Ultrajanosikowa legenda przepiękna i piekielnie trudna trasa …

Bieg Ultrajanosik Legenda (trasa Janosika na dystansie 100 km) nie był początkowo w moich planach. Biegi w Tatrach do tej pory uważałam, że są nie dla mnie – że jestem cieniarą by się tam pchać, szczególnie gdy w grę wchodzą Wysokie Tatry. Jednak po Nizkotatranskiej Stichaczce, gdzie dostałam nieźle w kość, ale dobrze się bawiłam, stwierdziłam, że chce wystartować w Ultrajanosiku.

Miesiąc po „wpierdzielu” na Vychodniarskiej Stovce wszystko wskazywało na to, że mam szansę skończyć. Mięśnie były całkiem ok, choć po sierpniowym biegu achilles co chwilę się odzywał.

Chciałam być posłuszna i iść za radą mojej wspaniałej fizjoterapeutki – koleżanki Gosi, która mówiła: ” tylko bez ścigania – lecisz na ukończenie”… ale gdzie tu myśleć o ściganiu w takich wysokich górach – więc nie myślałam.

Pakiet odebrany był w przerwie wystawiania się na expo z naszym sklepem dla biegaczy NORAFSPORT po dokładnym (prawie – Góral dziękuję jeszcze raz za czerwone światełko dowiezione) sprawdzeniu wyposażenia obowiązkowego – tu nie ma przelewek, to Wysokie Tatry.

 

Przed wieczorną odprawą wszyscy spekulowali, czy trasa zostanie ta, która była w planach, czy ze względu na niesprzyjającą pogodę (planowo deszcze miał lać od południa) zostanie zmieniona na łatwiejszą i bezpieczniejszą (tu rządzą słowaccy goprowcy i to oni decydowali, czy dadzą zgodę czy nie – względy dostępności goprowców przy ewentualnych wypadkach na mokrym i śliskim terenie skalnym). Trasa jednak została taka jaka miała być – czyli hardcorowa – gdzie bieg, a raczej wdrapywanie się na Polski Grzebień (2200) i Rhatkę ( 2288 m n.p.m)  było pełne dreszczyku…

Pozostało zatem wyspać się… ale się nie dało…

Pobudka przed 4 rano – szybkie ogarnięcie wody do bukłaka i myk do autobusu, który spokojnie wiózł nas do Strebskiego Plesa – dobrze, że spokojnie, bo można było jeszcze ponad godzinkę sobie podrzemać:)

Gdy Sławek przed startem mówi, ze elita naprzód, turyści do środka, koneserzy na koniec – postanowiliśmy wtedy jeszcze dość sporą grupą czyli Kaśka, Ja, Michael, Szalony Leśnik i Piotr – że będziemy w grupie turystów – może dotrzymamy tempa.  Po świetnym wspólnym biegu z Kaśką w 2016 roku na DFBG postanowiłyśmy pobiec razem – oj ma powerek niezły  – oj niezły… 🙂

Tuż przed startem w Strebskim Plesie z nieba zaczęło mżyć. Postanowiłam zaryzykować i od razu założyć wodoodporne skarpety Dexshell– by chociaż raz nie mieć bolących stóp. Więc do HOKA ONE (drugie użycie tych butów – ryzyko – ale się udało) i do skarpet dość grubych dorzuciłam Dexshelle… i było super-miękko, idealnie na skalne tatrzańskie podłoże.

Wystartowaliśmy spokojnie, zaraz po starcie przestało mżyć… i na szczęście pierwsza partia w Tatrach była w miarę sucha.

Ze Strebskiego Plesa na moje ulubione Popradzkie Pleso i mocno w górę pod Ostrą.

 

Niestety piękne widoki bardzo rzadko były na trasie, gdyż w większości w Tatrach rządziła mgła. Ale kilka przebłysków słońca i widoczków było nam dane…

Po zbiegu z Ostrej do Slezkiego Domu – odłączyli się od nas chłopaki, leciałyśmy z Kaśką już same, czasem Michael nas pod górę brał, a my go w dół…

Dla mnie podejścia tatrzańskie są dość ciężkie – tzn ciśnienie pulsujące w głowie odczuwa cały mój mózg, a po kilku szybszych krokach bywało, że miałam lekkie zawroty głowy…

Ale starałam się by nie zwalniać i iść równo – nie zawsze wychodziło, tak jak chciałam, ale nie było bardzo źle.

Najtrudniejszy moment w Tatrach to zdecydowanie podejście na Polski Grzebień i zbieg z niego, oraz podejście na Rohatkę,

 

(foto. Jan Hareza)

(foto. Jan Hareza)

(foto. Jan Hareza)

 

gdzie byłyśmy świadkami dość mocnego zdarzenia… czekający i kontrolujący zawodników tatrzańscy ratownicy czekali na szczycie Rohatki z psem, który przypadkiem biegając zepchnął głaz… – na szczęście zawodnik przede mną usłyszał POZOR i szybko zasłonił kark ręką – spory kawałek skały zamiast w jego kark uderzył w rękę – wszyscy aż oddech wstrzymali – na szczęście on cały i ręka cała, ale wyglądało to bardzo źle).

Zbieg z Rohatki – oj… chyba najtrudniejszy zbieg w moim życiu – ale o dziwo jakoś nam fajnie szło – a co najlepsze byłyśmy bardzo zdziwione, że faceci, którzy tak chojrakowali pod górę, w dół już nie mieli takiej odwagi i mimo, że nie zbiegałyśmy szybko praktycznie wszystkich wyprzedzałyśmy.

Najfajniejszy moment miałam chyba, gdy zbiegłyśmy do Chaty Pri Zelenom Plese – oj lubię to miejsce… , a jeszcze bardziej się ucieszyłam, gdy na czerwonym szlaku w kierunku Zdziaru zobaczyłam Marzenkę i Leszka kibicujących zawodnikom na trasie :):):)

Wejście pod ostatnią tatrzańską górę łatwe nie było – zrobiło się chłodno – co jakiś czas lekka mżawka…raz ubierałam rękawiczki, raz ściągałam.  Powiem szczerze, tam już cieszyłam się, ze Tatry mamy  prawie za sobą – ale wtedy nie wiedziałam, że czeka nas jeszcze mega błotnisty zbieg, gdzie glebę zaliczyłam co najmniej 5 razy, raz uderzając porządnie o skały, które były pod warstwą błota. Ale uśmiech do pani fotograf, która stała tam i łapała takie ujęcia musiał być 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szybka przekąska na punkcie kontrolnym i idziemy pod Magurkę – tu dołączył do nas Marek, który biegł z nami już prawie do końca. Lżejsze podejście w górę (lżejsze w porównaniu z Tatrami) trochę dodało mi powera.

To już nasz tereny – beskidzkie i pienińskie – gdzie można więcej pobiegać a nie tylko wchodzić…już prawie jak u siebie, prawie jak na mecie…a tu dopiero połówka biegu…

Tuz przed Kacwinem, gdzie był przepak i ciepła zupa – mieliśmy do przejścia całkiem niemały strumyk… a to oznaczało konieczność zmiany butów i już przemoczonych Dexshelli (bardziej spoconych, niż przemoczonych – ale trzeba było zmienić skarpety). Świadomość, że zostało Ci tylko 40 km do końca, to piękne uczucie… świadomość, że niedługo po przepaku zaczyna lać i wiesz, że będzie tak lało cało noc chyba dodało nam jeszcze więcej energii by iść/biec szybciej… chwile spokojniejsze odczuwaliśmy od razu szybszym marznięciem – więc nie było wyjścia.

Na zbiegu do przedostatniego punktu (były tam momenty, gdzie trochę pogubiliśmy się, gdyż ewidentnie ktoś pozrywał taśmy) czekała na nas…”ALEJA GWIAZD”… to było naprawdę świetne i wyglądało pięknie… droga asfaltowa a po dwóch jej stronach migające lampki… więc mogłyśmy z Katarzyną wyśpiewać….”aleją gwiazd….”

Przed przedostatnim punktem na zbiegu minęłyśmy Zbyszka, który już za niecały miesiąc po raz 14 wystartuje w Spartathlonie…. wariat totalny…:)

Przedostatni punkt kontrolny – ok 18 km do mety… tylko 18 km… ale co to były za kilometry….najpierw podejście pod przekaźnik na drodze do Dursztyna.. błotka coraz więcej… ale spokojnie – coraz zimniej…

Byliśmy przemoknięcie, zmarznięci i zaczynał delikatnie u góry powiewać zimny wiatr… na szczęście tylko na otwartej przestrzeni, z której tuż za przekaźnikiem zbiegliśmy.

Ostatni punkt odżywczy…i malutka na całym profilu góreczka ŻAR… oj, Żar… takiej błotnej jazdy w górę nie miałam jeszcze…

Sławek to pewnie czkawkę musiał mieć cały czas… : kurwa…. nie da się iść…. i tak z góry i z dołu…(pośrodku też ;))

Ale wejście pod Żar to nie koniec ostatnich fajerwerków przed metą… muszę to napisać, bo to co zobaczyliśmy to nie można nawet było nazwać kosmiczną sytuacją…

Otóż, gdzieś tam minęliśmy trójkę  jednych z ostatnich zawodników biegu na 75 km.. a tam z nimi pan w dżinsach i polarku trzymający parasol nad ostatnią zawodniczką biegu ( bo przecież lało…. 😉 )…

Ostatnie kilometry i widzimy zaporę w Niedzicy – jeszcze tylko sobie z niej zbiegniemy i ok 2 km i jesteśmy na mecie…

Dotarłyśmy na metę po 20 godzinach 25 minutach i 37 sekundach jako 3 w kategorii kobiet, zajmując zajebiste 47 miejsce w kategorii generalnej biegu.

Kasia  dziękuję za kolejny piękny wspólny bieg 🙂 Na następny rok musimy znowu coś znaleźć 🙂

BIEG ULTRA GRANIĄ TATR to pikuś w porównaniu z ULTRAJANOSIKIEM.

ULTRAJANOSIK – ŚWIETNA IMPREZA Z MOCĄ WRAŻEŃ PO DRODZE. WARTO WYSTARTOWAĆ.

A WIĘC  – DO ZOBACZENIA ZA ROK:)

 

 

Użyty sprzęt:

– plecak Camelbak Ultra 10

– kurtka biegowa THONI MARA

koszulka THONI MARA z serii „breeze” (to akurat długi rękaw)

– buty HOKA ONE

leginsy  2/3 THONI MARA z serii NRG

– kijki – super lekkie składane na 4 częsci TRAIL BLAZE

– skarpety wodoodporne Dexshell i całkiem fajnie sprawdziły się polskie skarpety INMOVE  – RUNNERS

– czołówka PETZL NAO

 

Więcej fot  naszej ekipy od Jana Harezy:

 

 

100 MILES OF ISTRIA – relacja

Historia z wyjazdem na 100 MILES OF ISTRIA rozpoczęła się dokładnie rok temu, gdy przyjechaliśmy na Istrię dopingować.  To właśnie wtedy postanowiłam wrócić za rok i pobiec sama.

 

Wyjazd na bieg postanowiliśmy połączyć z mini-wakacjami – czyli cykl „zwiedzanie przez bieganie”

Kilka dni, które spędziliśmy w Chorwacji przeznaczyliśmy głownie na zwiedzanie… ale nie byle jakie zwiedzanie.

Byliśmy w kilku miejscach, gdzie przechodziła trasa, trochę z Anką pobiegałyśmy już po trasę biegu.  Obczajka ile asfaltu itp. Dużą i pomocną informacją były dla mnie doświadczenia z roku ubiegłego. Wiedziałam, gdzie będzie punkt jak wyglądają mniej więcej odległości nie tyle w km co rozłożone w czasie po np już 100 km.

Piękna pogoda, kwitnąca Chorwacja… nic tylko cieszyć się z tego czasu, który tam mieliśmy.

 

Postanowiliśmy formalności załatwić jak najszybciej, czyli odebrać pakiety startowe zaraz po otwarciu biura zawodów…Wiedząc oczywiście (bo przecież nie trzeba sprawdzać w programie czy czasem biuro zawodów nie jest w innym miejscu) zaprowadziłam całą ekipę w miejsce, gdzie w ubiegłym roku było biuro zawodów. Deptak nad morzem. A tam… pustki i plątający się biegacze  jak my szukający biura zawodów. Oni również byli w zeszłym roku i nie sprawdzili, że cała impreza została przeniesiona na kraj miasta, co dla mnie jest jednym z największych minusów.

A takie mogły być widoki z mety…

IMG_8704

Dotarliśmy do biura zawodów po drodze zgarniając kilku naszych znajomych… świat jednak jest mały 😉

IMG_8713

Podczas odbioru pakietów obsługa wydająca pakiety sprawdziła dokładnie obowiązkowe wyposażenie, które niestety sporo ważyło…:( ale na takich biegach jest ono konieczne: kurtka nieprzemakalna z kapturem, bandaż, folia nrc, swój kubek, bukłak minimum 1 l, zapas jedzenie, długie spodnie – lub leginsy i długie skarpety, gwizdek, latarka i dodatkowe baterie, dowód osobisty).

Pakiet odebrany można wracać się pakować:)

IMG_8737

Postanowiłam, że po doświadczeniach na Dalmacjia Ultra Trail – tym razem przebiegnę ten bieg rozważnie i z planem. Taki był plan…

A więc napakowałam żeli – bo przecież co 45 -60 min będę wcinać jedną saszetkę, elektrolity do bukłaka…

Zegarek naładowany – na wszelki wypadek oprócz baterii do latarki naładowany power bank i dodatkowa latarka (by nie świecić sobie telefonem jak to musiałam robić na Dalmacji). Idealnie przygotowana (tak mi się zdawało) w piątek wyjechałam z ekipą do Labina.

IMG_8740.1JPG

 

IMG_8752

 

Labin – małe przepiękne miasteczko. Start punktualnie o godzinie 16. Plan nie lecieć za wszystkimi od razu- na spokojnie…

Plany niestety często się zmieniają niezależnie od nas… ruszyła maszyna a wraz z nią po wąskiej ścieżce w dół i ja. Sławek poleciał szybko – Jarek gdzieś został-  reszta też gdzieś się zgubiła… nic lecę swoim tempem.

20170407_172558

Z ok 300 mnpm zbiegamy na poziom 0 by powoli wspinać się na pierwszą górke ok 400 m.

 

20170407_172555

Wydawało mi się, że biegnę spokojnie – nawet bardzo spokojnie.. ale już po pierwszy punkcie podczas powolnej wspinaczki na Vojaka mój żołądek zaczął świrować. Tego nie przewidziałam. Wiedziałam, że problemy pewnie będą ale nie na ok 23-25 km…. a od 35 km do 38 km przeżywałam największy kryzys na całej trasie. Vojak ze swoją prawie pionową ścianą na końcówce nie był litościwy… robiłam krok stawałam by pooddychać głębiej bo czułam, że niestety ale skończy się to wymiotami. W mojej głowie zaświtała myśl.. zwolnij jeszcze…. zrobiło się dość chłodno. Ludzie zaczęli ubierać bluzy kurtki, a ja w koszulce by mi było bardziej rześko, bym mogła przetrwać do szczytu.

O co chodziło? nie mam pojęcia. Nie mogłam się zajechać bo był to 25-40 km. Nie dałam czadu bo wchodziłam równo i spokojnie…. Pomimo tego, że było mi tak niedobrze postanowiłam regularnie jeść żele… no może do tego ostatecznego momentu, gdy stawałam łapać powietrze i robiłam krok.

Gdy dotarłam na Vojaka i powoli zaczęłam zbiegać – nagle zaczęło mi się poprawiać. Dobiegłam do punktu Poklon (43 km) wypiłam jakiś dziwny łyk bimbru od chłopaków z Dalmacija Ultra Trail – dwa kubki gorącej herbaty i ruszyłam na kolejną wspinaczkę.

Jarek myknął mnie tuż po 1 punkcie. Ale udało nam się jednak pół nocy przebiec razem.

Kolejne etapy szły nam całkiem gładko. Spokojnie biegiem i marszem pokonywaliśmy kolejne etapy biegu.

Bardzo pomogła mi znajomość części trasy – wiedziałam, że np teraz będzie górka a zaraz tyle i tyle szutru czy asfalt – co uwierzcie po np 100 km i  stopach obitych od tych kamieni z dróg szutrowych ma wielkie znaczenie.

Tuż przed BUZET – punktem z przepakiem mieliśmy przepiękny wschód słońca (niestety mój telefon jest do bani i nie dało się ładnej foty zrobić)

20170408_065256

 

W Buzecie postanowiłam przebrać buty i świeże skarpety. Czułam już lekkie odparzenie – ale było spoko.

Przekąska z kurczaka + ciepła herbata idealnie złagodziły podrażniony żołądek. Polecieliśmy dalej w kierunku najmniejszego miasta świata HUM ( świetne mini-miasteczko z ok 17 mieszkańcami – kurna klimat niezły)

Od Buzetu do HUM i do prawie mety lecieliśmy z „Grzeskami dwoma”  – zawsze to raźniej w ekipie.

W kolejnym małym miasteczku za HUM postanowiliśmy ochłodzić się w lokalnej „restauracji – barze” i wypić lokalnego browaca. Zimny browar na taką pogodę – to idealne schłodzenie organizmu.

20170408_111249

i piweczko:

20170408_111756

Wydawałoby się, że tuż po zbiegnięciu do Buzetu, gdzie skoczyły się wysokie góry skończyła się dla nas wtedy „mordercza” wspinaczka…ale nie. Mini górki  – bo ok 400-380 mnpm po pokonaniu ok 100 km  w niesamowity upał – bo temperatura dawała popalić a słońce grzało na maxa  – wcale nie były jakieś lekkie.

Gdy przybiegliśmy do Butoniga – punkt ulokowany nad zaporą ( pamiętałam go doskonale sprzed roku) – już czułam, że to końcówka… a co tam jeszcze tylko 50 km do mety – przecież to końcówka…;)

Na tym etapie stopy nasze były w stanie tragicznym. Kilka przejśc przez wodę  w takiej temperaturze tylko chwilowo wydaje się zbawienne dla stóp. Odparzenia zaczęły dawać popalić i coraz bardziej boleć.

Ale Motovum tuz tuż…a tam  – „lodzik” 🙂

20170408_161304

I woda z piwkiem…

IMG_8887

 

IMG_8870

Było piwo, były lody… brakowało kefiru.

Mirek i Marta – dziękujemy za ten kefir.

Napojeni, najedzeni z kurewsko bolącymi stopami ruszyliśmy do Oprtalj.

IMG_8472

Stąd już o krok do mety… prawie. W tamtym roku biegłam ten fragment – więc było mi dużo łatwiej. Ból stóp był tak nieznośny, że największym marzeniem jakie wtedy miałam to ściągnięcie butów…

Gdy przed nami pojawiło się miasteczko Groznjan – już czułam metę…20 km do mety – to przecież jak z domu na Kolną i z powrotem – rzut beretem… 😉

20170408_192810

Od Groznjanu Jarek dostał torpedy… jakby to wcale nie była końcówka i jakbyśmy wcale nie przebiegli 150 km.

„Królewno no chodź lecimy…. chodź – chodź…” – no to leciałam.

Po raz kolejny lżej było mi truchtać niż iść – przy truchcie noga jednak ma mniejszy kontakt z podłożem niż przy całym postawieniu stopy podczas chodu….

I wtedy tuz za BUJE na koniec – najgorsza, najbrzydsza i cześć trasy. Część trasy, która według mnie psuje cholernie całość. Do tego dopieprzając biegaczowi stopy jeszcze bardziej. Z 1 km rozwalonego i lekko ubitego gryzu…

Jedyne co się cisło na usta wszystkich naszych rodaków ( a dołączyło do nas kilku z biegu krótszego) to słowa: kurwa, znowu te jebane kamienie…. 🙁

Tak tak – te ostatnie kamienie i gruz moje stopy ledwo zniosły. Ale zniosły. Zniosły tak, że jeszcze na 1,5 km przed metą udało mi się wyprzedzić jedną dziewczynę. 🙂

Generalnie – cały plan biegu miał opierać się na złamaniu czasu ( chciałam 30-32H  – ale 30 było marzeniem złamać)

Nie walczyłam z dziewczynami, nie przejmowałam się, że mnie mijają… ale na końcówce dowalic takiej to kurde frajda. Aż przyspieszenia dostałam… 😉

1 km do mety…. wiemy, że Mirek z piwkiem będzie czekał….:):):)

Niecałe 170 km…. META….

unnam1edunna11med

Podsumowując: czas 31:34:57 h – 13 wśród kobiet, 119 open na 255 osób, które ukończyły bieg (ok 80 osób nie ukończyło biegu)

Patrząc na całość – jest szansa na złamanie 28 h i to jest mój plan na za rok.

Teraz kilka dni relaksu i kolejny start w Czechach na początku maja 🙂

Odzież dobrana doskonale – bez jakichkolwiek obtarć.

Koszulka Breez Thoni Mara i spodenki Thoni Mara z serii NRG – lekka kompresja

 

Odzież i akcesoria biegowe ze sklepu dla biegaczy NORAFSPORT

 

unnamed

unnamead

Oleszycki taniec na lodzie – IV Półmaraton Oleszyce

Jak co roku postanowiliśmy z Wojtkiem zawitać do Oleszyc. W roku 2016 w Oleszycach zrobiłam swoją życiówkę na trasie półmaratonu – w tym roku wiedziałam, że nie ma szans poprawić życiówki, więc podeszłam do biegu spokojnie.

Bieg miał zacząć się o godzinie 11. Ok 9:30 gdy przyjechaliśmy na start okazało się, że życiówki to raczej nikt nie będzie w stanie wykręcić.

16839637_801175260021692_895232356_n

(Trasa prowadząca do biura zawodów – z mniejszą pokrywą lodu, niż trasa biegu)

 

 

Trasa biegu w około 80% była pokryta lodem. Pomimo, iż wzięłam buty z kolcami, wiedziałam, że moja głowa i tak zachowa większą ostrożność niż może powinna po ubraniu kolców.

16831692_801175270021691_81548651_n

(Buty Icebug + skarpety wodoodporne  Dexshell – to było idealne rozwiązanie)

Przed przyjazdem zakładałam, że z racji tego, iż od ponad pół roku nie robiłam szybkich interwałów ( ok, w ogóle nie robiłam interwałów bo ich nienawidzę), nie będę w stanie lecieć bardzo szybko – więc stwierdziłam, że 1:45 będzie super wynikiem na tej trasie. Gdy zobaczyłam warunki przed startem wiedziałam, że o takim wyniku nie mam co marzyć. Więc w głowie pojawiła się kolejna cyfra 1:55 – tak by bezpiecznie biec i nic sobie nie zrobić (kolce i tak w niektórych momentach mi jechały – więc trzeba było zmniejszyć ryzyko wywalenia się – a ostatnio wywalanie się w biegu szło mi całkiem dobrze).

Temperatura 2 stopnie i lekki wiatr – i stadnardowe pytanie – czy zostać w samej koszulce z długim rękawem, czy coś jednak na to ubrać. Koszulka + Kamizelka – jednak był trochę za ciepły zestaw. Leginsy Thoni Mara NRG sprawdziły się doskonale. 🙂

16839809_801175226688362_770802316_n

 

Dzięki temu, że na Roztoczu biegłam kilka biegów w ciągu ostatnich lat pojawiło się kilka nowych znajomości.

Jedną z nich jest Wiesiek – raz ja byłam przed nim, raz on mnie wyprzedzał we wcześniejszych biegach. Tym razem biegliśmy razem. Dzięki temu biegliśmy bardzo równo nie dając się początkowej fali napaleńców przyspieszyć tak jak oni. Równe tempo w okolicy 4:55 – 5:00 min/km przy tych warunkach było dla mnie nawet całkiem fajne.

Jak to czasem bywa, gdy poczujesz, że jest dobrze i jest moc – włącza się ściganie.

Nie chodziło tu o walkę o pierwsze lokaty – bo wiedziałam, że z taką prędkością nie ma szans – ale takie ścigania z każda kolejną kobietą, która jest na trasie.

I tak z pozycji pewnie 15 od startu na połówce udało się być 5 lub 6 kobietą. Miałam jedną dziewczynę przed sobą.

Biegłyśmy cały czas równo – więc głowa zaczęła obmyślać teorię wyprzedzenia na ostatnich metrach…

Myślałam, że na 19-20 km po prostu wezmę ją sprintem… tylko nie dodumałam, jak mój organizm zareaguje na taki sprint. A on miał to gdzieś. Spróbowałam przyspieszyć – ale nic z tego nie wyszło…

Więc trzeba było włączyć plan awaryjny – obrona. Trochę więcej energii poszło na to małe zerwanie i szybko poczułam, że jest źle i zwalniam tempo. Trzeba było dotrwać jeszcze 1 km do mety – by nie dać się wyprzedzić.

Motywacją było podbiegnięcie Wojtka ( Wojtek zajął II miejsce w open przegrywając tylko o 3 sekundy z pierwszym chłopakiem – mega) i wspólne przebiegnięcie ostatniego kilometra trasy.

Czas: 1:44:38 – czyli udało się zrealizować plan sprzed „oglądnięcia” trasy o poranku.

6 miejsce wśród kobiet, 2 miejsce w kategorii:)

A dla mnie przede wszystkim jeden pewnie z ostatnich biegów w tym roku ze średnią biegu poniżej 5min/km (i w sumie cieszę się z tego )

 

16809850_801174730021745_452039024_n

16838021_801174653355086_1893213074_n

 

 

 

 

NORAFSPORT

Winter Ultra Trail Małopolska…lepiej niż planowałam

Trasę Ultra Trail Małopolska 48 znam z wiosennej edycji oraz z treningów jakie na tej trasie zrobiliśmy.

Znakując fragmenty trasy w czwartek i piątek tuż przed biegiem zakładałam, że przy takich warunkach i mojej kondycji (totalna załamka po ostatnim treningu na Mogielicy w  dużym śniegu, gdzie moje ciało przestało współpracować z głową – a mięśnie się całkowicie zbuntowały i odmówiły posłuszeństwa) – realny czas przebiegnięcia to będzie ok 10 h (latem w wysokiej temperaturze bez śniegu i zmrożonego niebezpiecznie podłoża zajęło mi to 7 h).

Znakowanie trasy na Lubogoszczy – to był naprawdę piękny czas. Cudowna pogoda… słońce, bezchmurne niebo… i las w śniegu…

 

15644471_766403353498883_1356346992_n 15592597_766403310165554_364467953_n 15591889_766403296832222_1391104052_n 15497688_766403240165561_378687422_n

Niestety ten piękny zachwyt i pół dnia w zimnie odbiło się trochę na moim zdrowiu, i poranek przywitałam z mocnym bólem gardła i wielkim katarem…:(

Ale przecież na spokojnie dam rady. Walki i szybkiego bieganie nie będzie – bo trzeba oszczędzać przede wszystkim bolące gardło – ale na spokojnie dam rady.

8 rano – 17.12.2016 – start. Spokojnie na tyłach postanowiłam nie dać się ponieść tłumowi – a trzymać swoje tempo.

Plan był taki: biegnę tak bym nie musiała bardzo głęboko oddychać gardłem i bym nie zmęczyła się za bardzo.

I tak sobie leciałam – aż doleciał Piotrek na ok 3-4 km, z którym dotrwaliśmy razem do mety.

Pierwszy punkt odżywczy  a tam Wentylek ze wspaniałą ekipa wolontariuszy NH team i znajomych :).

Łyk herbaty+banan i dalej… kijków zapomniałam… powrót…:)

15622687_1623653227929649_4309831160725953746_n

foto AnngellsRun

Po pierwszym punkcie czekała znakowana przeze mnie Lubogoszcz… wolno i spokojnie czerwonym ostrym szlakiem w górę… całkiem sprawnie nam to poszło.

Na szczycie żel z herbata coby sił potem nie brakło i w dół ciężkim zbiegiem  – pozamarzane błoto z kamieniami…

15578722_1623653277929644_2412178947956823372_n

fotoAnngellsRun

Drugi punkt odżywczy znajdował się na stacji benzynowej w Kasince  – a tam przepyszny ciepły barszczyk. Do tego winogrona i gotowi na zdobywanie Szczebla ruszyliśmy w drogę.

Szczebel – jak to Szczebel… dał w dupę – ale nasze równe tempo wyszło nam na dobre i w sumie nie zamęczył nas jakoś bardzo gdyż właśnie tam dostaliśmy powera i postanowiliśmy troszkę przyspieszyć.

To jest genialne, gdy zaczynasz prawie na końcu – lecisz spokojnie w czasie, gdy inni się wyrywają i szaleją na początku – a później co krok kogoś łyksza…a największą satysfakcje mieliśmyy  – bawiąc się już tym wyprzedając zawodników na ostatnim odcinku… świetna zabawa. 🙂

Do mety dotarliśmy przed zmrokiem z czasem 7:33…albo cos podobnego.

Zimne piwko z pewnością nie było dobre dla gardła – ale musiało być obowiązkowo na mecie.

Świetny  bieg – świetna organizacja

 

Fundacja 4 alternatywy, NH team – jesteście wielcy:):):)

 

Paweł Derlatka – jeszcze raz wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – coby Ci sił starczyło na organizację wszystkich planowanych biegów:)

 

15645650_766402740165611_517071725_n

 

Kurtka Thoni Mara  – Speed Jacket oraz spodnie leginsy Thoni Mara NRG – idealny strój na ten bieg do tego skarpety Dexshell 🙂

 

 

 

 

Przygotowanie do nowego sezonu …

Powoli dobiega końca roztrenowanie.  Przygotowania pod nowy sezon będą całkiem inne niż w 2015/2016.

Przygotowanie do sezonu. W tym roku postanowiłam zacząć od podstaw, czyli od ogólnego wzmocnienia organizmu, szczególnie korpusu. Dwa razy w tygodniu uczęszczam na treningi funkcjonalne w Mulitfitnessie (sami biegają i wiedzą co dla biegacza jest dobre) do tego raz w tygodniu spotkanie z „ratowniczką mojego ciała” fizjoterapeutką Gośką.  To ma być podstawa.

15050361_746637175475501_608123579_n

Do tego na początek dochodzą 4 treningi biegowe w tym obowiązkowo – 1-2 (jeżeli będzie taka możliwość) w górach.

Sauna raz w tygodniu – jako przyzwyczajanie organizmu do wysokiej temperatury (chodzi głownie o kwiecień – w Chorwacji jest sporo cieplej)

Cel: wzmocnić wytrzymałość tak by udało się złamać 30h podczas kwietniowego biegu 100 miles of Istria

Przed Istria treningowo plauję wystartować na Zimowym Maratonie Bieszczadzakim, Ultra Śledź, Noraftrail – bieg za dolarami.

Kolejny cel  to Ultra Trail Małopolska, który będzie dla mnie najprawdopodobniej najcięższym biegiem w roku 2017. Prawie 9 tys metrów w górę – mocne ostre podejścia w Beskidzie Wyspowym. Ciężko ( w październiku na 3 części treningowo zrobiliśmy tą trasę), ale wato podjąć ryzyko i wystartować, bo organizacja rewelacyjna:)

14542907_724548747684344_1293634862_n

Lipiec-sierpień… i tu pojawiają się wątpliwości, czy wystartować w Dolnośląskim Biegu 7 Szczytów – czy jednak Grań Tatr, która byłaby zdecydowanie lepszym przygotowaniem dla mnie pod kamieniste trasy Dalmacji, którą spróbuję pobiec jeszcze raz w roku 2017 ale próbując poprawić czas do 31-32h.

img_5870

Będzie mniej startów drobnych – więcej treningów. Mniej szybkosciowych treningów – więcej dłuższych marszobiegów w górach.

 

Do treningów obowiązkowo nowa kolekcja Thoni Mara – w tym nowy odcień kurtki Speed Jacket, która mimo, że jest ultra lekka doskonale nadaje się do biegania nawet w temperaturze 0C

img_7325img_8442-c

Dexshell – nieprzemakalne skarpty i rękawiczki. Może one będą tym elementem, który pozwoli uniknać takich odparzeń i bąbli, jakie miałam na Dalmacji i na Dolnośląskim Festiwalu Biegowym. Jeżeli jest możliwość zmniejszenia bólu, lub opóźnienia jego powstania – to genialnie.

img_7327img_7328

Do wypróbowania pójdą również odżywki HIGH5, które wkrótce pojawią się również w naszym sklepie dla biegaczy NORAFSPORT

h5_selection_pack_and_contents

Do zobaczenia na trasach biegowych…:) 🙂 🙂

A

www.norafsport.pl

www.malopolskabiega.pl

www.multi-fitness.pl

 

 

Dalmacija Ultra Trail – nie ma że boli… walka trwa…

Po nieudanym starcie nad Balatonem musiałam znaleźć dla siebie coś fajnego – coś co zrekompensuje UltraBalaton.

I tak pojawiła się Dalmacija Ultra Trail. Pojawiła się nie przypadkiem – bo podczas biegu 100miles of Istria, gdzie nie biegłam, a byłam  kibicem chłopaków.

165 km po górach – ja nie dam rady? Z takim właśnie podejściem postanowiłam zapisać się na najdłuższy z dystansów.

roadbook-165km

 

Trasa biegu miała mieć  prawie 6000 metrów przewyższenia w górę, co oznaczało, że będzie łatwiej niż na 3 dniowym treningu na trasie Ultra Trail Małopolska… tak myślałam…

14 godzinna podróż do przepięknego miasteczka Omis, w którym mieliśmy start i metę była trochę męcząca, ale po krótkiej przerwie i rozpakowaniu rzeczy zebraliśmy siły i ruszyliśmy do biura zawodów odebrać pakiety.

img_5775

A w pakiecie oprócz koszulki Regatta  – plecak i bandanka z trasą. Do tego jakieś próbki czegoś dziwnego – snacki jakby brokuł wysuszonych – w sumie całkiem to dobre – ale nie do określenia co to właściwie jest:)

Podczas odbierania pakietu każdy z zawodników musiał pokazać obowiązkowe wyposażenie – głownie chodziło o czołówkę i zapasowe baterie oraz o „mini apteczkę”.

Jarając si e swoją wypasioną czołówką Petzl Nao – stwierdziłam, że komplet baterii i naładowany power bank – w zupełności wystarczą…ale o tym później.

14797465_736097656529453_669276447_n

Wieczór to leniwe łażenie po miasteczku i „nawadnianie” najlepszym z izotoników – wino+ piwo = petarda na biegu.

img_5858

Start naszego dystansu odbył sie o 13 w piatek – w sobotę startowała jeszcze Ewelina z Sebastianem na trasie 60 km – dla Eweliny był to debiut na trasie ultra – więc mega gratulacje:)

14801203_1150741035018119_1260926294_n

 

Miejsce startu to przepiękna stara części miejscowości Omis. Atmosfera niepowtarzalna… i trochę znajomych biegaczy z Polski na naszym starcie – miło :):):)

14805585_736098313196054_161177746_n14799022_736098266529392_1447252783_n

Start bardzo spokojny. To miał być mój najdłuższy dystans, jaki do tej pory przebiegłam w dodatku po terenie, po jakim jeszcze nie biegłam – cel: spokój Cie uratuje.

Na początku trasy przywitała nas mżawka, która po jakimś czasie zmieniła się w lekki deszcz, który przy temperaturze +20C był jak zbawienie.

Piękna chorwacka przyroda: z lewej strony morze – z prawej góry… a pod nogami coraz więcej skał – skałek – fragmentów skał…

14804709_736098226529396_2126873227_n 14804820_736098203196065_733555304_n 14793825_736098189862733_1337994721_n

Biegliśmy razem z Piotrkiem. Pierwsze kilometry ja biegłam bardzo wolno – nie lubię początków i wiem, że jak to źle rozegram mety nie zobaczę.    Więc powoli się rozkręcałam…na 41 km jak przystało na prawdziwych biegaczy ultra zapodaliśmy w schronisku zimne piwko – co dla tamtejszej ekipy chyba było lekkim zdziwieniem.

Mocne ostre podejście pod górę – i asfaltowy zbieg…do mocnego zbiegu z ostrymi kamieniami. Nigdy wcześniej nie sądziłam, że będę mówić, że marzyłam o tym by był asfalt – tak wtedy marzyłam o asfalcie. I na wielu odcinkach DUT te marzenia wracały. Błagałam o asfalt – zwłaszcza w drugiej części biegu.

Trochę rosy w nocy – i zaczyna się… stopy. Od ok 60 km pomimo regularnego smarowania kremem, i „impregnacji” stopy – coś się zaczyna dziać – i najgorsze to to, że „to coś” cholernie bolało. I bolało z każdym kilometrem bardziej.

Piątkowy wieczór – to niesamowite przeżycia na trasie – gdzie kibicujące dzieciaki i rodzinki przygotowały dla biegaczy punkty z wodą, izotonikami i mandarynkami – to było coś pięknego.:)

Od punktu Klis do punktu Stino – było zaledwie 16 km – ale to jedne z najcięższych 16 km na tej trasie. Ciężki technicznie podbieg i jeszcze cięższy zbieg – a raczej zejście wraz ze zjazdem. Niemniej jednak pięknie – choć nic nie widać. Ze Stino mkniemy do Gaty – zaczynają się akcje z czołówką. Zachwycona tym pięknym światłem Petzla – nie pomyślałam  o tym, że to najmocniejsze światło – nie jest tym co najdłużej wytrzymuje – baba…

Ale przecież ja mam baterie… i power banka… zajebiście – tylko baerie wysiadły po niecałych 2 godzinach – a power bank zaczął powoli ładować – czyli na zbiegu z Stino do Gaty leciałam na oparach baterii – a z Gaty…. z latarką, która na szczęście wziął dodatkowo Piotr. W Gatcie był przepak – więc szybko przebrałam skarpety i buty – bo jz czułam, że odparzone podbicia będą wielkim kłopotem. I chyba błędem było, że nie zostawiłam jednak swoich merrelli – tylko przebrałam na starsze buty (ciut mniejsze a przy spuchniętej nodze-  trochę jednak mogłyby być większe).

Latarka w ręce jednej – kijki  w drugiej – nogi bol – a wiem (ak się udało),że wtedy byłam druga z kobiet… na krótko jednak.

Ból stóp doskwierał również Piotrowi – więc dwie kaleki wspierały się dzielnie.

Na początku chciałam walczyć o to 2 miejsce – ale wiedziałam, że to ciężka sprawa… gdy 4 zawodniczka jednak przybliżała się znowu do mnie – stwierdziłam – że choćbym kwiczała z bólu – nie dam się! A kwiczałam… całe 100 km.

Poranek sobotni -to był dla nas jakiś 110 km. Coraz więcej skał pod stopami – a może my już to tylko czuliśmy.

Piękny wschód słońca – bezchmurne niebo…. piękne widoki… cudownie – tylko do cholery czemu te nasze stopy tak bolą. Do bólu stóp doszedł ból brzucha – i generalnie przełożyło się to na braki kaloryczne ( na szczęście mam sporo zapasów po bokach 😉 ). Woda i cola-  to jedyne co mogłam pić tam gdzie nie było herbaty. Ale wtedy zaryzykowałam i kupiliśmy litrowy jogurt naturalny – i to było to… zbawienie. Ożyłam – przyspieszyliśmy i była walka – walka do końca. Walka o 3 miejsce wśród kobiet.

4 kobieta siedziała mi na ogonie – niby godzina różnicy – ale ona się zmniejszała – i wtedy postanowiłam, że dam czadu i mimo, że ból jest wielki – nie dam się…

Jednak wielkie zdziwienie było – gdy ta 4 kobitka na dystansie 11 km, gdzie biegliśmy za trasą nie zbaczając z niej  (początek dość łatwy-  ale druga część niebezpieczna i ciężka) nadrobiła o dziwo do nas 50 min  – co przy czasach jej z innych punktów można mieć DUŻE WĄTPLIWOŚCI – czy biegła trasa czy drogą szybkiego ruchu  – stąd ta szybkość. Generalnie to przyspieszenie jej  – było ni z gruchy ni z pietruchy. My włączyliśmy turbo doładowanie w bardzo mocnym i już bez światła podejściu na zamek – co prawie skończyło się moim turbo zejściem  świadomości i ciała tuż przed zamkiem. Taki szybki pęd/ chód w górę niestety doprowadził do szybkiego wzrostu ciśnienia a przy zmęczonym ciele… było generalnie kipesko – zawroty głowy – przyduszenie. Do tego wymioty… czytaj tragicznie.

Prawdziwa walka zaczęła się na 160 km. I była walka ciała ze świadomością. Ale nie dałam się.

Weszłam na zamek i powoli – by się nie zabić – a można było – zbiegłam do mety – gdzie czekała Ewelina, Sebastian i Jace z aparatem:)

Po drodze do mety pękł duży pęcherz na stopie co dodało bólu… ale przecież to już meta…

I udało się:)

img_5981img_5986

Pudło dla kilku naszych zawodników – GRATULACJE: Pigmej, Ania, Łukasz, Emilia:)

img_6021 14808128_1150751301683759_1984964018_o 14795647_1150751295017093_771961674_o 14796090_1150751305017092_639779207_o

 

Wnioski na przyszłość przy biegu gdzie jest  jakakolwiek szansa na bieg drugą noc:

  1. czołówka + 2 zapasy baterii + power bank
  2. czołówka zamienna na przepak + 2 zapasy baterii
  3. termos z herbata miętową na przepak – mały termos 0,5 l do plecaka
  4. zrobić coś ze stopami – ale  jeszcze nie wiem co…
  5. próbować jeść – nawet jak się nie chce…

Generalnie Dalmacija Ultra Trail 2017 – czeka. Trzeba będzie poprawić czas.

Wiedząc jak wygląda trasa i podłoże, można będzie się bardziej przygotować do biegu.

 

Odzież i akcesoria biegowe ze sklepu NORAFSPORT

Koszulka i spodenki firmy – THONI MARA – doskonale sprawdziły sie podczas biegu nie ocierając i nie przeszkadzając w biegu

#bieganie #biegi #biegigórskie #dalmacijaultratrail

Foto: Jacek Deneka/ Ewelina Kurzeja

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I edycja biegów z serii Dalmacija Ultra Trail odbyła się w ostatni weekend 21-23.10.2016.

Super Trail 130 km – DFBG 2016

Jak to jest gdy jedziesz na bieg nie wiedząc dokładnie czy polecisz 130 km za kilka godzin czy ok 70 km dwa dni później?  Całkiem to fajna i śmieszna sytuacja.

Taką oto sytuację miałam w czwartek przed startem na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górksich.

Przyjechałam do Lądka Zdrój nie do końca pewna, czy będzie szansa przepisania startu osoby, która nie mogła wystartować na mnie. Kilka godzin w niepewności – na miejscu info, że organizator nic nie wie…ale na szczęście się udało. OTK Rzeźnik – dziękuję jeszcze raz:)

Strategi biegu nie miałam żadnej – gdy dowiedziałam się, że jest taka możliwość (kilka dni przed startem) – to stwierdziłam, że warto skorzystać.

 

 

Wystartowałyśmy z Kaśką razem – wiedząc, że będzie nam raźniej i milej jak sobie razem ten bieg przelecimy. I to był doskonały pomysł:)

 

13815248_494978174025087_861992940_n 13820746_494978350691736_2109720041_n

Biegłyśmy sobie/maszerowałyśmy w miarę równym tempem. Takim by nam było dobrze i komfortowo.

I w sumie byłoby wszystko ok gdyby nie to, że tuż przed szczytem Śnieżnika rozpościerały się mokradła – w sensie błocka trochę przykryte wysoką trawą. Była już noc i ciężko było je omijać nie wpadając do nich. Kilka takich wejść do błota równało się biegiem kilku godzin w mokrych butach z ciągle pojawiającym się piaskiem czy czymś piasko-podobnym. Niestety to odbiło się bardzo na moich stopach, i odparzone stopy zaczęłam czuć już po kilku kilometrach. Marzyłam o przepaku, by zmienić skarpety i buty – a do przepaku było jeszcze ze 20 km…

Tempo cały czas miałyśmy w miarę równe. Ktoś nas mijał, kogoś wyprzedziłyśmy.

I w końcu zostałyśmy same. Nikogo z przodu, nikogo z tyłu – bez stresu, bez spiny – nawet jak lecisz na luzaka -to jak ktoś jest za Tobą – to czujesz, że nie jesteś totalnie na luzie.

A my właśnie osiągnęłyśmy ten moment – gdy byłyśmy totalnie wyluzowane i chyba to był ten moment biegu, który był najfajniejszy.

Gdy dotarliśmy na przepak przebrałam skarpety i buty, ale odparzenie tak było już duże, że ten myk niewiele pomógł. Nie powiem, że nie miałam chwil gdy już myślałam, że zejdę z trasy. Ten ból stóp szczególnie dawał się odczuwać na czeskich fragmentach dziwnego asfalto-szutru. Dlatego w niektórych momentach łatwiej było mi uprawiać wolny trucht niż szybki chód – inne położenie stopy, mniejszy kontakt obolałej części z asfaltem i kamyczkami.

13819590_691512660987953_2121331174_n 13819783_691512637654622_723952993_n

Gdy biegłyśmy po stronie czeskiej – okazało się, że jesteśmy na 4 pozycji, a 3 dziewczyna tuz przed nami… i dałyśmy czadu utrzymując później przewagę do końca.

Dystans 130 km – był najdłuższym dystansem górskim i dla mnie i dla Kasi.

Dałyśmy radę! I wylądowałyśmy na mecie na 3 pozycji.

13726802_10209465168003590_6306532228868938690_n

13649419_691512617654624_655218664_n

Wspólne wsparcie, wspólne chwile zachwytu nad przyrodą…np wschód słońca na ok 70 km z przepięknymi różowymi chmurami…

13816977_691512687654617_1779835595_n 13820561_691512680987951_329669357_n

Bieg według mnie świetnie przygotowany. Szacun dla organizatorów i całej ekipy.

Świetne znakowanie trasy i genialny pomysł z odblaskowymi naklejkami.

Dziękuję moim kochanym RZEŹNIKOM za doping i wsparcie!

Podziękowania dla Czesława naszego za troskę na punktach:)

 

A oczywiście jakie koszulki rządzą na trasie? Thoni Mara 🙂

Za rok poszalejemy jeszcze bardziej.