego Turbacza bardzo bardzo spokojnie- Szczebel i Luboń najcięższe technicznie podejścia zrobić tempem turystycznym. To początek trasy – nie można się zakwasić. Biegliśmy zgodnie z planem – może nawet trochę za wolno –  było spokojnie ale bez szarpania

Mój plus  – to dobra znajomość trasy – może z małym wyjątkiem, gdzie już przy końcówce mózg chyba nie działał jak trzeba. To się przydawało od samego początku.

Po 1,5 godziny pierwszy żel. Tak – plan jedzenia regularnego miałam dobrze opracowany – trochę się zmienił w czasie biegu – ale jadłam regularanie co myślę dało mi szanse dobiec tak jak dobiegłam.

18589038_1316352441811388_833280269491864734_o

Żeby się nie stresować postanowiliśmy z Michaelem pobiec bez zegarka…miało to wiele zalet.

Po pierwsze biegłam spokojnie bez przejmowania się tym, że jestem przy końcówce i idzie mi wolno.

Po drugie wiedziałam, gdzie jestem i ilość kilometrów nie była mi potrzebna do tego by mieć lepszy komfort psychiczny.

Przy podejściu pod Turbacz biegliśmy w kilka osób – nocna wspólna zabawa biegowa – ploty…

Udało się wyprzedzić wtedy drugą dziewczynę i tak mi zaświtało w  głowie, że fajnie by było już jej na trasie nie zobaczyć…

Szłam/biegłam z Piotrkiem, Jarkiem i Mateuszem – tempo Jarka jakie nadawał nie było jednak dobre dla mnie i wiedziałam, że jak z nimi jeszcze chwilę pociągnę, to zgon zaliczę jeszcze na Lubaniu. Postanowiliśmy z Piotrkiem zwolnić. Jarek ciupał dalej mocno… według mnie za mocno.

Na Lubaniu Piotrek został (problemy ze zdrowiem) ruszyłam sama…

18738838_1320844118028887_467021113812040563_o

Ostre, ciężkie wejście na Lubań przy wysokiej temperaturze i duchocie wcale nie było lekkie i trochę odczułam w nogach. Ale zbieg do Ochotnicy poszedł nadzwyczaj dobrze. Dogoniłam Jarka z Mateuszem. Razem wstąpiliśmy do sklepu w Ochotnicy po zimnego browca…. oj …. kilka łyków tego cudownego napoju dodało mi powera.

A przede mną Gorc…  – a nawet dwa Gorce 😉

Okazało się, że Jarek może być 3 w kategorii facetów  razem z Mateuszem i chłopaki znowu pocisnęli pod górę.

Ja sobie swoim równym tempem szłam bez takich szalonych skoków tempa. W pewnym momencie oni stanęli – ja ich wyprzedziłam. I dalej pod Gorc w skwarze.

18643834_10155236227052278_814920657_n

Około 4 kilometry od szczytu w dole  – we wsi Zasadne był przepak i kolejne pyszne ciepłe jedzenie. Tym razem nie było tam zupy a ryż z jabłkami – idealnie:)

Na przepaku szybkie przebranie skarpet i butów – porcyjka ryżu, uzupełnienie wody i do góry.

Biegłam wtedy z chłopakiem, który był 3 open – ale i on osłabł…. gdy dotarłam do ścieżki ekologicznej biegnącej z Rzek on już był totalnie bez sił… a mi się szło w górę całkiem fajnie.

I tak oto z końcówki stawki byłam 3 open… ale nie czas się cieszyć – czekała nas ciężka końcówka. Mocna końcówka na zmęczeniu.

Żółty szlak na Kudłoń i na Turbacz minął bardzo przyjemnie. Tyle myśli w głowie przeleciało, że przez cały miesiąc nie miałam tak intensywnej pracy mózgu 😉

Przed dotarciem na II Turbacz  pytam najlepszego koordynatora punktów  Tomasza, gdzie jest 3 kobieta – ile mam do niej: 3 jest daleko  – nie patrz na nią, pierwszą masz przed sobą – leć…

Na Turbaczu wiedziałam, że różnica między mną a Petrą jest za duża by się szarpać i postanowiłam utrzymać tempo takie jak miałam – a wciąż biegło mi się dobrze. Z Turbacza na Stare Wierchy a tam na punkcie czeka na mnie to co lubię :):):)

Gdy na 170 km mijasz 140 km to prawie końcówka – 30 km   wtedy to pikuś – bo przecież meta tuż tuz…:):)

Tuż przed wejściem na II Lubon Wielki zaczęło mocno lać. Zrobiła się mega mgła … i podejście to było dla mnie bardzo ciężkie. Po pierwsze bardzo mało widziałam, po drugie w połowie trasy  jest bardzo ciężkie skalne podejście

06264a790693101f514cfd94b7b437602bc6f715 adf5fbd800a70f52e0a1995fff4dee3ae935eb42

Foty skał (mapa-turystyczna)

Ten fragment w deszczu i we mgle po ciemku  zajął mi bardzo dużo czasu…

Ale dotarłam na Luboń  – szybkie jedzonko i w dół by po raz 3 w ciągu 3 dni wejść na Szczebel.

Ostry zbieg z Lubonia trochę dał się odczuć moim „czwórkom” -ale na szczęście sa mocne i się nie dały. Szczebel poszedł szybko….a telefon na szczycie Szczebla :” zupka na Ciebie ciepła czeka na dole” dodał mi energii… choć nie szybkości, bo czarny szlak ze Szczebla do Kasinki przy takiej  mgle i deszczu jest najbardziej hardcorowym szlakiem po jakim miałam okazje biegać.

Kasinka – punkt na stacji Orlenu. Pyszna marchewkowa zupa – moc energii od ekipy organizatorów ( Paweł, Tomek, Joanna – dziękuję to chyba pozwoliło mi przetrwać resztę … psychicznie)

Lubogoszcz – zawsze mi się ciągnęła… tym razem było inaczej. Gdy po kilkunastu minutach podejścia zobaczyłam rycerzy stojących przy szlaku, to najpierw się przestraszyłam a potem zrozumiałam, że nastał ten moment, gdy mózg sam sobie tworzy obrazy… pierwszy raz miałam halucynacje. W sumie to może to nie było takie złe gdyby nie świadomość tego, ze jestem sama w lesie – w  odległości kilku kilometrów z każdej strony nikogo nie ma….

A za mną słyszę rozmowy pary… idą za mną… nie – to kolejne halucynacje, które jeszcze mocniej stresują… nic.  Na szczyt Lubogoszczy dość szybko weszłam…a tu niespodzianka… mgła jeszcze gęściejsza…. nie widać nic. I chwilowe zgubienie. Zgubienie się we mgle na szczycie… nic nie widzisz  – nie wiesz gdzie lecieć… na szczęście odblaski na znakowaniu pomogły….

Ostry zbieg do Kasiny Wielkiej – tam Asior już czekała 🙂

Szybki łyk koli – bo czułam, że zasypiam i dalej w drogę. Prosze Asiora – daj znac jak kolejni (czytaj Jarek z Mateuszem) będą u Ciebie…

Idę spokojnie mijając 3 kolejne górki – tuż przed podejściem na Lubomir dostaję sms od Asiora :”poszli – napierdalaj kosmitko”… w głowie zaczynam przeliczać, czy jest szansa by mnie dogonili… szłam do góry i odjeżdżałam w sen… i tak na szczyt, który minął mi zdecydowanie za szybko… czyli pewnie sporo pospałam po drodze 😉

Na szczycie przy obserwatorium – zdając sobie sprawę, ze zostały mi 3 ostatnie km i to głównie zbiegu – postanowiłam bardziej się skupić, by już nie odjeżdżać w sen.

Paweł, Tomek, Joanna – wybiegają po mnie z km przed metą… i Paweł mówi, spokojnie – masz sporą przewagę nie musisz się spieszyć. A ja z tekstem: Przecież musze napierdalać – Asior kazała 🙂

Wpadłam na metę łamiąc nie tylko 40 godzin… złamałam nawet 35 godzin… 34:29h.

3 miejsce Open – tylko Perta ze swoim kolega byli przede mną.

Najlepszy bieg w moim wykonaniu – dzień a raczej dwa  dni konia.

 

 

Ekipo UTM – dziękuje było genialnie – wracam za rok:)

 

18557379_1965903976987778_3897890988976787651_n

Na mecie oczywiscie zimne piwko :):)):):):):):)

TAK BIEGNĘ ZA ROK  – NAJPIĘKNIEJSZE 100 MIL W POLSCE Z NAJLEPSZYMI LUDŹMI!!!

 

www.ultratrailmalopolska.pl

 

Sprzętowo – oczywiscie odzież tylko i wyłącznie THONI MARA

Koszulka Mocy-  Thoni Mara breeze bez obtarć, bez podrażnien

Spodenki za kolano THONI MARA nrg

Jak zawsze odzież i sprzęt z naszego sklepu NORAFSPORT – SKLEP DLA BIEGACZY

 

 

18700799_1320843891362243_7232627844944314560_o

 

FOTY: mapa-turystyczna, Magdalena Bogdan, Aleksander Hordziej, Andrzej Szczepocki

18739089_1320843484695617_8609685454464799755_o 18700494_1320843114695654_2288656495703392888_o

100 MILES OF ISTRIA – relacja

100 MILES OF ISTRIA – relacja

Historia z wyjazdem na 100 MILES OF ISTRIA rozpoczęła się dokładnie rok temu, gdy przyjechaliśmy na Istrię dopingować.  To właśnie wtedy postanowiłam wrócić za rok i pobiec sama.

 

Wyjazd na bieg postanowiliśmy połączyć z mini-wakacjami – czyli cykl „zwiedzanie przez bieganie”

Kilka dni, które spędziliśmy w Chorwacji przeznaczyliśmy głownie na zwiedzanie… ale nie byle jakie zwiedzanie.

Byliśmy w kilku miejscach, gdzie przechodziła trasa, trochę z Anką pobiegałyśmy już po trasę biegu.  Obczajka ile asfaltu itp. Dużą i pomocną informacją były dla mnie doświadczenia z roku ubiegłego. Wiedziałam, gdzie będzie punkt jak wyglądają mniej więcej odległości nie tyle w km co rozłożone w czasie po np już 100 km.

Piękna pogoda, kwitnąca Chorwacja… nic tylko cieszyć się z tego czasu, który tam mieliśmy.

 

Postanowiliśmy formalności załatwić jak najszybciej, czyli odebrać pakiety startowe zaraz po otwarciu biura zawodów…Wiedząc oczywiście (bo przecież nie trzeba sprawdzać w programie czy czasem biuro zawodów nie jest w innym miejscu) zaprowadziłam całą ekipę w miejsce, gdzie w ubiegłym roku było biuro zawodów. Deptak nad morzem. A tam… pustki i plątający się biegacze  jak my szukający biura zawodów. Oni również byli w zeszłym roku i nie sprawdzili, że cała impreza została przeniesiona na kraj miasta, co dla mnie jest jednym z największych minusów.

A takie mogły być widoki z mety…

IMG_8704

Dotarliśmy do biura zawodów po drodze zgarniając kilku naszych znajomych… świat jednak jest mały 😉

IMG_8713

Podczas odbioru pakietów obsługa wydająca pakiety sprawdziła dokładnie obowiązkowe wyposażenie, które niestety sporo ważyło…:( ale na takich biegach jest ono konieczne: kurtka nieprzemakalna z kapturem, bandaż, folia nrc, swój kubek, bukłak minimum 1 l, zapas jedzenie, długie spodnie – lub leginsy i długie skarpety, gwizdek, latarka i dodatkowe baterie, dowód osobisty).

Pakiet odebrany można wracać się pakować:)

IMG_8737

Postanowiłam, że po doświadczeniach na Dalmacjia Ultra Trail – tym razem przebiegnę ten bieg rozważnie i z planem. Taki był plan…

A więc napakowałam żeli – bo przecież co 45 -60 min będę wcinać jedną saszetkę, elektrolity do bukłaka…

Zegarek naładowany – na wszelki wypadek oprócz baterii do latarki naładowany power bank i dodatkowa latarka (by nie świecić sobie telefonem jak to musiałam robić na Dalmacji). Idealnie przygotowana (tak mi się zdawało) w piątek wyjechałam z ekipą do Labina.

IMG_8740.1JPG

 

IMG_8752

 

Labin – małe przepiękne miasteczko. Start punktualnie o godzinie 16. Plan nie lecieć za wszystkimi od razu- na spokojnie…

Plany niestety często się zmieniają niezależnie od nas… ruszyła maszyna a wraz z nią po wąskiej ścieżce w dół i ja. Sławek poleciał szybko – Jarek gdzieś został-  reszta też gdzieś się zgubiła… nic lecę swoim tempem.

20170407_172558

Z ok 300 mnpm zbiegamy na poziom 0 by powoli wspinać się na pierwszą górke ok 400 m.

 

20170407_172555

Wydawało mi się, że biegnę spokojnie – nawet bardzo spokojnie.. ale już po pierwszy punkcie podczas powolnej wspinaczki na Vojaka mój żołądek zaczął świrować. Tego nie przewidziałam. Wiedziałam, że problemy pewnie będą ale nie na ok 23-25 km…. a od 35 km do 38 km przeżywałam największy kryzys na całej trasie. Vojak ze swoją prawie pionową ścianą na końcówce nie był litościwy… robiłam krok stawałam by pooddychać głębiej bo czułam, że niestety ale skończy się to wymiotami. W mojej głowie zaświtała myśl.. zwolnij jeszcze…. zrobiło się dość chłodno. Ludzie zaczęli ubierać bluzy kurtki, a ja w koszulce by mi było bardziej rześko, bym mogła przetrwać do szczytu.

O co chodziło? nie mam pojęcia. Nie mogłam się zajechać bo był to 25-40 km. Nie dałam czadu bo wchodziłam równo i spokojnie…. Pomimo tego, że było mi tak niedobrze postanowiłam regularnie jeść żele… no może do tego ostatecznego momentu, gdy stawałam łapać powietrze i robiłam krok.

Gdy dotarłam na Vojaka i powoli zaczęłam zbiegać – nagle zaczęło mi się poprawiać. Dobiegłam do punktu Poklon (43 km) wypiłam jakiś dziwny łyk bimbru od chłopaków z Dalmacija Ultra Trail – dwa kubki gorącej herbaty i ruszyłam na kolejną wspinaczkę.

Jarek myknął mnie tuż po 1 punkcie. Ale udało nam się jednak pół nocy przebiec razem.

Kolejne etapy szły nam całkiem gładko. Spokojnie biegiem i marszem pokonywaliśmy kolejne etapy biegu.

Bardzo pomogła mi znajomość części trasy – wiedziałam, że np teraz będzie górka a zaraz tyle i tyle szutru czy asfalt – co uwierzcie po np 100 km i  stopach obitych od tych kamieni z dróg szutrowych ma wielkie znaczenie.

Tuż przed BUZET – punktem z przepakiem mieliśmy przepiękny wschód słońca (niestety mój telefon jest do bani i nie dało się ładnej foty zrobić)

20170408_065256

 

W Buzecie postanowiłam przebrać buty i świeże skarpety. Czułam już lekkie odparzenie – ale było spoko.

Przekąska z kurczaka + ciepła herbata idealnie złagodziły podrażniony żołądek. Polecieliśmy dalej w kierunku najmniejszego miasta świata HUM ( świetne mini-miasteczko z ok 17 mieszkańcami – kurna klimat niezły)

Od Buzetu do HUM i do prawie mety lecieliśmy z „Grzeskami dwoma”  – zawsze to raźniej w ekipie.

W kolejnym małym miasteczku za HUM postanowiliśmy ochłodzić się w lokalnej „restauracji – barze” i wypić lokalnego browaca. Zimny browar na taką pogodę – to idealne schłodzenie organizmu.

20170408_111249

i piweczko:

20170408_111756

Wydawałoby się, że tuż po zbiegnięciu do Buzetu, gdzie skoczyły się wysokie góry skończyła się dla nas wtedy „mordercza” wspinaczka…ale nie. Mini górki  – bo ok 400-380 mnpm po pokonaniu ok 100 km  w niesamowity upał – bo temperatura dawała popalić a słońce grzało na maxa  – wcale nie były jakieś lekkie.

Gdy przybiegliśmy do Butoniga – punkt ulokowany nad zaporą ( pamiętałam go doskonale sprzed roku) – już czułam, że to końcówka… a co tam jeszcze tylko 50 km do mety – przecież to końcówka…;)

Na tym etapie stopy nasze były w stanie tragicznym. Kilka przejśc przez wodę  w takiej temperaturze tylko chwilowo wydaje się zbawienne dla stóp. Odparzenia zaczęły dawać popalić i coraz bardziej boleć.

Ale Motovum tuz tuż…a tam  – „lodzik” 🙂

20170408_161304

I woda z piwkiem…

IMG_8887

 

IMG_8870

Było piwo, były lody… brakowało kefiru.

Mirek i Marta – dziękujemy za ten kefir.

Napojeni, najedzeni z kurewsko bolącymi stopami ruszyliśmy do Oprtalj.

IMG_8472

Stąd już o krok do mety… prawie. W tamtym roku biegłam ten fragment – więc było mi dużo łatwiej. Ból stóp był tak nieznośny, że największym marzeniem jakie wtedy miałam to ściągnięcie butów…

Gdy przed nami pojawiło się miasteczko Groznjan – już czułam metę…20 km do mety – to przecież jak z domu na Kolną i z powrotem – rzut beretem… 😉

20170408_192810

Od Groznjanu Jarek dostał torpedy… jakby to wcale nie była końcówka i jakbyśmy wcale nie przebiegli 150 km.

„Królewno no chodź lecimy…. chodź – chodź…” – no to leciałam.

Po raz kolejny lżej było mi truchtać niż iść – przy truchcie noga jednak ma mniejszy kontakt z podłożem niż przy całym postawieniu stopy podczas chodu….

I wtedy tuz za BUJE na koniec – najgorsza, najbrzydsza i cześć trasy. Część trasy, która według mnie psuje cholernie całość. Do tego dopieprzając biegaczowi stopy jeszcze bardziej. Z 1 km rozwalonego i lekko ubitego gryzu…

Jedyne co się cisło na usta wszystkich naszych rodaków ( a dołączyło do nas kilku z biegu krótszego) to słowa: kurwa, znowu te jebane kamienie…. 🙁

Tak tak – te ostatnie kamienie i gruz moje stopy ledwo zniosły. Ale zniosły. Zniosły tak, że jeszcze na 1,5 km przed metą udało mi się wyprzedzić jedną dziewczynę. 🙂

Generalnie – cały plan biegu miał opierać się na złamaniu czasu ( chciałam 30-32H  – ale 30 było marzeniem złamać)

Nie walczyłam z dziewczynami, nie przejmowałam się, że mnie mijają… ale na końcówce dowalic takiej to kurde frajda. Aż przyspieszenia dostałam… 😉

1 km do mety…. wiemy, że Mirek z piwkiem będzie czekał….:):):)

Niecałe 170 km…. META….

unnam1edunna11med

Podsumowując: czas 31:34:57 h – 13 wśród kobiet, 119 open na 255 osób, które ukończyły bieg (ok 80 osób nie ukończyło biegu)

Patrząc na całość – jest szansa na złamanie 28 h i to jest mój plan na za rok.

Teraz kilka dni relaksu i kolejny start w Czechach na początku maja 🙂

Odzież dobrana doskonale – bez jakichkolwiek obtarć.

Koszulka Breez Thoni Mara i spodenki Thoni Mara z serii NRG – lekka kompresja

 

Odzież i akcesoria biegowe ze sklepu dla biegaczy NORAFSPORT

 

unnamed

unnamead

Ultra Śledź – pierwsze mocne przetarcie w 2017 roku (85 km)

Ultra Śledź – pierwsze mocne przetarcie w 2017 roku (85 km)

II edycja Ultra Śledzia  – biegu na dystansie 50 km i 80 km odbywa się na terenie Puszczy Knyszyńskiej ze startem i metą w Supraślu. Dzięki naszemu wspaniałemu PKP nie musieliśmy tym razem jechać samochodem  – 5 godzinna podróż pociągiem  na trasie Kraków  – Białystok jest sporo wygodniejszą opcją niż jazda samochodem.

Piątek – odbiór pakietów i sprawdzanie obowiązkowego wyposażenia. Jeszcze na żadnym biegu nie spotkałam się z takimi wymaganiami na dystansie do 100 km – ale cóż… regulamin zaakceptowany – trzeba wyposażenie obowiązkowe pokazać.

Numer odebrany i nie pozostaje nic innego jak porządnie się wyspać przed startem (pociąg do Białegostoku z Krakowa jest o 5 co oznaczało pobudkę po 3 w nocy, z kolei start był o 6 co oznaczało pobudkę po 4 rano -…;( )

16996827_805008339638384_226048197_n

Cel biegu – zrobić dobry trening i próbować się zmieścić w 10 godzin (do godz 16. o godzinie 18 mieliśmy powrotny pociąg do Krakowa)

 

Największym błędem jaki zrobiłam to było wyłączenie mojego mózgu z toku przygotowań.

Mając do wyboru kolce i zwykłe buty trailowe – poszłam do organizatora i zapytałam czy jest sens brać kolce (na Fb z dwa dni wcześniej organizatorzy umieszczali filmiki z trasy całkowicie oblodzonej).  Usłyszałam, że przy znakowaniu wszystko się topiło cały lud, i pełno błota – kolce niepotrzebne…

Jak się ma swój mózg to trzeba go używać a nie liczyć, że inni zdecydują za Ciebie. To nauczka dla mnie na kolejne biegi. Wiedziałam, że ma być na minusie  i że ten roztopiony lód po raz kolejny będzie lodem i błoto roztopione będzie zmrożonym błotem gdzie kolce spisują się idealnie… ale mózgu nie użyłam. Posłuchałam innych… największa głupota tego biegu.

Na szczęście wzięłam skarpety wodoodporne dexshell – i na szczęście wzięłam długie a nie krótkie:)

 

4:30 – pobudka i ta myśl : „pieprze – nie biegnę” …ale skoro się już przejechało tyle …

Szybkie śniadanie, obowiązkowa kawa – i spadamy całą ekipą na start.

Start – spokojnie i równo.  Pierwsza połowa miała być wolniejsza – więc zaczęłam wolno. I tu na wstępnie ok 6 km  – pierwsza i najbardziej boląca gleba – pad siatkarski na lodzie. Obite porządnie kolano i mocno potłuczona ręka. I to był ten moment – gdzie włączył się u mnie totalny wkurw. Ręka boli – potykam się co chwila…

Na szczęście była i chwila zabawy  – po drodze przekraczaliśmy strumień… albo rozlewisko – jak kto woli. Było zabawnie. I tu miałam frajdę  – bo kurwy sypały się ni z moich ust. Moje Dexshelle działały i miałam suche stopy :):):)

17006179_805008306305054_988519449_n

 

17012560_805008286305056_316592449_n

Kolejne kilometry szły nawet spoko. Leciałam bez spiny. I punkt na 18 km – szybka herbata i lecimy dalej. Tren pagórkowato-piaskowy. Mini pagórek i od razu zbieg – po mokrym  piasku z wystającymi korzeniami drzew – trzeba było jeszcze bardziej uważać.

16998099_829782393836976_8220652950184329891_n

 

Po wybiegnięciu z pustyni w las – zaliczyłam dwie kolejne gleby… i kolejny raz na tą mocno potłuczoną już rękę. I już wtedy miałam dość. Kilka razy myślałam o tym by zejść z trasy, ale przecież nie jestem cienias. Zajebiste dialogi toczyły się w mojej głowie walcząc z myślą – zejść czy biec dalej…

Ale pobiegłam. Zmrożone błoto, po którym wcześniej jeździły wielkie leśne ciągniki  nie jest idealnym terenem do biegania – więc powoli zaczęły odzywać się kolana. Ale nic – punkt 2 już jest. A tam Zwolo (Zwolo – dzięki za doping i łyk cudownego napoju 😉 ).

Startujemy z punktu z koleżanką z numerem 123 razem… gadamy ile wlezie… jest miło i nawet mi się nastrój poprawił. Wiec zaczęłam obliczać, że są szanse by zdążyć w 9:30. Ona pobiegła – ja zwolniłam, bo  jednak za szybkie tempo jak na te warunki.

Do 60 km było całkiem spoko. Mieśnie ok. Głowa trochę się poprawiła. Punkt na 60 km – przepyszna zupa, kanapka z serem i ciacha do plecaka na drogę. Wiedziałam, że na ok 70 km ma być ostatni punkt żywieniowy.

I zaczęły się jazdy – najpierw bieg po zarośniętej powalonej gałęziami ścieżce kolejki (wygladała na wąskotorówkę)

i tak sobie leciałam, ze nie wiedziałam kiedy przeleciałam taśmy pokazujące skręt w bok ( były świeże ślady  – nie było ścieżki w bok… taśmy tam były rzadko – to leciałam)… ok 600-700 metrów nadrobionego dystansów.

Ale nic wróciłam na trasę i zaczęło się jeszcze głupsze podłoże… przymarznięte torfowisko z twardymi małymi krzakami. A po tym już tylko powalone drzewa – i właśnie tam – przy ostatniej taśmie i kilkunastu powalonych drzewach straciłam całkowicie kurs biegu… Zaczęła się śnieżyca – więc zniknęły ślady – taśm nie było – połaziłam w jedną stronę – połaziłam w drugą stronę… z jakieś kilka minut szukałam trasy, aż w końcu mega wkurwiona włączyłam neta i mape google stwierdzając, że pierdzielę  – nie ma ani ścieżki, ani wstążki – ani śladów – wiec na przełaj dotrę do pierwszej lepszej drogi i będę prosić znajomych o podwózkę. W panice dzwoniąc do Kuby ze złości prawie się poryczałam…

Ale schodząc do drogi odnalazłam taśmy. I postanowiłam lecieć dalej za nimi. Ale moja złośc już była tak wielka, że na tym ostatnim punkcie (według mojego gps 76 km) ze Zwolem machnęłam już 2 banie wiśnióweczki i ruszyłam dalej. Ostatnie kilometry i ostatnie mobilizujące sms :):):) Piwko miało czekac na mecie – więc humor wraca 🙂

Gdy docieram do Supraśla  – ciesze się jak dziecko – gdy widze Olke i Kubę-  jeszcze bardziej.

Wpadam na metę z czasem 10:15:59  – jako 5 kobieta i 39 w open ( na 103 które ukończyły – sporo osób jednak zeszło z trasy).  Czas i miejsce dupy nie urywa – ale i tak wyszło to lepiej niż planowałam. Warunki jednak dobiły wszystkich.

Po przybiegnięciu na męte – szybki prysznic – piwko i wyjazd do Białegostoku…a w pociągu Łyk Chucha Puszczy:)

17012688_805008199638398_2105422399_n

Tak mieszanych uczuć chyba nie miałam w żadnym biegu. Dla mnie to był najtrudniejszy bieg jeżeli chodzi o warunki na trasie. Tereny piękne – ale nie do biegania w takim okresie ( w sensie dla mnie).

 

Jedno jest pewne – na pewno latem pojadę pobiegać – kiedy będzie zielono, miło i słonecznie…:):)

A ręka boli dalej…

17012850_805008159638402_1132228922_n

 

Link do wyników

 

 

 

Oleszycki taniec na lodzie – IV Półmaraton Oleszyce

Oleszycki taniec na lodzie – IV Półmaraton Oleszyce

Jak co roku postanowiliśmy z Wojtkiem zawitać do Oleszyc. W roku 2016 w Oleszycach zrobiłam swoją życiówkę na trasie półmaratonu – w tym roku wiedziałam, że nie ma szans poprawić życiówki, więc podeszłam do biegu spokojnie.

Bieg miał zacząć się o godzinie 11. Ok 9:30 gdy przyjechaliśmy na start okazało się, że życiówki to raczej nikt nie będzie w stanie wykręcić.

16839637_801175260021692_895232356_n

(Trasa prowadząca do biura zawodów – z mniejszą pokrywą lodu, niż trasa biegu)

 

 

Trasa biegu w około 80% była pokryta lodem. Pomimo, iż wzięłam buty z kolcami, wiedziałam, że moja głowa i tak zachowa większą ostrożność niż może powinna po ubraniu kolców.

16831692_801175270021691_81548651_n

(Buty Icebug + skarpety wodoodporne  Dexshell – to było idealne rozwiązanie)

Przed przyjazdem zakładałam, że z racji tego, iż od ponad pół roku nie robiłam szybkich interwałów ( ok, w ogóle nie robiłam interwałów bo ich nienawidzę), nie będę w stanie lecieć bardzo szybko – więc stwierdziłam, że 1:45 będzie super wynikiem na tej trasie. Gdy zobaczyłam warunki przed startem wiedziałam, że o takim wyniku nie mam co marzyć. Więc w głowie pojawiła się kolejna cyfra 1:55 – tak by bezpiecznie biec i nic sobie nie zrobić (kolce i tak w niektórych momentach mi jechały – więc trzeba było zmniejszyć ryzyko wywalenia się – a ostatnio wywalanie się w biegu szło mi całkiem dobrze).

Temperatura 2 stopnie i lekki wiatr – i stadnardowe pytanie – czy zostać w samej koszulce z długim rękawem, czy coś jednak na to ubrać. Koszulka + Kamizelka – jednak był trochę za ciepły zestaw. Leginsy Thoni Mara NRG sprawdziły się doskonale. 🙂

16839809_801175226688362_770802316_n

 

Dzięki temu, że na Roztoczu biegłam kilka biegów w ciągu ostatnich lat pojawiło się kilka nowych znajomości.

Jedną z nich jest Wiesiek – raz ja byłam przed nim, raz on mnie wyprzedzał we wcześniejszych biegach. Tym razem biegliśmy razem. Dzięki temu biegliśmy bardzo równo nie dając się początkowej fali napaleńców przyspieszyć tak jak oni. Równe tempo w okolicy 4:55 – 5:00 min/km przy tych warunkach było dla mnie nawet całkiem fajne.

Jak to czasem bywa, gdy poczujesz, że jest dobrze i jest moc – włącza się ściganie.

Nie chodziło tu o walkę o pierwsze lokaty – bo wiedziałam, że z taką prędkością nie ma szans – ale takie ścigania z każda kolejną kobietą, która jest na trasie.

I tak z pozycji pewnie 15 od startu na połówce udało się być 5 lub 6 kobietą. Miałam jedną dziewczynę przed sobą.

Biegłyśmy cały czas równo – więc głowa zaczęła obmyślać teorię wyprzedzenia na ostatnich metrach…

Myślałam, że na 19-20 km po prostu wezmę ją sprintem… tylko nie dodumałam, jak mój organizm zareaguje na taki sprint. A on miał to gdzieś. Spróbowałam przyspieszyć – ale nic z tego nie wyszło…

Więc trzeba było włączyć plan awaryjny – obrona. Trochę więcej energii poszło na to małe zerwanie i szybko poczułam, że jest źle i zwalniam tempo. Trzeba było dotrwać jeszcze 1 km do mety – by nie dać się wyprzedzić.

Motywacją było podbiegnięcie Wojtka ( Wojtek zajął II miejsce w open przegrywając tylko o 3 sekundy z pierwszym chłopakiem – mega) i wspólne przebiegnięcie ostatniego kilometra trasy.

Czas: 1:44:38 – czyli udało się zrealizować plan sprzed „oglądnięcia” trasy o poranku.

6 miejsce wśród kobiet, 2 miejsce w kategorii:)

A dla mnie przede wszystkim jeden pewnie z ostatnich biegów w tym roku ze średnią biegu poniżej 5min/km (i w sumie cieszę się z tego )

 

16809850_801174730021745_452039024_n

16838021_801174653355086_1893213074_n

 

 

 

 

NORAFSPORT

Winter Ultra Trail Małopolska…lepiej niż planowałam

Winter Ultra Trail Małopolska…lepiej niż planowałam

Trasę Ultra Trail Małopolska 48 znam z wiosennej edycji oraz z treningów jakie na tej trasie zrobiliśmy.

Znakując fragmenty trasy w czwartek i piątek tuż przed biegiem zakładałam, że przy takich warunkach i mojej kondycji (totalna załamka po ostatnim treningu na Mogielicy w  dużym śniegu, gdzie moje ciało przestało współpracować z głową – a mięśnie się całkowicie zbuntowały i odmówiły posłuszeństwa) – realny czas przebiegnięcia to będzie ok 10 h (latem w wysokiej temperaturze bez śniegu i zmrożonego niebezpiecznie podłoża zajęło mi to 7 h).

Znakowanie trasy na Lubogoszczy – to był naprawdę piękny czas. Cudowna pogoda… słońce, bezchmurne niebo… i las w śniegu…

 

15644471_766403353498883_1356346992_n 15592597_766403310165554_364467953_n 15591889_766403296832222_1391104052_n 15497688_766403240165561_378687422_n

Niestety ten piękny zachwyt i pół dnia w zimnie odbiło się trochę na moim zdrowiu, i poranek przywitałam z mocnym bólem gardła i wielkim katarem…:(

Ale przecież na spokojnie dam rady. Walki i szybkiego bieganie nie będzie – bo trzeba oszczędzać przede wszystkim bolące gardło – ale na spokojnie dam rady.

8 rano – 17.12.2016 – start. Spokojnie na tyłach postanowiłam nie dać się ponieść tłumowi – a trzymać swoje tempo.

Plan był taki: biegnę tak bym nie musiała bardzo głęboko oddychać gardłem i bym nie zmęczyła się za bardzo.

I tak sobie leciałam – aż doleciał Piotrek na ok 3-4 km, z którym dotrwaliśmy razem do mety.

Pierwszy punkt odżywczy  a tam Wentylek ze wspaniałą ekipa wolontariuszy NH team i znajomych :).

Łyk herbaty+banan i dalej… kijków zapomniałam… powrót…:)

15622687_1623653227929649_4309831160725953746_n

foto AnngellsRun

Po pierwszym punkcie czekała znakowana przeze mnie Lubogoszcz… wolno i spokojnie czerwonym ostrym szlakiem w górę… całkiem sprawnie nam to poszło.

Na szczycie żel z herbata coby sił potem nie brakło i w dół ciężkim zbiegiem  – pozamarzane błoto z kamieniami…

15578722_1623653277929644_2412178947956823372_n

fotoAnngellsRun

Drugi punkt odżywczy znajdował się na stacji benzynowej w Kasince  – a tam przepyszny ciepły barszczyk. Do tego winogrona i gotowi na zdobywanie Szczebla ruszyliśmy w drogę.

Szczebel – jak to Szczebel… dał w dupę – ale nasze równe tempo wyszło nam na dobre i w sumie nie zamęczył nas jakoś bardzo gdyż właśnie tam dostaliśmy powera i postanowiliśmy troszkę przyspieszyć.

To jest genialne, gdy zaczynasz prawie na końcu – lecisz spokojnie w czasie, gdy inni się wyrywają i szaleją na początku – a później co krok kogoś łyksza…a największą satysfakcje mieliśmyy  – bawiąc się już tym wyprzedając zawodników na ostatnim odcinku… świetna zabawa. 🙂

Do mety dotarliśmy przed zmrokiem z czasem 7:33…albo cos podobnego.

Zimne piwko z pewnością nie było dobre dla gardła – ale musiało być obowiązkowo na mecie.

Świetny  bieg – świetna organizacja

 

Fundacja 4 alternatywy, NH team – jesteście wielcy:):):)

 

Paweł Derlatka – jeszcze raz wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – coby Ci sił starczyło na organizację wszystkich planowanych biegów:)

 

15645650_766402740165611_517071725_n

 

Kurtka Thoni Mara  – Speed Jacket oraz spodnie leginsy Thoni Mara NRG – idealny strój na ten bieg do tego skarpety Dexshell 🙂

 

 

 

 

Test skarpet DexShell

Test skarpet DexShell

Szukając jakiegoś rozwiązania na to by przy szczególnie dłuższych biegać mieć nogi suche w końcu trafiłam na wodoodporne skarpety Dexshell.

Pierwszy raz skarpety używałam gdy sypnęło śniegiem  – topiący się śnieg plus błotko.

Odczucia były dziwne – zimno i jakieś takie dziwne wrażenie – ale to pierwsze wrażenie.

Kolejne użycia skarpet  – już były nieco inne. Trochę poszperałam na forach  i postanowiłam posłuchać dobrych rad.

Pierwszą z nich było ubranie drugiej skarpety pod DexShelle.

 

02-12-20161-1

Trening w skarpetach podwójnych był dość długi – trwał ok 5 godzin.

Deszcz ze śniegiem i błotem. Z ciekawości wbiegałam w każdą kałużę.

Ciepło:

Dzięki dodatkowej parze skarpet użytych pod DexShelle – nie odczuwałam zimna i dyskomfortu spowodowanego tym, ze skarpety od góry są mokre i zimne od śniegu.

Wilgoć:

Skarpety nie przemakają – są lekko wilgotne od środka, co pewnie spowodowane  jest poceniem się stopy.

Natomiast nie czuć tej wilgoci, która jest w bucie po wpadnięciu w kałuże.

02-12-2016-1

 

Skarpety dostępne w Norafsport – skarpety Ultra Thin Flex

 

img_7330

 

Skarpety długie DexShell Wading Socks

Skarpety DexShell Coolvent