Przepiękna panorama i foty trasy biegowej wokół Mogielicy….

Już za kilka dni nasz towarzyski bieg Norafwintertrail – będzie urodzinowo – będzie wesoło.
Choć pogoda (z prognoz) zapowiada się nienajlepsza – mam zamiar się dobrze bawić:)

Wczoraj pani Justyna za Starostwa Powiatowego w Limanowej podpowiedziała mi że na necie jest ostatnio przygotowana panorama trasy biegowej – i oto ona:

http://powiatlimanowski.wkraj.pl/#/73301/330,-5

Warto oglądnąć -myślę, że ten projekt przekona wiele osób do tego by przyjechać i albo pobiegać, albo przejść się wokół Mogielicy:)

Świąteczne spalanie… Przehyba – żółty – czerwony – żółty…25.12.2014

Święta w Gołkowicach = Przehyba kilka razy.
Dziś miał być dłuższy bieg.

Postanowilismy pobiec na Przehybę żółtym szlakiem, który zaczyna się w Łącku, ale dołączyliśmy do niego na Okrąglicy – dokąd nasz skodziasty Rumak nas przywiózł.

Żółty szlak prowadzi przez Dzwnkówkę do Szczawnicy…
A po drodze mieliśmy takie widoki:
IMG_1682

IMG_1685

IMG_1688

IMG_1702

IMG_1707

IMG_1713

IMG_1726

Trasa przepiękna widokowo – choć trochę zryta przez ciągniki i samochody zwożące drewno…
IMG_1730

Bieg spokojny, lekki… do momentu, kiedy moja kostka na Przysłopiu postanowiła po raz kolejny w tym roku się skręcić. Nienawidze tego – tego bólu chwilowego.
Oczywiście rozchodziłam – ale do tej pory boli.

Z Dzwonkówki czerwony szlak… oj pamiętam każdy odcinek tego szlaku – daje w dupę totalnie – zwłaszcza podejście pod Skałkę.

Ale za to na końcu trasy …bajkowo:)
IMG_1743

IMG_1744

IMG_1745

IMG_1750

I jedzonko na Przehybie musi być:) Świąteczna kawka, szarlotka (Benika – trochę mu ukradłam) – i grzane piwko:):)
IMG_1753

IMG_1754

IMG_1755
IMG_1752

Droga powrotna – żółty szlak na Stary Sącz…tu dołączyła do nas Ela, która z Edim weszła na Przehybę od szlabanu.
IMG_1756

IMG_1764

Wyszło 29 km – co jest niezłym wynikiem po wczorajszym wigilijnym obżarstwie:)
IMG_1769

Wigilijny wschód słońca na Przehybie…

Pobudka o 5:30 – to dla mnie nie taka łatwa sprawa.
Ale dziś nawet nie było tak źle.

Szybkie mini-śniadanie i z Benikiem jedziemy pod szlaban w Gaboniu.

Spokojnym trichtem biegniemy na wschód słońca na Przehybie.
Ciepło jak na grudzień – termometr w samochodzie po 6 rano pokazywał 9C.

W niecałą godzinkę dobiegliśmy na Przehybę i zaczynało świtać….

IMG_4893

Kolory przepiekne…

IMG_4897

IMG_4901

Benik szlifuje formę przed wyprawą na Aconcaguę.
IMG_4904

IMG_4907

IMG_4913

Jutro tu pewnie też zawitam – choć już nie o poranku i na dłuższą przebieżkę.
Planowana część trasy Niepokornego Mnicha:)

IMG_4915

Beskid Żywiecki… czasem warto pobłądzić:)

Przepiękna trasa – poza trasą…. Rycerka Górna – Rajcza

IMG_1594

Zielony szlak
IMG_1609

…. w stronę Słowacji-od Kycory – szlak niebsieki, który się szybko urywa i …. nie ma go…. potem – na przełaj -przez chaszcze i drzewa – ostro w dół…. potem – trochę stopa, trochę zilonego szlagu i grzęźnięcia w błoto-śniegu, potem… Przysłop (prawie w domu:) ) – potem ….. w dół …. i chłopaki z ciepłaym i nagrzanym samochodem.
Nowe preżycia – nowe doświadeczniea – nowe miejsca na bieganie

IMG_1627

Jedno wiem – przyjadę tu na wiosnę:) Nie na jeden a na kilka dni – trasy świetne:)
Zero ludzi – prawdziwy relaks biegowy:)

IMG_1622

IMG_1626

U podnóża Tatr – czyli moje sam na sam z górami…

Czasami się zastanawiam nad tym, dlaczego tak się dzieje, że człowiek pobiegał, poćwiczył, jest zrypany fizycznie i już zaczyna myśleć o tym, gdzie jechać następnym razem, kiedy i ile przebiec…
Tak było na biegach typu maraton. Przybiegając na metę myślałam, że w najbliższym czasie odpuszczam, olewam – że po prostu mam już tego dość. Wystarczyło kilka godzin i takie oto rozmyślania się pojawiały: a może pobiegnę w tym biegu, albo w tym…

Tym razem tak było w środę. Pojechaliśmy do Wisły – trochę pobiegaliśmy, trochę czasu nam zajęło spotkanie biznesowe bandy Newline – i oglądanie przyszłorocznej,naprawdę świetnej kolekcji.
Pogoda była cudowna, trasa też ale było mi mało – dlatego postanowiłam jechać na weekend do Chochołowa. Od prawie roku swój oensjonat prowadzi tam znajomy rodziny, dlatego – była to dodatkowa mobilizacja.

Wyjechałam w sobotę ok 8:30 z Krakowa i już przed 11 byłam na miejscu. Zostawiłam w pensjonacie rzeczy, przebrałam się i pobiegłam.
Jaki był plan? Brak planu. Miałam mape okolicy – a, że Pan Staszek właściciel lokalu powiedział, że jest tu bardzo dużo fajnych dróg – to postanowiłam nie tracić czasu na szukanie szlaku… sam się znalazł.
Wybiegłam z Chochołowa w stronę przejścia granicznego ze Słowacją i tam skręciłam w lewo.

IMG_1375

Wybiegłam sobie na górkę, gdzie był przekaźnik – i już wiedziałam, że mój wyjazd był jedną z najlepszych decyzji jakie ostatnio podjęłam. Świetna pogoda, świetna przejżystość, świetne widoki… a trasy… były drogi, ścieżki…
IMG_1382

Z jednej strony Tarty, z drugiej strony Babia góra…

IMG_1389

Biegłam sobie, szłam… czułam tą radość, którą powinno dawać bieganie codziennie.
Bez zegarka, bez pomiaru tętna – nie jako trening, a jako rekreacja i relaks…
Relaks nie tylko fizyczny, ale przede wszystkim psychiczny… pięknie…

IMG_1397

W końcu jakimś trafem (chyba już nad Witowem) dotarłam do, według mnie, albo starego, albo tak zaniedmabengo żółtego szlaku wzdółż granicy, który był ledwo widoczny. Nie wiem, czy jest to ten sam szlak, który biegnie z Magury Witowskiej do Oravicy – ale był. BYł, albo raczje pojawił się w kilku miejscach i zniknął.
IMG_1411

Przy stacji wyciągu Witów – postanowiłam siąść sobie pod drzewem i trochę się… poopalać:)
Piękne słońce – ciepło… a co tam:)

Powrót równie pięknymi trasami:
IMG_1416

IMG_1393

A wieczorem – kąpiel w termach Oravicy…

Na niedzielę pogoda zapowiadała się również fajna. Wieczorem w sobotę obmyśliłam trasę:
Czarny szlak z Witowa przez Płaziska, Pałkówkę do Gubałówki.
Niedzielny poranek przywitał mnie rzeźkim chłodem… więc już nie biegłam w cienkiej bluzie jak dzień wcześniej, a ubrałam kurtkę i czapkę. Rękawiczki na początek obowiązkowo.

Ten czarny szlak od samego początku mnie wkurzał… po pierwsze rzadko były znaki, po drugie – dziwnie szła trasa… po trzecie – w jednym miejscu skręt w prawo, i natej samej drodze za kilkanaście metrów kolejny skręt w prawo… w sensie – 1 droga – i 2 szlaki czarne – 2 drogi…jakoś dziwnie.
IMG_1438

Trochę biegałm za szlakiem, gdy był słabo widoczny biegałm dróżkami… a w końcu szlak gdzieś zniknął…
Ale to jeszcze nic – najlepszy był moment – gdy w drodze powrotnej (oczywiście na Gubałówkę nie dotarłam – bo mnie szlak trafiał ze szlakiem i postanowiłam skrócić trasę – zwłaszcza, że planowana byla jeszcze jedna z moją mamą, która, przygotowuje się do Rzeźnikcza).
IMG_1446

Cześć trasy była niestety bardzo rozkopana, część trasy zamarznięta…
IMG_1454

Część trasy w śniegu…
IMG_1459

Powrót był lepszy… jakimś dziwnym zbiegiem… napweno nie okoliczności – dotarłam do szlaku, który zgubiłam wcześniej…
Biegłam jakiś czas do momentu kiedy szlak wprowadza nas do prywatnego gospodarstwa i na teren prywatny… zgłupiałam… postanowiłam pobiec nad domem ścieżką…i po kolejnych ok 300-400 metrów znalazłam przerwany szlak… dziwne to wszystko…
Mogłaby być całkiem fajna trasa – ale widać, że i PTTK i nadleśnictwo nie dbają w ogóle o to, by szlak był zadbany – a szkoda, bo mogłoby to przyciągnąć większą ilość turystów do Chochołowa i Witowa, zwłaszcza, że byłby to świetny dodatek do budowanej w Chochołoie Termy, i trasy rowerowej prowadzącej z Nowego Targu.

Na trasie czarnego szlaku były natomiast takie cudeńka:
IMG_1476

IMG_1467

Trasa – może 15 km, może troszkę mniej – na poranną rozgrzewkę całkiem nieźle.

Koło 11 przyjechali moi rodzice z babcią – w końcu odwiedzić znajomego – więc moja mama również pobiegała ze mną, na II część bieganie.
Tym razem postanowiłam zobaczyć jak będzie wyglądał czarny szlak z drugiej strony Witowa – w kierunku na Magurę Witowską. Tu już było dobrze.
Trasa nie była piękna, jak ta z rana czy soboty, ale treningowo – super. Nie było bardzo cieżkich podbiegów, dobre podłoże – do trenowania świetnie:)

IMG_1478

IMG_1490

Żeby nie wracać tą samą drogą postanowiłam, że pobiegniemy ścieżką, która powinna nas według mapy zaprowadzić do większej drogi poniżej a później do samego Witowa, gdzie zostawiłyśmy samochód.

IMG_1492

IMG_1501

IMG_1502
Takie oto widoki miałyśmy po drodze- owca zagryziona przez wilka – wyjezdzone całe mięso pozostawione tylko futro… masakra… Widać było, jak wilk ciągnął owcę po śniegu…

IMG_1508

A popołudniu dłużesz „moczenie” w termalnych wodach Oravicy – stare baseny to mają jendak klimat:)

Cóż tu dużo mówić -fajny weekend:)

Ćwilin…szlak z Mszany…

Nałóg bieganie jest coraz większy:)

Ostatnia niedzielna wyprawa w Tatry Słowackie ropaliła we mnie jeszcze większą chęć łażenio-biegania po górach.  Szlak zielony z Jaworzyny tatrzańśkiej Doliną Jaworzyny jest przepiękny. Idealna trasa biegowe, pod koniec zaczyna się wprawdzie już konkretne skalne podejście – ale trening niesamowity – zwłaszcza, gdy cisza i spokój wokół:)

I tak po poniedziałkowym lenistwie – tylko krótka wyprawa rowerowa, postanowiłam we wtorek pojechać sobie w Beskid Wyspowy.

Ćwilin… jeszcze nigdy tam nie byłam – a to przecież góra – sąsiadka naszego Łopienia, który jest jednym dwóch głównych bohaterów naszego biegu #Noraftrail.

20140729_102011

Trasa zaczyna się w Mszanie tuż za mostem na Mszance w stronę Limanowej  – skręt w ulice – Zielona – żółty szlak.

Szlak bardzo przyjemny – choć na poczatku miałam małe problemy z odnalezieniem go wśród łąk i pól.

Widoki od początku trasy przepiekne…

Cisza, spokój… i piękno… W czasie całej mej wyprawy – spotkałam 4 osoby na trasie – z czego dwójka to lokalni grzybiarze z koszami pełnymi prawdziwków i kozaków.

Oj było trochę grzybów po drodze – oczywiscie, znalazły się też one w moim plecaku biegowym, który mimo, że wygląda na mały mieści dość sporo:)

20140729_091720

A pierwszymi turystami jakich spotkałam  były barany:)

Lecąc tak do przodu – zabładziłam… i juz miałam wrcać, bo moja kostka znowu się przekręciła boleśnie i stwierdziłam, że chyba dam jej odpocząć – ale…

Powolutku – dobiegłam/domaszerowałam do szczytu.  I chyba Ćwilin  pobił Mogielicę.

20140729_102011

Szczyt jest pzrepiękny:) Można sobie siąść na ławce  – rozłożyć piknik i miło spędzać czas  – mając przed sobą przepiękne widoki na kolejne wzniesienia Beskidu Wyspowego i Gorców:)

20140729_113413

Niestety na szczycie znalazłam sporo śmieci,  co pewnie pozostało po niezłej libacji  – puszki po piwie, papierki – generalnie świeże śmieci. SZOK!!! Chamówa ludzka nie zna granic:(:(

Pleżałam chwilę ciesząc się słońcem i wdychając świeże powietrze i postanowiłam, że wkrótce tu wrócę:) Cudowne miejsce…

Po drodze natrafiłam na „pyszny deser witaminowy” – dojrzałe czernice – mniam…:)

20140729_113554

 

Oczywiście oprócz witamonowego deseru w połowie trasy – rewelacyjny baton energetyczny Agisko – dodał sił:) W sumie – moze i nie dodał, ale jest cholernie smaczny:):)

A tak poza tym, to już wiem, że ta góra w kolejnym biegu Noraftrail – będzie odgrywała istotną rolę:):)

 

 

Góral Maraton, czyli upalne bieganie na Trójstyku…

05.04.2014- Goral Marathon

Trójstyk- miejsce gdzie graniczą ze sobą trzy państwa: Polska, Słowacja, Czechy.

I właśnie tu Laco Sventek rok temu postanwił zorganizować tam Góral Maraton.

W tym roku zostały dołożone nowe dystanse w tym ultra 70 km i 90 km.

Przyjechaliśmy na Góral Maraton już w czwartek wieczorem.

W piątek mieliśmy rozkłądać namiot z towarem ( Newline, Mico), a na drugi dzień, czyli w sobotę biec.

Noc z czwartku na piątek – dała nam popalić. Przemarzliśmy w namiocie porządnie i sama myśl by wstać w piątek rano – była już denerwująca. Ale na szczęście słońce, które z wielką mocą dobojało się do nas – pomogło nam wygrzebać się ze śpiworów i zacząć przygotowania.

Rozłożenie namiotu Newline – to z reguły pikuś – pikuś gdy jest normalna pogoda, ale gdy o poranku jest już 30C w cieniu a ty się siłujesz z namiotem, wieszasz ciuchy – jest to już wielki wyczyn, po którym jest się zmęczonym.

IMG_3913

IMG_3912

Gotowi i zwarci czekamy na zawodników, którzy od 15 powoli zaczęli się schodzić by odebrac swój pakiet startowy.

Wkrótce przejechała Monia z Rudą – a my już byliśmy wyrąbani – cały dzień na tym upale.

W między czasie wypilismy piwko dla ochłody… wpsniała… do tego wieczorem haluszki z bryndzą – co chyba nie było najlepszym pomysłem, przynajmniej w ilości jaką zjadłam.

Niestety przy tak wysokiej temperaturze taka porcja dała o sobie znać rano przed  biegiem.

20:00  – odprawa zawodników… trochę słuchamy – trochę gadamy… myślimy już o tym, by zapakować namiot i iść spać – ale pakowanie i wnoszenie towaru pod górkę – to dopiero męczarnia. Męczarnia, która  pewnie i odbiła się na sobotnim biegu.

Ważne, że byli klienci i to zadowoleni:)

Gejza:

048 049

Noc z piątku na sobotę była łaskawa dla nas. I w dodatku w końcu się wyspałam.

Wstałam nastawiona pozytywnie do biegu – mimo problemów z żołądkiem, bardziej bałąm się o kostkę, czy dam radę, czy nic sobie nie zrobię, czy ta kostka tak poszkodowana w ostatnim czasie wytrzyma bieg? Zatejpowałam stopę, ubrałam w skarpetę kompresyjną i liczyłam na to, że jak będę uważać na zbiegach, nie będę szaleć – to jednak się uda.

Spódnica, koszulka – i gotowa. Plecak już zapakowałam dzień wcześniej – więc było sprawnie.

Rano dojechałą Inol z Martą. Inol biegła 26 km:):_

Ale muszę tu też wspomnieć o jednej zawodniczce, co na trasie 7 km Góral Maratonu – miała swój debiut w biegach – to nasza mama Ela:)

IMG_3942

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Z samego rana nie było bardzo gorąco – jednak już koło godz 10 zaczął się lać żar z nieba.

Nie umiem biegać w takich warunkach – bo zawsze, gdy było tak gorąco, albo rezygnowałam z biegania, albo biegałam wieczorem. Bałam się, że po moich akcjach z mdleniem, bieg w takiej temperaturze może się właśnie tak skończyć. Więc nie było żadnego traningu przy temperaturze powyżej 25C od 2 lat. I chyba to też dało mi w kość.

Trzeba robić takie treningi – mogą być krótkie, ale organizm się przyzwyczaja do ciepła – a ja się tego po prostu bałam.

Więc po ok 15 km – gdy zaczęła się góra – musiałam iść i to wolno, bo przed oczami często miałam ćiemności – więc by nie odlecieć, musiałąm przykucać.

Nadrabiałam na płaskim i na zbiegach, gdize kostka trzymała się dzielnie:)

Trasa prowadziła drogami asfaltowymi, płytami i ścieżkami lesnymi. Na moją  korzyść tym razem – asfalt przy pierwszych zbiegach byl genialny – gdyż  mogłam przyspieszać a nie musiałam obawiać się podłoża.

Dużo otwartej przestrzeni powodowało, ze upał odczuwałam jeszcze mocniej.

Ile wypiłam wody? Cholera wiem – może ze 4 litry w czasie całego biegu, może trochę więcej. Jedno wiem – że chciało mi się pić jeszcze więcej, ale w żołądku tak chlupało, że nie było szans coś tam wcisnąć więcej ( jak na mili piwnej, przy 4 piwie).

Mażyłam o koli lub browcu – lub o czymśkolwiek zimnym i gazowanym.

Na metę przybiegłam po ok 6:30h ( tak wskazywał mój gps)

Piwo na mecie wynagrodziło moje zmęczenie – a na mecie – czułam się jakbym była totalnie wykończona – gorzej niż po Rzeźniku.

Teraz kika dni relaksu – i treningi trenera R wdrażam w życie:)

Będzie GIT w następnym roku. 198OLYMPUS DIGITAL CAMERA063

Beskid wyspowy…. fragmentami trasy NORAFTRAIL ULTRA….

Oj będzie trasa we wrześniu będzie….. miało być niewinne 42 km lub coś podobnego…. będzie na pewno koło 50 km, a jak się z Jarkiem i Robertem postaramy w niedzielę, to pewnie coś dorzycimy…

Dzisiejsza trasa – tylko fragmentami była trasą Noraftrail Ultra – ale było na prawdę niesamowiecie. Niestety  moje zdolności fotograficzne wczoraj skończyły się w połowie Cracovia Maraton i coś poprzestawiałam w aparacie i dziś foty wyszły tragiczne, ale coś wybiorę.

Początek i meta: TYMBARK. Najpierw pobiegłam sobie czarnym szlakiem na Łopień….

Super trasa – choć według oznakowań była to też trasa rowerowa, nie wiem jak po takiej trasie można jeździć na rowerze – chyba tylko rowerowi samobójcy mogą się na to odważyć.

IMG_3324

IMG_3331

Czarny szlak nie jest najłatwiejszy, ale nie jest też jakiś mega trudny – a ja już od początku miałam problemy z oddychaniem i formą. Możeliwe, że to tygodniowa dawka antybiortku, który wczoraj skończyłam tak sołabił organizm, nie mam pojęcia…ale nic – co mnie nie zabije…Tak sobie potruchtałam do Łopienia – fajna górka….a tuż przed szczytem przepiękna polana i wodok na Mogielicę…. więc nie mogłam tak biec dalej, trzeba było sobie siąść i w ciszy delektować się tym widokiem.

 

IMG_3342

IMG_3344

Z Łopnia (Łopienia – może wkrótce dowiem się jaka jest poprawna odmiana tej nazwy) zielonym szlakiem wystartowałam w stronę Mogielicy.

IMG_3369

Na wieży wodokowej na Mogielicy – ktoś chyba sobie ostatnio urządzał imprezkę – bo została butelka po piwku i jakiś napój… nie łądnie tak zostawiać śmieci:(:(

Poleżałam sobie chwilę na wieży… mała dawka węglowodanów i w stronę Tymbarku żółtym szlakiem. A na szlaku- niespodzianki – 2 razy trzeba było przekraczać strumyk – więc moje nowe butki Alphawoolf miały możliwość ochłodzić się w górskim strumyku:)

IMG_3395

Jednyny minus tego żółtego szlaku jest taki, że spory kawałek prowadzi asfaltem ( tego nie będzie na Noraftrail Ultra).

Na szczęście przed Tymbarkiem ze 2 km biegnie się jeszcze lasem…

Jarek Oleksy – miło było Ciś spotkać przypadkiem w Tymbarku:):)

 

 

Perun Skymarathon…mój pierwszy bieg, gdy ściana była już na 1 km… i było ich kilka – prawie pionowych

Perun…brzmi bardzo mitologicznie… mistycznie…

logo Perun barva

Sobotni wyjazd na maraton (Mistrzostwa Czech w biegach górskich) od początku był z wtopami, i ledo co zdążyliśmy z Lacą na rejestrację – ale się udało.

Pogoda…fatalna: zimno, mżawka – generalnie odniechciało mi się startu.

I tak na prawdę na starcie byłam tylko dzięki Ewie Majer, która stwierdziła bym potraktowała to treningowo. I  takie podejcie miałam przez cały bieg (biego/marszo/doczołgiwanie się)

Start został o kilkanaście minut przesynięty…. standardowe odliczanie i ruszamy.

Wystartowałam sobie spokojnie w środku stawki. I zaczął się podbieg… najpierw spokojny by po kilkuset metrach przed naszymi oczami mogła wyłonić się prawdziwa „ściana” – czyli trasa wyciągu narciarskiego.

SZCZĘŚLIWI CI CO KIJKI MIELI!!!! Podejscie ok 2 km – kto wbiegł dla tego pełny szacun.

 

10269530_10202434429276209_5712326262085169295_n

Połowę tego podbiegu „wytruchtałam” spokojnie, wolno, ale niestety mieśnie jeszcze nie tak mocny by starać się o więcej.

Zbiegi śliskie – na pierwszym błotnym zbiegu przy strumyku  – pierwsza gleba zaliczona.

Chciałam ominąć kamienie i przeskoczyć przez strumyk po liściach… ale pod liściami była galąź i wjechałąm do strumienia. Ciężko było wtsać ale koledzy biegnący obok pomogli, za co im dziękuję bardzo:) Upadek bolał, ale adrenalinka była…

Kolejne podbiegi/podejścia  troszkę łatwiejsze – do 14 km – gdzie trzeba było wbiec/podejsć pod kolejny odcinek innej trasy narciarskiej ( od wczoraj lubię ośle łączki – są przynajmniej łągodne). Masakra, hardcore…. generalnie mam dość.

Ale w mojej głowie myśli wariują… – przecież mnie to nie zabije = wzmocni = lepszy trening do przyszłorocznego Rzeźnika. Walczę – nie o pozycję, a o  to by się nie poddawać.

Od 7 km nie wyprzedziła mnie żadna dziewczyna – co jest fajne, za to ja wzięłam 4.:):)

30km – ostatnia góra… jakoś się wtaczam na nią, ale wolno. Padający deszcz strasznie wychładza ciało. Nie byłam już  w stanie zginać palcami. Ubrałam rękawiczki – co też nie było łatwe, bo palce się już nie zginały.

Na podejściu padł mi zegarek – więc nie wiem ile jeszcze, jaki czas…. nic nie wiem….

Zbieg – ostatni zbieg ….niby fajnie, ale mięśnie już nie trzymają ciała…. czterogłowy w stanie krytycznym…. i jest poślizg na samym dole i kolejny raz błotko zaliczone.

Ale nic wstaję – jeszcze 6 km i będzie to wymarzone piwo….piwo…. marzę tylko o tym i czymś do jedzenia i spanie…

Ale te 6 km podbiegu to jak 20 km. W głowie już szumi – dasz radę, ale ja nie daję rady…

Minęło mnie kilka osób, ale inni też już umierają na ostatnim podbiegu.

I jest-  tabliczka – 1,5 km do Javorowej Chaty – zbawienie, blisko…. tylko że w tych warunkach – to cholernie daleko, wieje bardzo, organizm wychłodzony.

Resztki sił – i idziemy z kolegą co też już nie może…

Po drodze wyprzedziłam jeszcze jedną dziewczynę…. i meta, która wyłania się z mgły.

Upragniona meta od 20 km:)

A w środku ciepełko, piwko i jedzonko….

I wydawałoby się – prawie raj….ale po przebraniu, najedzeniu – trzeba zejść do auta – 2 km po stoku – gdzie wbiegaliśmy na początku….porażka…

Organizacyjnie – Perun bardzo fajnie wypadł. Trasa super oznakowana.

Ale trasa cholernie ciężka – zresztą jak ktoś chce to poniżej profil trasy.

Dla mnie wszyscy co ukończyli ten bieg w limicie (8,5h) – to na prawdę wielcy ludzie:)

new-profile

Jedno co mnie wkurzyło- to faceci, którzy nie umieją używać kijków. Zbiegający po ścieżkach i drogach środkiem z wymachującymi kiljkami, i nie ominiesz ich obok, bo a nuż Cię tym kijkiem zahaczy. Porażka  – chcesz gocia ominąć na zbiegu, bo tu akurat biegło mi się fajnie, a tu taki cwaniaczke z kijkami po pokach Ci drogę zgradzają….oj byłam tam zła w niektórych momentach, ale wstrzymałam się by paru takim cwaniaczkom nie puścić komentarza. Może  kiedyś się nauczą, że nie trzeba z kijków robić pługu i trzymać je pod skosem by inni się z łatwością wbili.

Foto (z FB Perun Maratonu – Marcin Kamiński)

Trasa Maratonu Szczawnicy- tydzień przed biegiem…

 

Słuzby zwiadowcze Norafsport (tym razem tylko ja sama) tak nie mogly sieę doczekacć Maratonu Szczawnicy, żze postanowiły sprawdzicć co słychacć na trasie:)

A na trasie duzo ciekawych rzeczy…

Szlak na Beresnik przywitał mnie dzisś przepieknym widokiem na Tatry-  tylko siascć i zachwycac sieę urokami tego pieknego miejsca.

IMG_2057 IMG_2066

Dalej w stroneę Beresnika i Dzwonkówki- trasa fajna, troszkeę błota, ale biegnie sie dosc szybko.

IMG_2069 IMG_2076

Do Przysłopia  – IDEALNIE.

Czerwony szlak na Przehybe nie był jednak dzis  łaskawy dla mnie.

Od najgorszego podbiegu na Skałke (1163mnpm)- chociaz  ciezko to podbiegiem nazwacć, bo to ostre wejscie prawie pionowe (choc juz kiedysś pokonałam to spokojnym biegniem) – zaczyna sie śsnieg. Nie jest go bardzo duzo – ok5-7 cm, ale w momencie gdy biegłam był dosc mokry, a pod nim kałuze. Efekt tego taki, ze juz po kilkunastu minutach moje palce były zamarzniete i marzyłam tylko o tym, by znalezc droge na skróty i ogrzac zamarzniete palce u stóp.

Na trasie bardzo duzo powalonych drzew – mozna  pocwiczyc na Runmageddon Hardcore:) – prawie jak zasieki:) W niektórych miejscach da sieę przejsc przez drzewo, ale kilka dscć konkretnych drzew trzeba ominac  bokiem.

IMG_2080IMG_2081

IMG_2082

Sniegu mokrego mamy  kilka kilometrów, konczy sie dopiero za Wielkim Rogaczem.

Przehyba, Radziejowa  – całe w sniegu. Ciezki w takich warunkach jest zbieg z Radziejowej, trzeba bardzo uwazac na kamienie, które pod cienkaą pokrywa sniegu, sa na prawde niebezpieczne.

IMG_2116 IMG_2085 IMG_2118 IMG_2124 IMG_2125

IMG_2086

Tak dla zobrazowania głebokosci śsniegu i wody pod nim ponizsze foto

IMG_2091 IMG_2094

Pieniny juz  bez śsniegu ( gdziesś po bokach jest, ale mało)

Przemoczone skarpetki dały w kosc ć moim stopom, które były nie tylko  przemarzniete a i konkretnie obtarte i odbite, wiec postanowiłam zrobic sobie skróta – z małaą przerwaą na drzemkeę na ukochanym ostatnio sianku:)

IMG_2152

 

IMG_2161

Miejmy nadziejeę, ze faktycznie deszcz popada i ten śsnieg roztopi. Bo jak nie – to Panowie – juz grzejcie rece – wszystkie Panie do was przybiegnaą byscie im grzali stopy na mecie:):)

PS.1 Przepraszam za brak polskich znaków, ale cos chyba na stronie jest nie tak, bo wczoraj były a juz dzisś ich nie ma:(:( Na razie nie umiemy sobie z tym poradzic…:(:(

 

 

 

I buciki Newline sieę spisały. Oby za tydzień dały kopa…:):)

IMG_2096