thoni mara – norafsport oficjalnym dystrybutorem na Polskę:)

Cze - 23 2015 | no comments | By

Bardzo się cieszę z tej informacji – dlatego postanowiłam się podzielić i z Wami:)

Od ostatniego piątku jesteśmy oficjalnym dystrybutorem na Polske produktów Thoni Mara

TM_LogoMag_ClaimBlau_test

Marka powstała w Niemczech i tam powstają wszytskie produkty.

RcKf3vCi9dLQKdexFUf1RuWizR5lzpSEJP0oVZjrjvA,FOs7CsJZ2y4TmCxxujhuwDZQALngmXBBgb13wo_2HqE,rqu1-vKe-7tB_m2G734kljy3XulIU9uawInbZgVrlRg,ijfRllDAwaai4nePRqCZ0_s-cIGbWR4f_m0qw-H4V5U

Materialy w części bardzo podobne do materiałów bielizny termoaktywnej, charakteryzują się bardzo dobrą oddychalnością.

Ważnym elementem w kolekcjach Thoni Mara jest kolorystyka.
13533070_1216554881701706_4699502825806681672_n

Wkrótce nowa kolekcja. Nad stroną pracujemy a tymczasem część rzeczy dostępna jest w naszym sklepie norafsport

_brDmaKNdCUN_0DL9mixBHLp7GhFGpzkxcrxqDPfHqk,PAwr9-hcMlH0OS5rn32DCht6gWWExaR6xNTWZqBn57s,8FpQUsHUmfcLGeYOVMbm4F0ZNrdpS43gBEj0ekv-L_M,3-Ct5f7gSZrDkOi5RNZfyGK8BFm39vVrPQaZ2nOofyc

www.thonimara.com.pl

thoni_mara_signet_final

Rzeźnickie spalenie słońcem…

Cze - 09 2015 | no comments | By

Najważniejszy bieg sezonu… i mocny kop w tyłek.

Jakieś ponad rok temu postanowiłyśmy z Anką pobiec razem w parze.
Wiedziałam, że między nami jest duża przepaść mocy, wytrenowania i ogólnie wytrzymałości ale …kto nie ryzykuje nic nie ma.
Cel był ambitny, złamać 11 godzin. Początkowo do mnie nie dochodziło to, że jest to w ogóle realne.
Bo przecież rok temu i dwa lata temu z różnymi problemami, ale nie złamaliśmy nawet 14 godzin.
Fakt, że biegliśmy na „lajcie” nie dla walki, a dla siebie, dla przebiegnięcia.
Niemniej jednak liczba 11… jakoś siedziała w głowie.

11414799_913305448728717_1850985207_n

Wystartowałyśmy całkiem spoko – bałam się, że pójdziemy za szybko i w Cisnej już będę zgonem, ale nie byłam. Zgonem zaczęłam być przy podejściu na Smerek, a do tego momentu w miarę równo i stabilnie się biegło. Na Żebraku byłysmy w czasie, który był spokojnie na złamanie 11 godzin.
Przed Osiną byłyśmy setną parą – całkiem fajnie biorąc pod uwagę to, że wystartowało ok 700 par.
Nakręcona adrenaliną gnałam za Anką, która prowadziła.

Ktoś wtedy krzyknął nam, że jesteśmy drugą parą kobiecą – cel był by walczyć.
Walczyć – chciałam… na prawdę chciałam walczyć – ale moje ciało chyba nie do końca było jeszcze przygotowane do tego – i niestety z każdym kilometrem się oddalało od podjęcia walki.
Dobiegłyśmy spokojnie do Cisnej, gdzie doping kibiców był tak motywacyjny, że dodało mi to nowych sił.
Przepak. Szybko uzupełniamy wodę i izo – gryz batonu i w drogę. A jeszcze kijki zabrałam z plecaka – bo na Mnichu bardzo mi pomogły, więc nie ryzykowałabym podchodzenia bez kijków.
I się zaczęło… podejście pod Jasło…zgon… zero mocy. Wiem, że Anka ma siłę i leci, a ja jakby odcięcie od prądu. Mojego ruchu nie można było nazwać chodem. To było powolne pełzanie…”wpełzywanie”
Było mi już gorąco i duszno, a to był dopiero początek zapowiadającego się upalnego dnia.
Chciałam iść szybciej, ale mięśnie i ciało mne nie słuchały.
U góry było już trochę lepiej – ale z każdą minutą robiło się coraz cieplej… nie lubię tego 🙁
Zbieg z Fereczatej prosto na punkt z wodą, który obsługiwali moi znajomi… podobno już wtedy byłyśmy jak „opętane” i nie reagujące na to co się dzieje dookoła – ale już trochę miałyśmy w nogach – a przed nami najgłupszy odcinek Rzeźnika – czyli droga Mirka.
Byłam zajebiście posłuszna – nie stanęła, nie przeszłam do chodu – choć miałam taką ochotę.
Muszę tu przyznać – to, że Lucyna z Łukaszem dopingowali na trasie -bardzo mi pomogło. Chciało się walczyć. Do tego fantastyczny „serwis” mojej partnerki, która widziała, że konam i polewała mnie wodą wspierając – podziałały tak, że dobiegłyśmy jakoś do punktu na Smereku.
Wtedy sobie tłumaczyłam tak – przecież to już prawie kocówka – machniesz dwie połoniny – i będzie czad:) Przecież to już nie dużo. Przekąska na przepaku – trochę koli i w górę…
I coraz goręcej. Ciężko było. Na szczęście na górze wiał wiatr, który mnie uratował i mogłam biec – nie szybko – ale jakoś to szło.

Nie biegło mi się dobrze. Co chwilę kolka – głupia ta kolka – nie da się normalnie oddychać i dobija już i tak zmęczony organizm.

11356058_913305595395369_1526416221_n

Zbieg na szczęście do punku na Berehach poszedł całkiem dobrze. Uważałam bardzo by nie skręcić kostki, ale zbiegało się dość szybko. Czwórki już piekły..
Berehy – Kasiula i Maciek… :):) Miło widzieć swoich – i nie wiem sama, czy brac wodę, czy jeść… wiem trzeba walczyć – by utrzymać 2 miejsce – bo do pierwszego przez moje ślimaczenie sporo straciłyśmy.
Otwarty fragment podejścia pod Caryńską mnie dobił totalnie – upał plus otwarta przestrzeń i w górę… masakra.Na szczęście nie było to długie podejście.
Muszę przyznać, że Anka miała cierpliwość…ja chciałam lepiej i szybciej – ale nie dawałam rady.Walczyłam w głowie by się ruszać szybciej – ale nie zawsze głowa rządzi. Czasem ciało nie reaguje na to co głowa chce… 🙁

Zbieg z Caryńskiej idzie dość sprawnie – wyminęłyśmy kilka par po drodze. Na zbieg jeszcze siły były.
Z każdym krokiem cieszyłam się na metę… już ją chciałam…
Mostek, schodki… i myślałam, że to już…a tu nasz Mirosław postanowił, że skoro start był bliżej, to meta musi być dalej – by dystans się nie zmniejszył… ufffff
Widok mety – chyba dawno tak mnie nie ucieszył jak tym razem…
Czas 11:46… wleciałyśmy na metę:)
Udało się jeszcze zdobyć złoty medal dla pierwszej setki par – czyli od pierwszego punktu nas mijali, my mijałyśmy – a zostałyśmy i tak 98 parą:)

960295_913291505396778_5095448252549220241_n

Generalnie to nie jestem zadowolona, choć powinnam być. II para damska – dobry wynik…
Ale jest niedosyt – wiem, że dałam plamę. Wiem, że Anka miała mocy na co najmniej 10:30.
Wiem, że jak by nie było aż tak gorąco – to na pewno byłoby bliżej 11 godzin.
Siedzi mi dalej w głowie to, że spokojnie mogłyśmy powalczyć o lepszy czas.
A może jednak jeszcze nie jestem aż tak przygotowana by łamać tą 11? Nie wiem.

Ale postanowienie jest postanowieniem – 11 godzin i tak złamię. Czy za rok, czy za dwa, czy później…
11393060_758899250897241_5263906057117509323_n

Obóz biegowy w Wiśniowej…dlaczego warto …

Maj - 25 2015 | no comments | By

Beskid Wyspowy – lubię, to pewnie juz wiecie.

Obóz biegowy w Wiśniowej – to świetna inicjatywa Piotrka, organizatora Półmaratonu Mustanga i Adama Czerwińskiego:)

Będzie się działo…

Zapraszamy na obozy biegowe w Beskidzie Wyspowym
http://beskid-runningcamp.pl/

Ostatnie treningi przed Rzeźnikiem – Luboń Wielki

Maj - 24 2015 | no comments | By

Rzeźnik tuż tuż… czy jestem dobrze przygotowana? Nie mam pojęcia.
Myślę, że to, że udało mi się przebiec dwa ultramaratony w tym roku (Gran Canaria 86 i Mnicha) dało moim mięśniem niezłej wyrypki. Ale i było sporo czasu na regenerację.

Ostatnie dni – to raczej spokojne marszo-biegi.
Dziś po kilku dniach stania ze stoiskiem i długiej jazdy samochodem – pojechałyśmy w okolice Mszany Dolnej – a dokładnie do miejscowości Glisne, gdzie zaczyna się czerwony szlak na Luboń Wielki – i po drugiej stronie ulicyszlak na Szczebel.

20150524_144537

Czarny szlak to najkróßszy szlak na Luboń, ale również najbardziej ostr

Wybrałyśmy tą trasę by pocwiczyć mocne podbiegi – podejścia.
Trasa do treningów idealna – kilka konkretnych ścian, to świetny trening na nauczenie się szybkiego podchodzenia w górę.

20150524_145446

Ciach, ciachi jesteśmy na Luboniu – widoki… bajkowe, a raczej z kryminału mrocznego. Wszędzie mgła, mgła, i mgła…
Postanowiłyśmy nie wracać tą samą trase, i pobiegłyśmy kawałek niebieskim szlakiem (w stronę Zakopianki) i odbiłyśmy na leśną drogę na prawo.
Niezbyt długi ale konkretny trening.
Oby efekty jego i innych treningów było widać za 2 tygdonie:)

20150524_144501

20150524_151641

Norafsport i Skarpeter – sklep stacjonarny: Kraków ul. Piwna 19

Maj - 08 2015 | no comments | By

Pewnie większość z Was wie, o naszym sklepie- ale jakby ktoś nie wiedział:
Kraków ul. Piwna 19
Norafsport i Skarpeter

Sporą część z rzeczy w sklepie (typu odzież Newline czy plecaki Ultraspire) testowaliśmy sami.
Nie mamy marek popularnych – mamy marki dobrej jakości i sprawdzone.

Odzież i kacesoria biegowe dostepne w Norafsport – to głównie: Newline, Ullmax, Skins, Thoni Mara, Mico, Ultraspire, Camelbak.

ulotka

Zapraszamy:)

Mnich…nie tylko niepokorny

Kwi - 28 2015 | no comments | By

Nie wiem co mnie nakłoniło by biec w tym roku zamiast maratonu w Szczawnicy Niepokornego Mnicha. Rok temu zarzekałam się, że musze poprawić słaby czas spowodowany kolką, że będzie conajmniej 5:20…
Tak było po maratonie w 2014 rou. Minęło kilka miesięcy i w mej mózgownicy coś się poprzestawiało.

Pamiętam kilku znajomych, którzy albo zeszli rok temu z trasy, albo ukończyli ledwo zywi.
Tak sobie myślałam: porąbani, że zdecydowali się biec w tak trudnym biegu.
No i chyba mnie porąbało pod koniec 2014 roku – bo się zapisałam.
Eliza – dzięki za wsparcie wtedy – bo to mnie do końca przekonało. Bałąm się, ale słowa Elizy, że dam radę przekonały mnie. I tak zrobiłam.

Mnich i Rzeźnik. Dwa biegi, które w roku 2015 miały być dla mnie najważniejsze – zblizały się…

25.04.2015… stres się włączył. Po kiepskim miesiącu (nerwówka związana z naszym kochanym Urzędem Skarbowym, otwarciem sklepu stacjonarnego Norafsport w Krakowie a przede wszystkim zejściem z trasy podczas świetnego beigu w Bielsku) – bałam się, że jednak nie dam rady.
Bałąm się, że temperatura mnie rozwali jak w Bielsku, że nie będę mogła oddychać – co będzie się pewnie równało zejściem z trasy. Może i to, że się bałam dobrze mi zrobiło.
Plan przed startem był taki: spokojnie zacząć – trzymać się limitów – nie przesadzić na pierwszym etapie.

Odcinek Szczawnica – Przehyba przez dzwonkówkę przebiegamy kilka razy w roku. I zawsze zajmuje nam poniżej 2 godzin, no chyba, że jest tyle śniegu, że się nie da biec i szybko iść. Tu chciałąm mieć conajmniej 2,5 godziny.

Oczywiście w tym całym pędzie zapomniałąm zegarka z GPS… więc postanowiłam, że skoro nie mam zegarka – to na czas będę patrzeć tylko na punktach odżywczych – nie będę się przejmować czasem. Jak będzie po czasie – to zdejmę numer i jakoś się doczołgam, ale skończę.

Start: 3 w nocy. Przyjemny chłodek ( jak wyjeżdżałam z Krakowa w piątek (25.04) – było pk 26 C). W głowię sobie powtarzam – nie spieprz tego – nie leć za innymi – lekko i spokojnie.
Mija mnie Jędrzej z Grześkiem – szaleją chłopaki, potem mijają mnie inni….
Myślę sobie, że wolniej się już nie da.
Pierwszy raz od ponad roku mam kijki. Spokojnie – do góry marszem.
I po 2 godzinach 10 minutach jestem na Przehybie ( :):):) ) – tu czuję się jak w domu.
Ale nie tracę czasu – piję i spokojnie dalej…
W sumie fajnie – bieg już na tyle się rozciągnął, że nie było tłoków. Lubię już ten moment, gdy nie depczemy sobie po stopach – gdy jest już ta przestrzeń.
Nie leciałam – nie szalałam – ale miałam czas dla siebie – by w końcu odpocząć psychicznie po ciężkim miesiącu.
Niebieski szlak do Rytra i wschód słońca. Niesamowite – pomarańczowe słońce wyłaniające się zza drzew… żal biec.
Podejście pod Niemcową… dawno tu nie byłam. I zapomniałam, że to tak daje w kość.
I w tych momentach kijki mi się sprzydały.
Coraz cieplej…

Niemcowa zdowbyta biegniemy dalej w stronę Kosarzysk… nagle kilku panów stoi i nie wiedzą gdzie biec – bo kolor strzałki nie taki jak powinien być.Dobrze, że mniej więcej wiedziałam, gdzie jestem – ale mapa przekonała panów, którzy nie zachowali się „dżentelmeńsko” (oprócz Wojtka) i pobiegli dalej….zostawiając babę, z mapą…
Bardziej ciepło…

Przełęcz Gromadzka…jeszcze mi się chciało biec. Ale powoli zaczął dawać o sobie znaki żołądek. Nie wiedziałam, czy mam jeść czy nie. Zjadłam przed startem bułkę – i w czasie biegu pół żela – ale to był już ponad 40 km i kilka godzin marszo-biegu – więc trzeba było uzupełnić węglowodany.A ja się bałam. Bałąm się, że bedzie jak na Gran Canarii… czyli źle.
Przepak- szybka zmiana skarpet i butów- info od Patryka, że jestem 3 bab i go…

Upał…

Fakt – rok temu Run Adventure 3 dni biegałąm w temperaturach bardzo wysokich – ale to było latem, gdy organizm już się przyzwyczaił do takich wysokich temperatur.
A tu temperatra zaczynała mnie dobijać… albo zabijać powoli.
Kilka razy podczas biegu miałąm myśl by zejść… bo za gorąco, bo źle…
Ale był jeden motywator, który mi się w głowie pojawiał w takich wypadkach :NIE JESTEM CIENIAS – POTRAFIĘ WALCZYĆ (moja Ty Foczkowa – to mnie bardzo motywowało).
W wielu wypadkach nie chodzilo o walkę z „kimś” – a walkę ze sobą – z narastającą chęcią położenia się na trawie i leżania do słonka… odpoczynku.
Choć test charakteru miał rozpocząć się nad Dunajcem – mnie rozpoczał się zaraz za przełęczą Rozdziele. Oj – to pieprzone podejście – ale mi dało w dupę.
Rysiek P – dzięki za wsparcie podczas tego fragmentu:)

Fakt- trasa od rozdzielenia się biegów maratonu i Mnicha – jest fajna – ale po 50 km w nogach przy takiej temperaturze – ocena „fajności” trasy już jest trochę inna.
Wkurzałam się na to, że biegnę polanami – słonce grzało… a ja prosiłąm o śnieg, którego tak wczesniej nie chciałam. To właśnie ten śnieg mnie chłodził.
Ręcę, szyja, kark… wszystko musiałąm co kilkanaście minut wycierać śniegiem lub wodą – jak taką znalazłam.
Vyżne Ruzbahy… utkwiły mi w pamięci – bo przy trasie Mnicha był domek, gdze nocowaliśmy przed Visegrad Maratonem 2 lata temu.
Tyle, że wtedy miejscowość ta wydawałą mi się malutka…a w sobotę się dłużyła…rozciągała…
Nie pamiętam dokładnie – ale byłam na punkcie coś koło 13… atu jeden Pan mówi, że Piotrek Hercog wygrał – i że był na tym punkcie coś po 9. Piotrek – co Ty kurna bierzesz, że tą trasę w takim tempie pokonałeś?
A na punkcie miła niespodzianka… pojawił się Rafik. Z równym tempem podąrzał do mety.
I to dzięki niemu – dotrwałam do mety. To dzięki niemu wyszło jak wyszło – czyli nie starciłam 3 miejsca. Rafał potrafi utrzymać równe tempo – przy końcówce wcale nie zmęczony…
Rafik – dzięki:)
11169793_1092306887453171_6723890357634167335_n
To mnie dobiło – to podejście do ostatniego punktu odżywczego. Kurna jak to zobaczyłam – to pomyślałam, że Elizie i Kubie zachciewa się zabawy nad biednymi „kalekami”.
Kilka metrów ściany! Dokłądnie ściana! I rzucona lina by się wspiąć… dobzre, że moje kijki jeszce mnie trzymały wtedy:)

Ostatnie 11 km – to walka z mózgiem… kurde, miało być w dół – a tu co chwila do góry. Moje myśli: w dupie to mam i idę – nie biegnę – kurna chcę już piwo…
Sms: napisrdalaj…
No to się starałam napierdalać – ale to wcale nie było takie proste. Tak myślałam, że to nie jest proste. Ale gdy zobaczyłąm czwartą dziewczynę jakieś 300-400 metrów za mną – słowo „:napierdalać” nabrało nowego znaczenia. Tak – zaczęłam biec mocniej przy 92 km. Kurna i kto by pomyślał.
Meta…:):):) Piękne:):):)

I piwko na mecie – miodzio:):)
Foczkowa moja wręcza mi medal – a ja mówię, że pierdolę już ultra.

Ale to tylko na kilka minut taka myśl pojawiła mi się w głowie.
Za rok poprawiam wynik Mnicha o 2 godziny, bo trochę w tym roku jednak asekuracyjnie pobiegłam.
A co było fajne – że dalej nie jestem w stanie zrozumieć jak to się stało, że po przebiegnięciu prawie 100 km na drugi dzień spokojnie mogłam chodzić i próbowałam nawet biegać:):) Nie jest źle.

A najgorsze jest to, że już mnie nosi…
weekend majowy na trasie Noraftrail? Czemu nie:):)

553cc8a325d77_0651_l

553cc892cc724_0605_l

22421_525549070917647_4765522450353822857_n

Noraftrail II edycja – 19.09.2015:)

Kwi - 14 2015 | no comments | By

Trochę się sprężyłam, choć mnie to dużo kosztowało…
Ale regulamin musi być. I jest:)

II edycja naszego biegu Noraftrail już 19.09.2015.
Mam nadzieję, że tym razem pogoda dopisze i będziecie mogli nie tylko się ścigać, ale i podziwiać piękne widoki – bo jest co podziwiać:)

Formularz zgłoszeń

Jolka – dzięki za pomoc z formularzem:)

2 Górka Pętla – Brenna 28.03.2015

Mar - 30 2015 | no comments | By

28.03.2015…2 edycja biegu górskiego Górska Pętla 12:12.

Że bylo fajnie – to chyba już wszyscy wiedzą – że przyjedziemy za rok – też:)

Ale od początku. W czasie pierwszej edycji biegłam ze swoim bratem, tym razem postanowiłyśmy z Ewą Jeremicz pobiec w parach KK.
Szkoda tylko, że nie było więcej par damskich – bo to jednak fajniej jak się tak w większej ekipie rywalizuje. Ale może w następnym roku będzie więcej par kobiecych:)

Start biegu 12:12…. pierwszą pętlę rozpoczęła Ewa.
Pogoda – no jak to pogoda podczas Pętli 12:12… 4-6C, troszkę wiatru, troszkę deszczu, troszkę śniegu….a dużo, dużo mgły.

Zakładałyśmy, że jak pogoda się utrzyma taka jak była na początku – to będziemy w stanie zrobić 6 pętli.Nie znałyśmy trasy całej, gdyż została trochę zmodyfikowana i wydłużona w stosunku do trasy z przed roku.

Niecałe 16 km… ale za to jakie!
11096693_811341252267767_7781947151601088088_n

Cel na bieg:
Chciałam spróbować, czy przy cięższym podbiegu będę w stanie beic – nie ważne wolno, czy szybko – ważne by biec. Mini-trucht – ale bieg.
Ewka przybiegła i ruszyłam nie wiedząc czy zacząć mocniej czy jednak spokojnie.
Po ok 2 km skręcaliśmy w las i od razu zaczynał się mocny ok 1,5 km podbieg. W tym miejscu odbijaliśmy od trasy z roku ubiegłego.
Trucht… robi się ciepło – nieważne…trucht…wolno… trucht.
4,5 km…. chwila przerwy… lżejsza trasa…

Nie pamiętam dokładnie który to był kilometr, wydaje mi się, że kolo 6. I podbieg polanką. Tu juz nie było łatwo. Jeszcze przy pierwszej pętli było w miarę.
Dużo korzeni, gałęzi… ale bieg… wolno, ale bieg.
Bałam się, że będzie mi zimno, a tymczasem paliłam się z gorąca (to z pewnością za sprawą „odtłuszczacza”, który podwyższa temperaturę ciałą i szybciej się spalają tłuszcze). Szybko pozbyłam się czapki i bandanki i lało się ze mnie.

gamma0115_201503301421

gamma0118_201503301421

Przyznam, że podkręcałąm się gdy na podbiegach wyprzedzałąm facetów – jakoś tak mnie to mobilizowało:)

Bieg… cały czas bieg….

DSC_0349

W kilku momentach były jeszcze odcinki ze śniegiem – one na pierwszej pętli były całkiem spoko – niestety na drugiej zrobiły się już niebezpieczne zwłaszcza przy tej mocnej mgle.
W pewnym momencie dołączyliśmy się do trasy biegu z przed roku – więc już wiedziałam co i jak. I niestety był ten ciężki zbieg. W sumie – to on nie jest jakoś masakrycznie ostry. Problem jednak polega na tym, że na jednym odcinku było strasznie dużo liści na tej trasie a po nimi dużo kamieni. Bojąc się o kostkę – oczywiście nie wzięłam tejpów i nie mogłam trochę usztywnić stopy – zbieg wyszedł mi najgorzej. Ale nic – sukces jest bo nie skręciłam kostki tym razem:):):)

Na końcówce Basia z aparatem…
_DSC0916

Ta pętla miala być dobrym sprawdzianem – i wyszło ok:)
Trasa bardzo mi się podobała – bardzo – i na dodatek udało się zejść minimalnie poniżej 1:50h:)

” …. a ja lecię, lecę, lecę – wciąż lecę…”

_DSC0921

Na trzecią pętlę wybiegła Ewa – ja w tym czasie wypróbowałam pyszności przygotowanych przez organizatora. I oczywiście zmiana stroju. Błoto… wszędzie błoto…

4 pętlę (czyli moją 2) zaczęłam już gdy powoli zaczęło się ściemniać. Nienawidzę tej pory dnia – albo ciemno, albo jasno…a tu kurna nie wiesz co robić – czy włączyć czołówkę, czy jeszcze nie. Ale nic. Zastanawiałam się, czy dam radę i drugą pętlę pzrebiec.
Postanowiłam spróbować:)
I udało się!!! Przebiegłam i drugą pętlę – wolniej – mniejszymi krokami ale się udalo.
Druga pętla już była… inna. Tuż po wbiegnięciu w las, zaczęło się szybko robić ciemno – ale to pikuś. Zrobiła się masakryczna mgła. I polana, która na 1 mojej pętli była ciężka pod względem podłoża…na 2 mojej pętli już była ciężka pod względem …mojej lokalizacji.
Nie miałam pojęcia czy dobrze biegnę. Pamiętałąm, ze las jest po prawej stronie.
Trasa była dobrze oznaczona i świetnie, że były dodatkowe oznaczenie fluorescencyjne.
Niemniej jednak widoczność(do góra 2 metrów) nie pozwalała na pewne przemieszczanie się po trasie – stąd mimo „minitruchtu” i chęci biegu – nie mogłam biec szybciej – bo trzeba było bardzo uważać. Do tej mgły doszedł „sparowany oddech” – czyli promień światła oświetlający trasę przez czołówkę był co chwila „niszczony” oddechem.
Oj było … ciekawie. W sumie dobrze, że pamiętałam szlak – i sprawdzałam to taśmy, to szlak – to dodatkowe oznaczenia. Ale miałam chwilę strachu. Zwłaszcza tuż za polaną po 6 km – gdzie słyszałam jakieś szumy. Tak tak spanikowana baba…

Moja 2 pętla była też ciężka pod względem „mazistości” podłoża. Zmrożone błoto było rozmrożone – rozjechane, rozbiegane… grzęzło się… dodatkowe ćwiczenie:)
2 pętla trwała dłużej też przez to, ze ten fatalny zbieg w takich warunkach był dla mnie najcięższym elementem biegu. W sumie wtedy stwierdziłam, że na końcu jak skręcę kostkę to już tragedii nie będzie – bo najwyżej 2 km jakoś dojdę…ale się udało:)
Dotarłam…

Zatsanawiałam się tuż przed metą czy jest sens by Ewa leciała – bo naprawdę było cieżko i niebezpiecznie i trzeba było bardzo uważać by sie nie pogubić w tej mgle.
Ale na szczęście Piotrek, mąż Ewy pobiegł razem z nią i dzięki temu nasza drużyna na 2 drużyny babskie była 1:):)
Ja jestem zajebiście zadowolona – że biegłam w takich warunkach – to dla mnie sukces.
Trasa fajna – choć sporo cieższa niż rok wczesniej – ale świetna. Więc mam nadzieję, że organizatorzy jej nie zmienią.

Na 3 edycję biegu Górska Pętla 12:12 oczywiście przyjedziemy z Ewą:)

Helga (Huzior) – GRATULACJE!!! Piękny wynik:)
21148_811989832202909_6892205713501542416_n

DSC_0267

II Półmaraton Mustanga (16.05.2015) – a my dziś testowaliśmy trasę:)

Mar - 24 2015 | no comments | By

Po ostatnim niedzielnym treningu w Myślenicach trochę się obawiałam, że dziś będzie ciężko.
Na szczęście Piotr był wyrozumiały dla moich miesni i pobiegliśmy lekko.
Choć przyznam, że moje mięśnie czterogłowe całkiem konkretnie odczuły dzisiejszy bieg.
Ale nie o tym dziś.

IMG_7355
Dziś testowaliśmy trase Półmaratonu Mustang

Pogoda cudowna, temperatura całkiem inna niż w niedzielę (deszcz ze śniegiem na start i wilgoć)
Temperatura powyżej 10C… słonko…

IMG_7362

Poręba – to miejscowość niedaleko Myślenic. Bałam się, że nie trafię, ale jak się okazało rok temu z Wojtkiem właśnie tam biegliśmy.
Odnalezienie Ośrodku pod Kamiennikiem niestety wcale nie było takie łatwe. Nigdzie żadnej tabliczki informacyjnej, a miejsce calkiem przyjemne.
To właśnie tu będzie baza II już edycji Półmaratonu Mustanga.

Trasa bardzo fajna, przyjemna.
Ekipa – rewelacyjna.
Jeśli jeszcze nie zdecydowaliście się – nie ma na co zwlekać.
Ekipa Norafsport oczywiście też tam będzie:) Oby w jak największym składzie:):)

Poniżej kilka fot i FILMIK z dzisiejszego treningu:)

Galeria zdjęc

Transgrancanaria 2015

Mar - 15 2015 | no comments | By

Transgrancanaria – 07.03.2015

Jakim sposobem się tam znalazłam? Sama nie wiem. Trochę fajnych fot znajomych, trochę dobrych opini o tym biegu, przepiękne relacje z edycji 2014. I się zapisałam.

Cel – Advance 83 km. Idealnie na 3 miesiące przed Rzeźnikiem – dobry trening siłowo-wytrzymałościowy.

Ale, że to dośc daleko i koszty przelotu również nie były małe, postanowiłam, że to będą również moje wakacje.

Trochę słońca napewno doda energii do zycia i pracy po powrocie – oby:):)IMG_6316

Lot na Gran Canarię był nawet bezbolesny. Z Krakowa lecieliśmy do Brukseli i stamtąd na Gran Canarię. Szybko udało się dostać na autobus i wylądowaliśmy w San Augustin, gdzie mieliśmy wynajęty domek. Trochę nam zajęło odnalezienie go, ale zaraz po tym mogliśmy urz ądzić pierwszą posiadówę wieczorną na tarasie. Wyjście z ogrodu było zarazem wejściem na plażę – genialne:)

Czwartek – 05.03 upłynął nam na objazdowej wycieczce po Gran Canarii – generalnie jechaliśmy do Kanionu, który jak się okazało był na…. Teneryfie – lekko się Lacy porąbało, ale dzięki temu objechaliśmy spory kawał wyspy:)

IMG_6353

Piątek – ja sobie zrobiłam relaks na plaży z leżeniem, pływaniem i lekkim opalaniem, dziewczyny wyruszyły na dalsze poznawanie wyspy.
Wieczorem odbiór pakietów. Nastawienie genialne.
Kolejka do pakietów… nikt mi już nigdy nie wciśnie, że u nas się długo czeka. Ponad 30 min czekania w kolejce po odbiór pakietu, no może trochę dłużej. Stoisz i kolejka się nie przesuwa. Ale w tej oto kolejce spotkaliśmy naszych biegaczy i jakoś szybciej upłynął czas.

Pakiety odebrane bez problemu. Zostaliśmy zaobrączkowani specjalnymi transgrancanaryjskimi materiałowymi sznurkami. Pakiet: koszulka, daszek, bidon, bandanka – całkiem nieźle.
Numer startowy i chip do plecaka – najważniejsze rzeczy schowane.

Teraz już był tylko relaks.

IMG_6495

Wieczorem makaronowa kolacja i do spania, bo pobudka wcześnie.
Start biegu miał miejsce w miejscowości Fontanales ok. 60 km od naszego miejsca zamieszkania (tak na oko tyle) – więc musieliśmy wyjechać przed 5 rano, bo część drogi w prawdzie prowadziłą autostradą, ale część niestety wąskimi, krętymi drogami, gdzie trzeba było jechać bardzo powoli i ostrożnie. Ciotka za kierownicą sprawdziła się doskonalne:)

IMG_6744

Przygotowane do biegu – czekałyśmy na strat.
IMG_6750

Moim celem było spokojnie pokonanie tego biegu. Bez szaleństwa, zwłaszcza, że ostatni trening jaki robiłam – to trening w temperaturze ok 7C, a na GC temperarura sporo przekraczała 20C, co czułam przez cały bieg – a chyba najbardziej przy końcówce biegu.

Start…
Trasa biegu prowadziła obok pól z eukaliptusem i kaktusem – zapach cudowny. Ale to tylko w pierwszej części biegu – tam też było najbardziej zielono.

Początek biegu dał mi lekko w kość – gdyż nie mogłam się przyzwyczaić do tej wysokiej temperatury. Ale potem już było lepiej.

Lekko i spokojnie – powolne podchodzenie na ciężkich podbiegach. W między czasie jakieś foty – bo przecież raz się biegnie takimi ścieżkami.
Trochę problemów z żołądkiem miałam po zapodaniu dawki magnezu, ale krótki piknik z bułką i wodą pomógł przynajmniej pohamować efekt chęci wymiotów.
Po drodze mijaliśmy przepiękne krajobrazy, bunkry w skałach i przesympatycznych ludzi na trasie, którzy mocno dopingowali.
IMG_7229

Generalnie biegło mi się całkiem nieźle, dopóki na trasie nie pojawiło się dużo kamieni.

IMG_6237

IMG_6241

IMG_6245

IMG_6254

Kamienie tak poobijały moje palce/paznokcie, że ciężko mi było przy końcówce już biec, choć mięśnie nie były aż tak zmęczone. Do tego sparzone stopy od dołu….uf…

Ale po drodze było milo.
IMG_7176

Do przedostatniego punktu biegłam z radością – przynajmniej tak mi się zdawało – natomiast długi, ostry, megakamienisty zbieg do przedostatniego punktu – dobił moje stopy. Dobił totalnie. Nigdy tak nie czułam bólu paznokci i stopy wcześniej. Nigdy nie miałam tak – że każdy krok przy końcówce był bólem. Może nie był to ból nie do zniesienia – ale trwający cały czas…
Ale, że ultrasi biegną głową a nie nogami – dałam rady.

Przedostatni punkt- po raz kolejny wyduldałam kilka kubków zimnej koli z lodem i zjadłam kilka żelek Harribo. Zstało przecież 17 km do końca – spoko….
Tak… spoko było do momentu, gdy się wywaliłam. I wtedy pojawiły się oczywiście myśli – że nigdy więcej tego biegu, nidgy więcej biegania po takich trasach, że tylko nasze Beskidy i Bieszczady…. W sumie te myśli pozostały dalej.

Oststnie 20 km (a nie 17) – to lekki truchto- marsz. Na koniec chyba najgłupszy moment – bieg po wyschniętym korycie rzeki. Niby spoko – ale trzeba było uważać na podłoże – bo sporo było dużych kamieni – a ta część trasy chyba dłużyła się najbardziej.

Końcówka – to również jedna wielka zmyła.
Wpadasz na miejsce, gdzie jest meta – już widzisz tą metę – widzisz ludzi – a tu Ci każą zrobić jeszcze kółko… bez sensu.

Streszczając – trasa mi się totalnie nie podobała. Część trasy była fajna do biegania, część absolutnie nie, przynajmniej nie dla mnie.
Natomiast ta część trasy „niebiegowa” była według mnie idealną na trekking.
Widokowo – pierwsza część trasy świetna, początek drugie też – ale potem taka nuda zaczynała wkraczać…
Obsługa/punkty – tu muszę przyznać, że organizacja (oprócz tej kolejki po pakiet) perfekcyjna. Sporo picia, jedzenia – pomocna obsługa, która bardzo pomagałą przy wlewaniu napojów do bidonów itp.
Na mecie piwko w ramach uzupełnienia izotoników i do mieszkania na wypoczynek.
IMG_7282
DSC00168

Czy kiedyś tam pojadę biegać? Raczej nie.

1 2 3 4 5 10