100 MILES OF ISTRIA – relacja

Historia z wyjazdem na 100 MILES OF ISTRIA rozpoczęła się dokładnie rok temu, gdy przyjechaliśmy na Istrię dopingować.  To właśnie wtedy postanowiłam wrócić za rok i pobiec sama.

 

Wyjazd na bieg postanowiliśmy połączyć z mini-wakacjami – czyli cykl „zwiedzanie przez bieganie”

Kilka dni, które spędziliśmy w Chorwacji przeznaczyliśmy głownie na zwiedzanie… ale nie byle jakie zwiedzanie.

Byliśmy w kilku miejscach, gdzie przechodziła trasa, trochę z Anką pobiegałyśmy już po trasę biegu.  Obczajka ile asfaltu itp. Dużą i pomocną informacją były dla mnie doświadczenia z roku ubiegłego. Wiedziałam, gdzie będzie punkt jak wyglądają mniej więcej odległości nie tyle w km co rozłożone w czasie po np już 100 km.

Piękna pogoda, kwitnąca Chorwacja… nic tylko cieszyć się z tego czasu, który tam mieliśmy.

 

Postanowiliśmy formalności załatwić jak najszybciej, czyli odebrać pakiety startowe zaraz po otwarciu biura zawodów…Wiedząc oczywiście (bo przecież nie trzeba sprawdzać w programie czy czasem biuro zawodów nie jest w innym miejscu) zaprowadziłam całą ekipę w miejsce, gdzie w ubiegłym roku było biuro zawodów. Deptak nad morzem. A tam… pustki i plątający się biegacze  jak my szukający biura zawodów. Oni również byli w zeszłym roku i nie sprawdzili, że cała impreza została przeniesiona na kraj miasta, co dla mnie jest jednym z największych minusów.

A takie mogły być widoki z mety…

IMG_8704

Dotarliśmy do biura zawodów po drodze zgarniając kilku naszych znajomych… świat jednak jest mały 😉

IMG_8713

Podczas odbioru pakietów obsługa wydająca pakiety sprawdziła dokładnie obowiązkowe wyposażenie, które niestety sporo ważyło…:( ale na takich biegach jest ono konieczne: kurtka nieprzemakalna z kapturem, bandaż, folia nrc, swój kubek, bukłak minimum 1 l, zapas jedzenie, długie spodnie – lub leginsy i długie skarpety, gwizdek, latarka i dodatkowe baterie, dowód osobisty).

Pakiet odebrany można wracać się pakować:)

IMG_8737

Postanowiłam, że po doświadczeniach na Dalmacjia Ultra Trail – tym razem przebiegnę ten bieg rozważnie i z planem. Taki był plan…

A więc napakowałam żeli – bo przecież co 45 -60 min będę wcinać jedną saszetkę, elektrolity do bukłaka…

Zegarek naładowany – na wszelki wypadek oprócz baterii do latarki naładowany power bank i dodatkowa latarka (by nie świecić sobie telefonem jak to musiałam robić na Dalmacji). Idealnie przygotowana (tak mi się zdawało) w piątek wyjechałam z ekipą do Labina.

IMG_8740.1JPG

 

IMG_8752

 

Labin – małe przepiękne miasteczko. Start punktualnie o godzinie 16. Plan nie lecieć za wszystkimi od razu- na spokojnie…

Plany niestety często się zmieniają niezależnie od nas… ruszyła maszyna a wraz z nią po wąskiej ścieżce w dół i ja. Sławek poleciał szybko – Jarek gdzieś został-  reszta też gdzieś się zgubiła… nic lecę swoim tempem.

20170407_172558

Z ok 300 mnpm zbiegamy na poziom 0 by powoli wspinać się na pierwszą górke ok 400 m.

 

20170407_172555

Wydawało mi się, że biegnę spokojnie – nawet bardzo spokojnie.. ale już po pierwszy punkcie podczas powolnej wspinaczki na Vojaka mój żołądek zaczął świrować. Tego nie przewidziałam. Wiedziałam, że problemy pewnie będą ale nie na ok 23-25 km…. a od 35 km do 38 km przeżywałam największy kryzys na całej trasie. Vojak ze swoją prawie pionową ścianą na końcówce nie był litościwy… robiłam krok stawałam by pooddychać głębiej bo czułam, że niestety ale skończy się to wymiotami. W mojej głowie zaświtała myśl.. zwolnij jeszcze…. zrobiło się dość chłodno. Ludzie zaczęli ubierać bluzy kurtki, a ja w koszulce by mi było bardziej rześko, bym mogła przetrwać do szczytu.

O co chodziło? nie mam pojęcia. Nie mogłam się zajechać bo był to 25-40 km. Nie dałam czadu bo wchodziłam równo i spokojnie…. Pomimo tego, że było mi tak niedobrze postanowiłam regularnie jeść żele… no może do tego ostatecznego momentu, gdy stawałam łapać powietrze i robiłam krok.

Gdy dotarłam na Vojaka i powoli zaczęłam zbiegać – nagle zaczęło mi się poprawiać. Dobiegłam do punktu Poklon (43 km) wypiłam jakiś dziwny łyk bimbru od chłopaków z Dalmacija Ultra Trail – dwa kubki gorącej herbaty i ruszyłam na kolejną wspinaczkę.

Jarek myknął mnie tuż po 1 punkcie. Ale udało nam się jednak pół nocy przebiec razem.

Kolejne etapy szły nam całkiem gładko. Spokojnie biegiem i marszem pokonywaliśmy kolejne etapy biegu.

Bardzo pomogła mi znajomość części trasy – wiedziałam, że np teraz będzie górka a zaraz tyle i tyle szutru czy asfalt – co uwierzcie po np 100 km i  stopach obitych od tych kamieni z dróg szutrowych ma wielkie znaczenie.

Tuż przed BUZET – punktem z przepakiem mieliśmy przepiękny wschód słońca (niestety mój telefon jest do bani i nie dało się ładnej foty zrobić)

20170408_065256

 

W Buzecie postanowiłam przebrać buty i świeże skarpety. Czułam już lekkie odparzenie – ale było spoko.

Przekąska z kurczaka + ciepła herbata idealnie złagodziły podrażniony żołądek. Polecieliśmy dalej w kierunku najmniejszego miasta świata HUM ( świetne mini-miasteczko z ok 17 mieszkańcami – kurna klimat niezły)

Od Buzetu do HUM i do prawie mety lecieliśmy z „Grzeskami dwoma”  – zawsze to raźniej w ekipie.

W kolejnym małym miasteczku za HUM postanowiliśmy ochłodzić się w lokalnej „restauracji – barze” i wypić lokalnego browaca. Zimny browar na taką pogodę – to idealne schłodzenie organizmu.

20170408_111249

i piweczko:

20170408_111756

Wydawałoby się, że tuż po zbiegnięciu do Buzetu, gdzie skoczyły się wysokie góry skończyła się dla nas wtedy „mordercza” wspinaczka…ale nie. Mini górki  – bo ok 400-380 mnpm po pokonaniu ok 100 km  w niesamowity upał – bo temperatura dawała popalić a słońce grzało na maxa  – wcale nie były jakieś lekkie.

Gdy przybiegliśmy do Butoniga – punkt ulokowany nad zaporą ( pamiętałam go doskonale sprzed roku) – już czułam, że to końcówka… a co tam jeszcze tylko 50 km do mety – przecież to końcówka…;)

Na tym etapie stopy nasze były w stanie tragicznym. Kilka przejśc przez wodę  w takiej temperaturze tylko chwilowo wydaje się zbawienne dla stóp. Odparzenia zaczęły dawać popalić i coraz bardziej boleć.

Ale Motovum tuz tuż…a tam  – „lodzik” 🙂

20170408_161304

I woda z piwkiem…

IMG_8887

 

IMG_8870

Było piwo, były lody… brakowało kefiru.

Mirek i Marta – dziękujemy za ten kefir.

Napojeni, najedzeni z kurewsko bolącymi stopami ruszyliśmy do Oprtalj.

IMG_8472

Stąd już o krok do mety… prawie. W tamtym roku biegłam ten fragment – więc było mi dużo łatwiej. Ból stóp był tak nieznośny, że największym marzeniem jakie wtedy miałam to ściągnięcie butów…

Gdy przed nami pojawiło się miasteczko Groznjan – już czułam metę…20 km do mety – to przecież jak z domu na Kolną i z powrotem – rzut beretem… 😉

20170408_192810

Od Groznjanu Jarek dostał torpedy… jakby to wcale nie była końcówka i jakbyśmy wcale nie przebiegli 150 km.

„Królewno no chodź lecimy…. chodź – chodź…” – no to leciałam.

Po raz kolejny lżej było mi truchtać niż iść – przy truchcie noga jednak ma mniejszy kontakt z podłożem niż przy całym postawieniu stopy podczas chodu….

I wtedy tuz za BUJE na koniec – najgorsza, najbrzydsza i cześć trasy. Część trasy, która według mnie psuje cholernie całość. Do tego dopieprzając biegaczowi stopy jeszcze bardziej. Z 1 km rozwalonego i lekko ubitego gryzu…

Jedyne co się cisło na usta wszystkich naszych rodaków ( a dołączyło do nas kilku z biegu krótszego) to słowa: kurwa, znowu te jebane kamienie…. 🙁

Tak tak – te ostatnie kamienie i gruz moje stopy ledwo zniosły. Ale zniosły. Zniosły tak, że jeszcze na 1,5 km przed metą udało mi się wyprzedzić jedną dziewczynę. 🙂

Generalnie – cały plan biegu miał opierać się na złamaniu czasu ( chciałam 30-32H  – ale 30 było marzeniem złamać)

Nie walczyłam z dziewczynami, nie przejmowałam się, że mnie mijają… ale na końcówce dowalic takiej to kurde frajda. Aż przyspieszenia dostałam… 😉

1 km do mety…. wiemy, że Mirek z piwkiem będzie czekał….:):):)

Niecałe 170 km…. META….

unnam1edunna11med

Podsumowując: czas 31:34:57 h – 13 wśród kobiet, 119 open na 255 osób, które ukończyły bieg (ok 80 osób nie ukończyło biegu)

Patrząc na całość – jest szansa na złamanie 28 h i to jest mój plan na za rok.

Teraz kilka dni relaksu i kolejny start w Czechach na początku maja 🙂

Odzież dobrana doskonale – bez jakichkolwiek obtarć.

Koszulka Breez Thoni Mara i spodenki Thoni Mara z serii NRG – lekka kompresja

 

Odzież i akcesoria biegowe ze sklepu dla biegaczy NORAFSPORT

 

unnamed

unnamead

Trening na trasie Ultra Trail Małopolska 170 km…startować czy nie startować oto jest pytanie

Gdy wystartowała pierwsza edycja Ultra Trail Małopolska miałam „żal” że nie wystartowałam na długim dystansie. Wtedy postanowiłam wystartować na krótszym dystansie – 48 km, który i tak mocno dał mi popalić.

Postanowiłam jednak, że UTM 170 w roku 2017 będzie jednym z najważniejszych (po 100miles of Istria) biegiem nowego sezonu.

Wiem, że trasa UTM jest bardzo ciężka i jest to najcięższy bieg ultra na takim dystansie w Polsce. Na 170 km – 9000 m przewyższenia – to sporo…

Ultra Trail Małopolkska 170

mk_dlugi mapa_utm_170

Wraz z organizatorem biegu Pawłem i portalem o biegach w małopolsce – Malopolskabiega zorganizowalismy trening na tej trasie

Plan był taki – że całą trase rozbijamy na 3 dni – śpiwy w schroniskach i zabieramy ze sobą tylko niezbędne do życia rzeczy – jak coś do spania i „mini kosmetyki” + oczywiście trochę jedzenia na trasę.

Start – schronisko na Kudłaczach skąd wystartowaliśmy tylko razem z Pawłem.

14528324_724549417684277_865547939_n

Najpierw czerwony szlak w kierunku Lubomira, potem odbiliśmy z niego na żółty szlak, który idzie do Pcimia

To jeden z najprostszych fragmentów trasy. Fakt że biegliśmy ” na świeżo” .

Przed podejściem na Szczebel dociera do nas Piotr i lecimy w trójke.

Szczebel jak to Szczebel – niby mały niewinny a daje w dupę jak cholera – na ok 3 km  prawie 600 metrów przewyższenia, co dość mocno odczuły moje mięśnie.

14580607_724549321017620_60342537_n

 

Ale na Szczeblu czekała na nas imprezka – klasa uczniów z technikum urządziła sobie tam całkiem niezłą imprezkę i musieliśmy się z nimi „przywitać’ 😉

14543618_724549187684300_1730766358_n

Ze Szczebla dość łagodnym zbiegiem podążaliśmy dół do Przełęczy Glisne. Stamtąd  kolejne mocne, ale na szczęście krótkie podejście pod Luboń Wielki, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę by się nawodnić najlepszym dla ultrasa izotonikiem 😉

14580384_724960607643158_1600378437_n

Ze Szczebla pobiegliśmy do Rabki Zaryte, gdzie niebieskim – dość słabo oznaczonym szlakiem dotarliśmy do Rabki. Stąd czerwonym szlakiem w kierunku Turbacza podchodziliśmy nie za szybko – w końcu to pierwszy dzień treningu – trzeba było rozłożyć siły na te 3 dni.

A widoki + pogoda, która nam dała niezły prezent stworzyły coś niesamowitego… chciało się żyć… CHCIAŁO SIĘ JEŚĆ …

14585346_724549031017649_1545368316_n 14569647_724549334350952_285935989_n14543471_724549054350980_2005974958_n14555759_724549021017650_170104712_n

Odbiliśmy z czerwonego szlaku na zielony , potem czarny  – i dotarliśmy na Turbacz.

Wcześniej w schronisku na Starych Wierchach zrobiliśmy mały postój na ciepły posiłek – zupa ze świeżych borowików – rewelacja, gdyby nie to, że trzeba było jeszcze iść dalej i jakoś się poruszać  pewnie i drugi talerz zupy siadł by w żołądku 🙂

 

Pierwszy dzień mój zegarek pokazał 51,65 km.

Nogi trochę bolały – ale co tam nogi… gdy już usiedliśmy w schronisku by pożądnie pojeść poczułam, że najbardziej boli mnie tyłek. Tak, tak… to braki w ćwiczeniach ogólnorozowojowych (ale od połowy września nadrabiam ten element wraz z Multifitness Kraków).

Na trening zabrałam też „prawie nowe” buty – przebiegłam w nich ok 200 km – więc prawie nowe Merrell Rapid, w którym planuję przebiec Dalmacija Ultra Trail.

Po pierwszym dniu treningu nie miałam ani odcisków, ani słynnych „kalaforów”, jedyny problem buta to trochę większy niż we wcześniejszych moich butach ucisk na achillesa.

Wtedy jeszcze mi to tak nie przeszkadzało.

Dzień drugi – najdłuższym i ciężki. Wystartowaliśmy ok 7:30 ze schroniska na Turbaczu nie czekając na śniadanie – które wtedy zaplanowaliśmy sobie pod sklepem w Rabce Zaryty.

14556108_724549001017652_810481161_n

Pierwsze kilka kilometrów – dość łatwa trasa – ale gdy z Kiczory zaczęły się zbiegi poczułam, że moje czterogłowe czują to mocniej niż dzień wcześniej. Czerwonym szlakiem dotarliśmy na Lubań. Obowiązkowe wejście na wieżę widokową – MEGA!!!

14555784_724548844351001_1549195670_n 14542795_724548877684331_1338701428_n 14555601_724548831017669_547706498_n 14555784_724548844351001_1549195670_n1

Gdy dotarlismy po ok 30 km na nasze śniadanie – poszaleliśmy.

Gdyby jakiś „uczony” badacz sportowy zobaczył co zjedliśmy – chyba by się nieźle zdziwił.

Kefir popity piwem do tego bułka z serem i salcesonem + serek Danio. Przed nami Gorc i mocne podejście – więc zapas kalorii musi być też konkretny:)

Podejście pod Gorc nie jest jakieś bardzo ciężkie – ale przy wysokiej jak na październik temperaturze i pełnym słońcu – trochę mnie osłabiło.

Osłabiło mnie jednak bardziej to jak jakiś cwaniaczek  po 60-tce wypasionym autkiem ze swoją laseczką podąrzali autem po szlaku w stronę Gorca- debilizmu dzień pierwszy.

Skąd się biorą tacy debile? Wiem, że może nie wypada – ale miałam ochotę porzucać kamieniami w stronę tego kretyna i porysować mu ten jego cacy samochodzik, tak by zapamiętał, że samochody zostawiamy na parkingu.

Z Gorca zbiegliśmy do Rzek – gdzie zrobiliśmy krótką przerwę i ścieżką ekoogiczną dołączyliśmy się dołączyliśmy się do szlaku na Turbacz przez Kudłon.

Tu już sił było mniej – ale chłodek wieczoru dodawał energii i tempo mieliśmy w miarę równe. Na Turbaczu szybkie piwko, coby sił na zbieg do Rabki nabrać…nastała noc.

A wraz z nią pierwsze użycie mojego nowego cacka czołówki Petzl Nao.

Czołówka genialnie się spisuje, ale przez to trochę osłabły inne moje „czucia” i szybko w pięknym stylu wylądowałam w błotku – po kolana…

14518833_1052326668168991_1194575695_n

Gdy dotarliśmy na nocleg do Rabki – byliśmy tak głodni, że mogliśmy pochłonąć wszystko – tak nam się wydawało – bo z zamówionych pizz, zostało ponad pół („będzie na śniadanie”).

Po dłuższym spaniu w niedzielę – wystartowaliśmy przed godziną 10. Dołączył do nas Tomek.

Gdy rano ubierałam buty poczułam, że sobotni minimalny ucisk na część achillesa nad piętą odbił się spuchnięciem i tego miejsca. Ciężko było założyć buty i mieć świadomość, że ok 50 km jeszcze przed nami. Ale na szczęści po kilku kilometrach nie czułam już bólu.

Z Rabki pobiegliśmy czarnym szlakiem w kierunku Lubonia Wielkiego skąd wbiegliśmy (a ja to się wtaczałam) na Szczebel. Została ostatnia część trasy -ok 28 km które pamiętałam jeszcze z letniej edycji UTM 48. Wtedy Lubogoszcz mnie dobił. Tym razem postanowiłam, że zacznę spokojniej i będę trzymać równe tempo. Chłopaki byli na przedzie – ja równo krok po kroku przybliżałam się do szczytu… Tym razem nie było tak źle 🙂

14528391_724548727684346_509191647_n

Zbieg z Lubogoszczy jest bardzo ciężki technicznie. Ostry i sporo kamieni… i tam pojawili się kolejni „debile”, którzy po szlaku turystycznym zjeżdzali na motorach krosowych.

Zatanawia mnie jedno – jak można być takim kretynem? Czy oni sobie zdają sprawę, że są debilami i swirując pokazują tylko pustkę w swej czaszce czy myślą, że to ludzi bawi?

Debile podniosły nam  ciśnienie- i dostaliśmy pędu zbiegając do Kasiny, gdzie na jednym z ostatnich podejść spotkaliśmy nasze dziewczyny, które marszem zrobiły trening na trasie UTM 107 km.

Przed nami były 3 pagórki i Lubomir… Te trzy pagórki nawet jakoś poszły.

Ale nie mogło obejść się bez gleby – tym razem niestety nie w miękkie błoto a na twardy szutr z kamieniami. Ogólnie cały trening skończyłam z 4 konkretnymi upadkami – i mocno potłuczonymi kolanami i łokciami. I to chyba najbardziej mnie bolało.

Lubomir… to już test psychiki. Wiesz, że blisko, ale zostało ok 4 km pod górę. Część asfaletem, część leśną ścieżką… Spokój i świadomość tego, że za kilka kilometrów ściągnę te brudne i śmierdzące ciuchy i wypiję zimne, gazowane piwo – dodały mi otuchy i chęci do tego by się nie zatrzymywać. Przed samym szczytem Lubomira zaczął kropić deszcze, ale my biegliśmy miedzy drzewami, dlatego dla nas nie był on problemem.

Zbieg ok 3,5 km… i jesteśmy z powrotem – schronisko na Kudłaczach …:)

W czasie tych 3 dni marszo-biegu dużo myślałam o tym, czy byłabym w stanie zrobić ten dystans z tak ciężką trasą podczas jednego biegu – bez spania normalnego i dłuższego odpoczynku. I do tej pory nie wiem. Wiem jedno – w takim biegu liczy się taktyka.

Równe spokojne tempo może dać ukończenie tego biegu. Bez szaleństwa.

Czego bym się bała? Myślę, że najbardziej bałabym się nie swoich mięśni, czy tego, że żołądek mi da popalić – bałabym się nocy, tego, że bardziej zeschizuję, że ktoś, coś, gdzież w lesie jest… i myślę, że ten strach by mi psychę złamał.

Ale wczoraj postanowiłyśmy z Kaśką – biegniemy razem! Razem będzie raźniej. Razem będziemy się wspierać w trudnych chwilach. Udało nam się wspólnie skończyć 130 km na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich – tu też może się uda.

Trzymajcie kciuki i dołączajcie do nas. Ból przeminie…a wspomnienia zostaną 🙂

14585387_724549084350977_101965535_n