Ultrajanosikowa legenda przepiękna i piekielnie trudna trasa …

Bieg Ultrajanosik Legenda (trasa Janosika na dystansie 100 km) nie był początkowo w moich planach. Biegi w Tatrach do tej pory uważałam, że są nie dla mnie – że jestem cieniarą by się tam pchać, szczególnie gdy w grę wchodzą Wysokie Tatry. Jednak po Nizkotatranskiej Stichaczce, gdzie dostałam nieźle w kość, ale dobrze się bawiłam, stwierdziłam, że chce wystartować w Ultrajanosiku.

Miesiąc po „wpierdzielu” na Vychodniarskiej Stovce wszystko wskazywało na to, że mam szansę skończyć. Mięśnie były całkiem ok, choć po sierpniowym biegu achilles co chwilę się odzywał.

Chciałam być posłuszna i iść za radą mojej wspaniałej fizjoterapeutki – koleżanki Gosi, która mówiła: ” tylko bez ścigania – lecisz na ukończenie”… ale gdzie tu myśleć o ściganiu w takich wysokich górach – więc nie myślałam.

Pakiet odebrany był w przerwie wystawiania się na expo z naszym sklepem dla biegaczy NORAFSPORT po dokładnym (prawie – Góral dziękuję jeszcze raz za czerwone światełko dowiezione) sprawdzeniu wyposażenia obowiązkowego – tu nie ma przelewek, to Wysokie Tatry.

 

Przed wieczorną odprawą wszyscy spekulowali, czy trasa zostanie ta, która była w planach, czy ze względu na niesprzyjającą pogodę (planowo deszcze miał lać od południa) zostanie zmieniona na łatwiejszą i bezpieczniejszą (tu rządzą słowaccy goprowcy i to oni decydowali, czy dadzą zgodę czy nie – względy dostępności goprowców przy ewentualnych wypadkach na mokrym i śliskim terenie skalnym). Trasa jednak została taka jaka miała być – czyli hardcorowa – gdzie bieg, a raczej wdrapywanie się na Polski Grzebień (2200) i Rhatkę ( 2288 m n.p.m)  było pełne dreszczyku…

Pozostało zatem wyspać się… ale się nie dało…

Pobudka przed 4 rano – szybkie ogarnięcie wody do bukłaka i myk do autobusu, który spokojnie wiózł nas do Strebskiego Plesa – dobrze, że spokojnie, bo można było jeszcze ponad godzinkę sobie podrzemać:)

Gdy Sławek przed startem mówi, ze elita naprzód, turyści do środka, koneserzy na koniec – postanowiliśmy wtedy jeszcze dość sporą grupą czyli Kaśka, Ja, Michael, Szalony Leśnik i Piotr – że będziemy w grupie turystów – może dotrzymamy tempa.  Po świetnym wspólnym biegu z Kaśką w 2016 roku na DFBG postanowiłyśmy pobiec razem – oj ma powerek niezły  – oj niezły… 🙂

Tuż przed startem w Strebskim Plesie z nieba zaczęło mżyć. Postanowiłam zaryzykować i od razu założyć wodoodporne skarpety Dexshell– by chociaż raz nie mieć bolących stóp. Więc do HOKA ONE (drugie użycie tych butów – ryzyko – ale się udało) i do skarpet dość grubych dorzuciłam Dexshelle… i było super-miękko, idealnie na skalne tatrzańskie podłoże.

Wystartowaliśmy spokojnie, zaraz po starcie przestało mżyć… i na szczęście pierwsza partia w Tatrach była w miarę sucha.

Ze Strebskiego Plesa na moje ulubione Popradzkie Pleso i mocno w górę pod Ostrą.

 

Niestety piękne widoki bardzo rzadko były na trasie, gdyż w większości w Tatrach rządziła mgła. Ale kilka przebłysków słońca i widoczków było nam dane…

Po zbiegu z Ostrej do Slezkiego Domu – odłączyli się od nas chłopaki, leciałyśmy z Kaśką już same, czasem Michael nas pod górę brał, a my go w dół…

Dla mnie podejścia tatrzańskie są dość ciężkie – tzn ciśnienie pulsujące w głowie odczuwa cały mój mózg, a po kilku szybszych krokach bywało, że miałam lekkie zawroty głowy…

Ale starałam się by nie zwalniać i iść równo – nie zawsze wychodziło, tak jak chciałam, ale nie było bardzo źle.

Najtrudniejszy moment w Tatrach to zdecydowanie podejście na Polski Grzebień i zbieg z niego, oraz podejście na Rohatkę,

 

(foto. Jan Hareza)

(foto. Jan Hareza)

(foto. Jan Hareza)

 

gdzie byłyśmy świadkami dość mocnego zdarzenia… czekający i kontrolujący zawodników tatrzańscy ratownicy czekali na szczycie Rohatki z psem, który przypadkiem biegając zepchnął głaz… – na szczęście zawodnik przede mną usłyszał POZOR i szybko zasłonił kark ręką – spory kawałek skały zamiast w jego kark uderzył w rękę – wszyscy aż oddech wstrzymali – na szczęście on cały i ręka cała, ale wyglądało to bardzo źle).

Zbieg z Rohatki – oj… chyba najtrudniejszy zbieg w moim życiu – ale o dziwo jakoś nam fajnie szło – a co najlepsze byłyśmy bardzo zdziwione, że faceci, którzy tak chojrakowali pod górę, w dół już nie mieli takiej odwagi i mimo, że nie zbiegałyśmy szybko praktycznie wszystkich wyprzedzałyśmy.

Najfajniejszy moment miałam chyba, gdy zbiegłyśmy do Chaty Pri Zelenom Plese – oj lubię to miejsce… , a jeszcze bardziej się ucieszyłam, gdy na czerwonym szlaku w kierunku Zdziaru zobaczyłam Marzenkę i Leszka kibicujących zawodnikom na trasie :):):)

Wejście pod ostatnią tatrzańską górę łatwe nie było – zrobiło się chłodno – co jakiś czas lekka mżawka…raz ubierałam rękawiczki, raz ściągałam.  Powiem szczerze, tam już cieszyłam się, ze Tatry mamy  prawie za sobą – ale wtedy nie wiedziałam, że czeka nas jeszcze mega błotnisty zbieg, gdzie glebę zaliczyłam co najmniej 5 razy, raz uderzając porządnie o skały, które były pod warstwą błota. Ale uśmiech do pani fotograf, która stała tam i łapała takie ujęcia musiał być 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szybka przekąska na punkcie kontrolnym i idziemy pod Magurkę – tu dołączył do nas Marek, który biegł z nami już prawie do końca. Lżejsze podejście w górę (lżejsze w porównaniu z Tatrami) trochę dodało mi powera.

To już nasz tereny – beskidzkie i pienińskie – gdzie można więcej pobiegać a nie tylko wchodzić…już prawie jak u siebie, prawie jak na mecie…a tu dopiero połówka biegu…

Tuz przed Kacwinem, gdzie był przepak i ciepła zupa – mieliśmy do przejścia całkiem niemały strumyk… a to oznaczało konieczność zmiany butów i już przemoczonych Dexshelli (bardziej spoconych, niż przemoczonych – ale trzeba było zmienić skarpety). Świadomość, że zostało Ci tylko 40 km do końca, to piękne uczucie… świadomość, że niedługo po przepaku zaczyna lać i wiesz, że będzie tak lało cało noc chyba dodało nam jeszcze więcej energii by iść/biec szybciej… chwile spokojniejsze odczuwaliśmy od razu szybszym marznięciem – więc nie było wyjścia.

Na zbiegu do przedostatniego punktu (były tam momenty, gdzie trochę pogubiliśmy się, gdyż ewidentnie ktoś pozrywał taśmy) czekała na nas…”ALEJA GWIAZD”… to było naprawdę świetne i wyglądało pięknie… droga asfaltowa a po dwóch jej stronach migające lampki… więc mogłyśmy z Katarzyną wyśpiewać….”aleją gwiazd….”

Przed przedostatnim punktem na zbiegu minęłyśmy Zbyszka, który już za niecały miesiąc po raz 14 wystartuje w Spartathlonie…. wariat totalny…:)

Przedostatni punkt kontrolny – ok 18 km do mety… tylko 18 km… ale co to były za kilometry….najpierw podejście pod przekaźnik na drodze do Dursztyna.. błotka coraz więcej… ale spokojnie – coraz zimniej…

Byliśmy przemoknięcie, zmarznięci i zaczynał delikatnie u góry powiewać zimny wiatr… na szczęście tylko na otwartej przestrzeni, z której tuż za przekaźnikiem zbiegliśmy.

Ostatni punkt odżywczy…i malutka na całym profilu góreczka ŻAR… oj, Żar… takiej błotnej jazdy w górę nie miałam jeszcze…

Sławek to pewnie czkawkę musiał mieć cały czas… : kurwa…. nie da się iść…. i tak z góry i z dołu…(pośrodku też ;))

Ale wejście pod Żar to nie koniec ostatnich fajerwerków przed metą… muszę to napisać, bo to co zobaczyliśmy to nie można nawet było nazwać kosmiczną sytuacją…

Otóż, gdzieś tam minęliśmy trójkę  jednych z ostatnich zawodników biegu na 75 km.. a tam z nimi pan w dżinsach i polarku trzymający parasol nad ostatnią zawodniczką biegu ( bo przecież lało…. 😉 )…

Ostatnie kilometry i widzimy zaporę w Niedzicy – jeszcze tylko sobie z niej zbiegniemy i ok 2 km i jesteśmy na mecie…

Dotarłyśmy na metę po 20 godzinach 25 minutach i 37 sekundach jako 3 w kategorii kobiet, zajmując zajebiste 47 miejsce w kategorii generalnej biegu.

Kasia  dziękuję za kolejny piękny wspólny bieg 🙂 Na następny rok musimy znowu coś znaleźć 🙂

BIEG ULTRA GRANIĄ TATR to pikuś w porównaniu z ULTRAJANOSIKIEM.

ULTRAJANOSIK – ŚWIETNA IMPREZA Z MOCĄ WRAŻEŃ PO DRODZE. WARTO WYSTARTOWAĆ.

A WIĘC  – DO ZOBACZENIA ZA ROK:)

 

 

Użyty sprzęt:

– plecak Camelbak Ultra 10

– kurtka biegowa THONI MARA

koszulka THONI MARA z serii „breeze” (to akurat długi rękaw)

– buty HOKA ONE

leginsy  2/3 THONI MARA z serii NRG

– kijki – super lekkie składane na 4 częsci TRAIL BLAZE

– skarpety wodoodporne Dexshell i całkiem fajnie sprawdziły się polskie skarpety INMOVE  – RUNNERS

– czołówka PETZL NAO

 

Więcej fot  naszej ekipy od Jana Harezy:

 

 

Tagi , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *