Super Trail 130 km – DFBG 2016

Jak to jest gdy jedziesz na bieg nie wiedząc dokładnie czy polecisz 130 km za kilka godzin czy ok 70 km dwa dni później?  Całkiem to fajna i śmieszna sytuacja.

Taką oto sytuację miałam w czwartek przed startem na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górksich.

Przyjechałam do Lądka Zdrój nie do końca pewna, czy będzie szansa przepisania startu osoby, która nie mogła wystartować na mnie. Kilka godzin w niepewności – na miejscu info, że organizator nic nie wie…ale na szczęście się udało. OTK Rzeźnik – dziękuję jeszcze raz:)

Strategi biegu nie miałam żadnej – gdy dowiedziałam się, że jest taka możliwość (kilka dni przed startem) – to stwierdziłam, że warto skorzystać.

 

 

Wystartowałyśmy z Kaśką razem – wiedząc, że będzie nam raźniej i milej jak sobie razem ten bieg przelecimy. I to był doskonały pomysł:)

 

13815248_494978174025087_861992940_n 13820746_494978350691736_2109720041_n

Biegłyśmy sobie/maszerowałyśmy w miarę równym tempem. Takim by nam było dobrze i komfortowo.

I w sumie byłoby wszystko ok gdyby nie to, że tuż przed szczytem Śnieżnika rozpościerały się mokradła – w sensie błocka trochę przykryte wysoką trawą. Była już noc i ciężko było je omijać nie wpadając do nich. Kilka takich wejść do błota równało się biegiem kilku godzin w mokrych butach z ciągle pojawiającym się piaskiem czy czymś piasko-podobnym. Niestety to odbiło się bardzo na moich stopach, i odparzone stopy zaczęłam czuć już po kilku kilometrach. Marzyłam o przepaku, by zmienić skarpety i buty – a do przepaku było jeszcze ze 20 km…

Tempo cały czas miałyśmy w miarę równe. Ktoś nas mijał, kogoś wyprzedziłyśmy.

I w końcu zostałyśmy same. Nikogo z przodu, nikogo z tyłu – bez stresu, bez spiny – nawet jak lecisz na luzaka -to jak ktoś jest za Tobą – to czujesz, że nie jesteś totalnie na luzie.

A my właśnie osiągnęłyśmy ten moment – gdy byłyśmy totalnie wyluzowane i chyba to był ten moment biegu, który był najfajniejszy.

Gdy dotarliśmy na przepak przebrałam skarpety i buty, ale odparzenie tak było już duże, że ten myk niewiele pomógł. Nie powiem, że nie miałam chwil gdy już myślałam, że zejdę z trasy. Ten ból stóp szczególnie dawał się odczuwać na czeskich fragmentach dziwnego asfalto-szutru. Dlatego w niektórych momentach łatwiej było mi uprawiać wolny trucht niż szybki chód – inne położenie stopy, mniejszy kontakt obolałej części z asfaltem i kamyczkami.

13819590_691512660987953_2121331174_n 13819783_691512637654622_723952993_n

Gdy biegłyśmy po stronie czeskiej – okazało się, że jesteśmy na 4 pozycji, a 3 dziewczyna tuz przed nami… i dałyśmy czadu utrzymując później przewagę do końca.

Dystans 130 km – był najdłuższym dystansem górskim i dla mnie i dla Kasi.

Dałyśmy radę! I wylądowałyśmy na mecie na 3 pozycji.

13726802_10209465168003590_6306532228868938690_n

13649419_691512617654624_655218664_n

Wspólne wsparcie, wspólne chwile zachwytu nad przyrodą…np wschód słońca na ok 70 km z przepięknymi różowymi chmurami…

13816977_691512687654617_1779835595_n 13820561_691512680987951_329669357_n

Bieg według mnie świetnie przygotowany. Szacun dla organizatorów i całej ekipy.

Świetne znakowanie trasy i genialny pomysł z odblaskowymi naklejkami.

Dziękuję moim kochanym RZEŹNIKOM za doping i wsparcie!

Podziękowania dla Czesława naszego za troskę na punktach:)

 

A oczywiście jakie koszulki rządzą na trasie? Thoni Mara 🙂

Za rok poszalejemy jeszcze bardziej.

 

 

 

 

2 Górka Pętla – Brenna 28.03.2015

28.03.2015…2 edycja biegu górskiego Górska Pętla 12:12.

Że bylo fajnie – to chyba już wszyscy wiedzą – że przyjedziemy za rok – też:)

Ale od początku. W czasie pierwszej edycji biegłam ze swoim bratem, tym razem postanowiłyśmy z Ewą Jeremicz pobiec w parach KK.
Szkoda tylko, że nie było więcej par damskich – bo to jednak fajniej jak się tak w większej ekipie rywalizuje. Ale może w następnym roku będzie więcej par kobiecych:)

Start biegu 12:12…. pierwszą pętlę rozpoczęła Ewa.
Pogoda – no jak to pogoda podczas Pętli 12:12… 4-6C, troszkę wiatru, troszkę deszczu, troszkę śniegu….a dużo, dużo mgły.

Zakładałyśmy, że jak pogoda się utrzyma taka jak była na początku – to będziemy w stanie zrobić 6 pętli.Nie znałyśmy trasy całej, gdyż została trochę zmodyfikowana i wydłużona w stosunku do trasy z przed roku.

Niecałe 16 km… ale za to jakie!
11096693_811341252267767_7781947151601088088_n

Cel na bieg:
Chciałam spróbować, czy przy cięższym podbiegu będę w stanie beic – nie ważne wolno, czy szybko – ważne by biec. Mini-trucht – ale bieg.
Ewka przybiegła i ruszyłam nie wiedząc czy zacząć mocniej czy jednak spokojnie.
Po ok 2 km skręcaliśmy w las i od razu zaczynał się mocny ok 1,5 km podbieg. W tym miejscu odbijaliśmy od trasy z roku ubiegłego.
Trucht… robi się ciepło – nieważne…trucht…wolno… trucht.
4,5 km…. chwila przerwy… lżejsza trasa…

Nie pamiętam dokładnie który to był kilometr, wydaje mi się, że kolo 6. I podbieg polanką. Tu juz nie było łatwo. Jeszcze przy pierwszej pętli było w miarę.
Dużo korzeni, gałęzi… ale bieg… wolno, ale bieg.
Bałam się, że będzie mi zimno, a tymczasem paliłam się z gorąca (to z pewnością za sprawą „odtłuszczacza”, który podwyższa temperaturę ciałą i szybciej się spalają tłuszcze). Szybko pozbyłam się czapki i bandanki i lało się ze mnie.

gamma0115_201503301421

gamma0118_201503301421

Przyznam, że podkręcałąm się gdy na podbiegach wyprzedzałąm facetów – jakoś tak mnie to mobilizowało:)

Bieg… cały czas bieg….

DSC_0349

W kilku momentach były jeszcze odcinki ze śniegiem – one na pierwszej pętli były całkiem spoko – niestety na drugiej zrobiły się już niebezpieczne zwłaszcza przy tej mocnej mgle.
W pewnym momencie dołączyliśmy się do trasy biegu z przed roku – więc już wiedziałam co i jak. I niestety był ten ciężki zbieg. W sumie – to on nie jest jakoś masakrycznie ostry. Problem jednak polega na tym, że na jednym odcinku było strasznie dużo liści na tej trasie a po nimi dużo kamieni. Bojąc się o kostkę – oczywiście nie wzięłam tejpów i nie mogłam trochę usztywnić stopy – zbieg wyszedł mi najgorzej. Ale nic – sukces jest bo nie skręciłam kostki tym razem:):):)

Na końcówce Basia z aparatem…
_DSC0916

Ta pętla miala być dobrym sprawdzianem – i wyszło ok:)
Trasa bardzo mi się podobała – bardzo – i na dodatek udało się zejść minimalnie poniżej 1:50h:)

” …. a ja lecię, lecę, lecę – wciąż lecę…”

_DSC0921

Na trzecią pętlę wybiegła Ewa – ja w tym czasie wypróbowałam pyszności przygotowanych przez organizatora. I oczywiście zmiana stroju. Błoto… wszędzie błoto…

4 pętlę (czyli moją 2) zaczęłam już gdy powoli zaczęło się ściemniać. Nienawidzę tej pory dnia – albo ciemno, albo jasno…a tu kurna nie wiesz co robić – czy włączyć czołówkę, czy jeszcze nie. Ale nic. Zastanawiałam się, czy dam radę i drugą pętlę pzrebiec.
Postanowiłam spróbować:)
I udało się!!! Przebiegłam i drugą pętlę – wolniej – mniejszymi krokami ale się udalo.
Druga pętla już była… inna. Tuż po wbiegnięciu w las, zaczęło się szybko robić ciemno – ale to pikuś. Zrobiła się masakryczna mgła. I polana, która na 1 mojej pętli była ciężka pod względem podłoża…na 2 mojej pętli już była ciężka pod względem …mojej lokalizacji.
Nie miałam pojęcia czy dobrze biegnę. Pamiętałąm, ze las jest po prawej stronie.
Trasa była dobrze oznaczona i świetnie, że były dodatkowe oznaczenie fluorescencyjne.
Niemniej jednak widoczność(do góra 2 metrów) nie pozwalała na pewne przemieszczanie się po trasie – stąd mimo „minitruchtu” i chęci biegu – nie mogłam biec szybciej – bo trzeba było bardzo uważać. Do tej mgły doszedł „sparowany oddech” – czyli promień światła oświetlający trasę przez czołówkę był co chwila „niszczony” oddechem.
Oj było … ciekawie. W sumie dobrze, że pamiętałam szlak – i sprawdzałam to taśmy, to szlak – to dodatkowe oznaczenia. Ale miałam chwilę strachu. Zwłaszcza tuż za polaną po 6 km – gdzie słyszałam jakieś szumy. Tak tak spanikowana baba…

Moja 2 pętla była też ciężka pod względem „mazistości” podłoża. Zmrożone błoto było rozmrożone – rozjechane, rozbiegane… grzęzło się… dodatkowe ćwiczenie:)
2 pętla trwała dłużej też przez to, ze ten fatalny zbieg w takich warunkach był dla mnie najcięższym elementem biegu. W sumie wtedy stwierdziłam, że na końcu jak skręcę kostkę to już tragedii nie będzie – bo najwyżej 2 km jakoś dojdę…ale się udało:)
Dotarłam…

Zatsanawiałam się tuż przed metą czy jest sens by Ewa leciała – bo naprawdę było cieżko i niebezpiecznie i trzeba było bardzo uważać by sie nie pogubić w tej mgle.
Ale na szczęście Piotrek, mąż Ewy pobiegł razem z nią i dzięki temu nasza drużyna na 2 drużyny babskie była 1:):)
Ja jestem zajebiście zadowolona – że biegłam w takich warunkach – to dla mnie sukces.
Trasa fajna – choć sporo cieższa niż rok wczesniej – ale świetna. Więc mam nadzieję, że organizatorzy jej nie zmienią.

Na 3 edycję biegu Górska Pętla 12:12 oczywiście przyjedziemy z Ewą:)

Helga (Huzior) – GRATULACJE!!! Piękny wynik:)
21148_811989832202909_6892205713501542416_n

DSC_0267

Transgrancanaria 2015

Transgrancanaria – 07.03.2015

Jakim sposobem się tam znalazłam? Sama nie wiem. Trochę fajnych fot znajomych, trochę dobrych opini o tym biegu, przepiękne relacje z edycji 2014. I się zapisałam.

Cel – Advance 83 km. Idealnie na 3 miesiące przed Rzeźnikiem – dobry trening siłowo-wytrzymałościowy.

Ale, że to dośc daleko i koszty przelotu również nie były małe, postanowiłam, że to będą również moje wakacje.

Trochę słońca napewno doda energii do zycia i pracy po powrocie – oby:):)IMG_6316

Lot na Gran Canarię był nawet bezbolesny. Z Krakowa lecieliśmy do Brukseli i stamtąd na Gran Canarię. Szybko udało się dostać na autobus i wylądowaliśmy w San Augustin, gdzie mieliśmy wynajęty domek. Trochę nam zajęło odnalezienie go, ale zaraz po tym mogliśmy urz ądzić pierwszą posiadówę wieczorną na tarasie. Wyjście z ogrodu było zarazem wejściem na plażę – genialne:)

Czwartek – 05.03 upłynął nam na objazdowej wycieczce po Gran Canarii – generalnie jechaliśmy do Kanionu, który jak się okazało był na…. Teneryfie – lekko się Lacy porąbało, ale dzięki temu objechaliśmy spory kawał wyspy:)

IMG_6353

Piątek – ja sobie zrobiłam relaks na plaży z leżeniem, pływaniem i lekkim opalaniem, dziewczyny wyruszyły na dalsze poznawanie wyspy.
Wieczorem odbiór pakietów. Nastawienie genialne.
Kolejka do pakietów… nikt mi już nigdy nie wciśnie, że u nas się długo czeka. Ponad 30 min czekania w kolejce po odbiór pakietu, no może trochę dłużej. Stoisz i kolejka się nie przesuwa. Ale w tej oto kolejce spotkaliśmy naszych biegaczy i jakoś szybciej upłynął czas.

Pakiety odebrane bez problemu. Zostaliśmy zaobrączkowani specjalnymi transgrancanaryjskimi materiałowymi sznurkami. Pakiet: koszulka, daszek, bidon, bandanka – całkiem nieźle.
Numer startowy i chip do plecaka – najważniejsze rzeczy schowane.

Teraz już był tylko relaks.

IMG_6495

Wieczorem makaronowa kolacja i do spania, bo pobudka wcześnie.
Start biegu miał miejsce w miejscowości Fontanales ok. 60 km od naszego miejsca zamieszkania (tak na oko tyle) – więc musieliśmy wyjechać przed 5 rano, bo część drogi w prawdzie prowadziłą autostradą, ale część niestety wąskimi, krętymi drogami, gdzie trzeba było jechać bardzo powoli i ostrożnie. Ciotka za kierownicą sprawdziła się doskonalne:)

IMG_6744

Przygotowane do biegu – czekałyśmy na strat.
IMG_6750

Moim celem było spokojnie pokonanie tego biegu. Bez szaleństwa, zwłaszcza, że ostatni trening jaki robiłam – to trening w temperaturze ok 7C, a na GC temperarura sporo przekraczała 20C, co czułam przez cały bieg – a chyba najbardziej przy końcówce biegu.

Start…
Trasa biegu prowadziła obok pól z eukaliptusem i kaktusem – zapach cudowny. Ale to tylko w pierwszej części biegu – tam też było najbardziej zielono.

Początek biegu dał mi lekko w kość – gdyż nie mogłam się przyzwyczaić do tej wysokiej temperatury. Ale potem już było lepiej.

Lekko i spokojnie – powolne podchodzenie na ciężkich podbiegach. W między czasie jakieś foty – bo przecież raz się biegnie takimi ścieżkami.
Trochę problemów z żołądkiem miałam po zapodaniu dawki magnezu, ale krótki piknik z bułką i wodą pomógł przynajmniej pohamować efekt chęci wymiotów.
Po drodze mijaliśmy przepiękne krajobrazy, bunkry w skałach i przesympatycznych ludzi na trasie, którzy mocno dopingowali.
IMG_7229

Generalnie biegło mi się całkiem nieźle, dopóki na trasie nie pojawiło się dużo kamieni.

IMG_6237

IMG_6241

IMG_6245

IMG_6254

Kamienie tak poobijały moje palce/paznokcie, że ciężko mi było przy końcówce już biec, choć mięśnie nie były aż tak zmęczone. Do tego sparzone stopy od dołu….uf…

Ale po drodze było milo.
IMG_7176

Do przedostatniego punktu biegłam z radością – przynajmniej tak mi się zdawało – natomiast długi, ostry, megakamienisty zbieg do przedostatniego punktu – dobił moje stopy. Dobił totalnie. Nigdy tak nie czułam bólu paznokci i stopy wcześniej. Nigdy nie miałam tak – że każdy krok przy końcówce był bólem. Może nie był to ból nie do zniesienia – ale trwający cały czas…
Ale, że ultrasi biegną głową a nie nogami – dałam rady.

Przedostatni punkt- po raz kolejny wyduldałam kilka kubków zimnej koli z lodem i zjadłam kilka żelek Harribo. Zstało przecież 17 km do końca – spoko….
Tak… spoko było do momentu, gdy się wywaliłam. I wtedy pojawiły się oczywiście myśli – że nigdy więcej tego biegu, nidgy więcej biegania po takich trasach, że tylko nasze Beskidy i Bieszczady…. W sumie te myśli pozostały dalej.

Oststnie 20 km (a nie 17) – to lekki truchto- marsz. Na koniec chyba najgłupszy moment – bieg po wyschniętym korycie rzeki. Niby spoko – ale trzeba było uważać na podłoże – bo sporo było dużych kamieni – a ta część trasy chyba dłużyła się najbardziej.

Końcówka – to również jedna wielka zmyła.
Wpadasz na miejsce, gdzie jest meta – już widzisz tą metę – widzisz ludzi – a tu Ci każą zrobić jeszcze kółko… bez sensu.

Streszczając – trasa mi się totalnie nie podobała. Część trasy była fajna do biegania, część absolutnie nie, przynajmniej nie dla mnie.
Natomiast ta część trasy „niebiegowa” była według mnie idealną na trekking.
Widokowo – pierwsza część trasy świetna, początek drugie też – ale potem taka nuda zaczynała wkraczać…
Obsługa/punkty – tu muszę przyznać, że organizacja (oprócz tej kolejki po pakiet) perfekcyjna. Sporo picia, jedzenia – pomocna obsługa, która bardzo pomagałą przy wlewaniu napojów do bidonów itp.
Na mecie piwko w ramach uzupełnienia izotoników i do mieszkania na wypoczynek.
IMG_7282
DSC00168

Czy kiedyś tam pojadę biegać? Raczej nie.

„Zwiedzaniowe” bieganie po ziemi lubaczowskiej 21-22.02.2015

Lubaczów i okolice – oczywiście, że pierwsze skojarzenie dla mnie to zawsze będzie Maraton Roztoczański. W 2014 było świetnie – w maju 2015 pewnie też będzie czad.
Ale…

Tym razem nie pojechaliśmy do Lubaczowa, choć zatrzymaliśmy się w nim na chwilę.
22.02.2015- w miejscowości obok Lubaczowa, w Oleszycach o 11 godzinie miał się rozpocząć II Półmaraton Oleszycki.

Planując z Wojtkiem tą wyprawę – w ręce Wojtka powierzyłam – kulturalno-rozrywkowy plan na sobotni dzień (specjalnie wyjechaliśmy dzień wcześniej by trochę pozwiedzać).
Wojtek się przygotował, ale na nasze szczęście pojechała z nami Jaga, która pochodzi z tych okolic, dzięki czemu mieliśmy świetne zwiedzanie wraz z opowieściami.
Jaga dzięki:)
Najpierw pospacerowaliśmy po Jarosławiu – by potem dotrzeć do przepięknej cerkwi w Gorajcu:)
IMG_5957

IMG_5926

IMG_5920

Więcej info o tej cerkwi:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Cerkiew_Narodzenia_Naj%C5%9Bwi%C4%99tszej_Marii_Panny_w_Gorajcu

Cerkiew robi wrażenie… zwłaszcza słysząć kilka opowieści związanych z nią i z tym co się stało kilkaset metrów od niej, gdzie zgładzono całą wioskę…:(
IMG_5951

Kolejnym naszym obiektem była cerkiew w Radrużu. Jedna z najstarszych drewnianych cerkwi w Polsce. Rewelacja… choć chyba większe wrażenie na mnie zrobiła ta w Gorajcu.

IMG_5962

IMG_5997

IMG_6003

IMG_6000

Jadąc do hotelu w Oleszycach znaleźliśmy jeszcze po drodze inną cerkiew…ta już była niestety totalnie zapuszczona. Otwarta, niszczejąca…

IMG_6027

IMG_6026

IMG_6031

Nasyceni kulturą wieczorem odpoczywaliśmy spokojnie… by cieszyć się nocnymi wysokoami naszych sąsiadów z pokojów obok… luz chłopaki – imprezowali do 3 czy później w nocy – nie mieli zamiaru iść spać… do naszego wyjazdu!!! Niech żyje kultura hotelowa!!!

22.02.2015… Oleszyce – Leśniczówka w Zabiałej.
Cel: zrobić życiówkę – czyli złamać 1:40:00… chciałam.
Ale czy można robić postępy nie robiąc treningów szybkościowych? Odpowiedź chyba jest prosta.
Niemniej jednak chciałam zobaczyć – czy bieg, który potraktuję jako mocny trening- może okazać się życiówką. Założenie – zaczynam bieć ok 4:55 – 4:50 min/km.

IMG_6053

Pierwsze 6-7 km – idzie praktycznie zgodnie z planem. Na 8 km Jaga robiąc foty krzyczy, że jestem 3 – więc sobie mysle, no fajnie by było jakby tak został – ale pijąc na 9 km wodę dostaję kolki…. dupa…nienawidzę pić z kubków – nie umiem pić z kubków. Tak to jest jak człowiek przyzwyczai się do picia regularnego z bukłaka. Picie z kubka okazuje się wcale nie tak łatwą umiejętnością.
Tempo zmienione – i zaczyna się masakra. Szybko po asfalcie nie biegałam ze 2 miesiące… asfalt daje się w … mięśnie.

Ale biegnę – już po tej kolce trwającej 4 km wiedziałam, że o życiówkę walczyć będzie ciężko.
18 km… już bliżej mety – czuję, że adrenalinka rośnie. Dobrze, że tata Turosz biegł przede mną równo.
20 km z hakiem widzę Wojtka – wybiegł na spotkanie – fajnie:)
Ale życiówka poszła się…
3 miejsce w open kobiet:):)
Cieszy – ale jest wielki niedosyt.

IMG_6164

Wojtek za to spisał się świetnie, mimo, że trasa nie była lekka do zrobienia życiówki – poprawił o ponad minutę i wbiegł 4 na metę. Pudła w open nie było – ale było za to 1 miejsce w kategorii….junior.
Podobało mi się – wracam tam za rok.
Organizacja świetna!
Trasy idealne na… rower i nartorolki:)

IMG_6171

IMG_6167

IMG_6176

IMG_6184

IMG_6207

IMG_6231

Na koniec ognicho…i dzik:):) smaczny:)

Zdjęcia z wyprawy:
Cerkwie
Cerkwie

Bieg:
https://plus.google.com/u/0/photos/+NorafsportSklepNorafsport/albums/6118737327098918561

Zimowy „ultra” Maraton Bieszczadzki 25.01.2015

Bieszczady…zaczęło się od mojego pierwszego Rzeźnika.
Rzeźnik, Maraton Bieszczadzki… treningi… i w końcu Zimowy Maraton a raczej ultra Maraton Bieszczadzki.

Trasę Maratonu znałam wcześniej. Przed Sylwestrem trochę połaziliśmy tamtędy i przejechaliśmy część trasy samochodem z Mirkiem i Anią dla „sprawdzenia” gdzie postawić punkt i jak to wygląda zimą. Było pięknie…

Ostatnie kilkanaście ciepłych dni nie zapowiadało, że pogoda będzie naprawdę zimowa.
Jednak w Bieszczadach śnieg był. A na dodatek w piątek przed naszym przyjazdem sporo śniegu dosypało.

Już w Baligrodzie trasa nie była lekka, im dalej w kierunku Cisnej, tym więcej świeżego śniegu na drodze.
Ale dotarliśmy na miejsce…

Sobota była pod znakiem pracy w biurze zawodów i pomocy przy biegach dla dzieci, które wypadły świetnie. Dzieciaki to mają moc. Biegną z taką radością (prawie wszysyc). Nie mają jakiś pretensji, po prostu biegną… fajne to.
WAS_0629

Maria świetnie poprowadziła rozgrzewkę i bieg dla dzieciaków, a cała ekipa sprawnie działała – dzięki czemu widać było, że dzieciakom się podobało.

Wieczorem przygotowanie do startu. Szybkie przemyślenie co na siebie włożyć (oczywiście innej opcji niż kurtki Newline cross Jacket nie było w planach – tylko kolor trzeba było wybrać).
Czapka – oczywiście zielona Noraftrail. Obowiązkowo rękawiczki i bandanka dla ochrony szyi.

Niestety ciężka, niewyspana noc nie była dobrym rozpoczęciem dnia przed ciężkim biegiem. Ale cóż…nie wszystko zależy od nas:(

Start biegu zaplanowany był na 7:20.
Lekkie śniadanie, parzonka i bieg na start (dobrze, że meta była w naszym hotelu :):):))
10945006_956690764341163_3178697601510649198_n

Planując bieg – nie traktowałam go jak ” ściganie” – miał to być trening, dłuższe wybieganie. Myślałam, że czas będę mieć pod ok 6 h…a tu wielkie zdziwnienie.
Biegło się całkiem dobrze pomimo sporej ilości śniegu na trasie, a w niektórych momentach lodu. Nie miałam kolców, ale nie było to jakieś nie do przebiegnięcia.
Zaczęłam jak dla mnie za szybko – tak mi się wydaje- ale w sumie fajne było to, że na trasie nie miałam kryzysów. Chyba nasz Noraftrail zimowy wzmocnił trochę moją wytrzymałość.

Kilometry szły fajnie… zwłaszcza fajnie się biegnie, jak na punktach pojwaiają się „swoi” 🙂

10945392_956689684341271_2706260126259453902_n
Wydawało mi się, że tempo nie jest aż takie bym się tak pociła i potrzebowała dużo picia – niemniej jednak jakimś dziwnym cudem szybko wypiłam zawartość swojego bidonu i z utęsknieniem czekałąm na punkt… woda i kola… idealne …

42-43 km… zbiegamy „pod prąd” jesiennego Maratonu Bieszczadzkiego. I na koniec …atrakcje – bieg po torach kolejki. To niestety bardzo przystopowało mnie. Pamiętając o ciągle skręcającej się kostce nie mogłam sobie pozwolić na to by biec tam szybciej.
44 km… już prawie jesteśmy na Mecie w Wołosaniu…a tu nagle pojawia się znana Skoda…a z niej Łukasz z kamerka… tak do dobicia na koniec. On to potrafi:):)

Już meta… i Kacha z ekipa próbują poradzić sobie z „upadłą” bramą… a ja mam ochotę tam na tą bramę skoczyć. Nie pozwolili mi :(:(

Dobiegłam do mety… jest medal… jest grzaniec i dziewczyny. Aldona z Marią – świetnie pobiegły. Po chwili wpadła Ania:)

Czas 4:32;22 – patrząc, że to 44 km – zajebiście się cieszę i jestem zadowolona. Na początku sezonu to jest świetny wynik. Będzie dobrze na Rzeźniku!

IMG_5269

I wyszło I mejsce w kategorii K 30:):)
Cieszę się bardzo:):)

W ogóle szacun dla Nadleśnictwa w Cisnej!!! I dla Mateusza za takie poświęcenia by i Maraton i Bieg narciarski Tropem Wilka wypadły super!!!

Norafwintertrail… I edycja…

Miał być wiosenny bieg za dolarami – ale brak czasu na testowanie trasy i załatwianie pozwoleń i innych papierów w różnych gminach spowodował, że ten projekt odłożyłam na czas późniejszy.
Ale we wrześniu wspomniałam o tym, że zrobimy zimową edycję biegu Noraftrail 26 km – a akurat świetnie się złożyło,że 10.01.2015 nie było innego biegu. A że to moje urodziny – to postanowiłam zrobić sobie bieg na urodziny:)

Pogoda. Nie wiem czy jest sens tu o niej pisać… ale…
Dzień przed biegiem 09.01.2015 postanowiliśmy z Młodym sprawdzić jak wyglądają warunki na trasie. Zaznaczyliśmy też pierwszy zbieg i kilka wstążek zawieśliliśmy na małej ścieżce prowadzącej do stokówki wokół Mogielicy. Warunki były cieżkie. Śniegu było sporo, ale były udeptane ślady – więc dało się iść czy biec. Ale wiatr dawał popalić. Było ciężko.
Prognoza pokazywała deszcz na sobotę – i to od początku imprezy. Deszcz plus silny wiatr – nie wróżyło miłego biegu.

IMG_5177
Ale po kolei…
W piątek było widać ślady przygotowane przez Piotrka pod narty biegowe. Śniegu nie było aż tak dużo – biegłoby się spokojnie.

IMG_5180

Tuż po 16 godzienie w piątek zaczął się deszcz, a w okolicach Mogielicy śnieg z wichurami:(

Jadąc do Zalesia o poranku towarzyszył nam deszcz.

Małe biuro zawodów szybko ogarneliśmy – zawodnicy powoli zaczęli się zjeżdżać.
Formuła biegu była taka – że każdy dostaje mapkę i ma sobie poradzić. Bieg koleżeński – więc biegniemy bez spiny, a bawimy się dobrze:)

Kilku zawodników startowało we wrzesniu więc mniej więcej znało trasę – ale zimowa aura potrafi zmylić…

Start o 10 – wystrzał ze strzelby rzeźnickiej – Młody nawet sobie poradził.
Po tym jak w kość mi dało bieganie i chód dzień przed biegiem wystartowałam spokojnie.
Całe biuro i czas (ręczny) ogarniał Zigi.
Jedzonkiem zajmowali się moi rodzice i Ancur (dzięki Wam za to:)

Wolnym krokiem biegłam do parkingu – i spokojnie na prawo w dół.
Warunki były całkiem inne niż dzień wcześniej – gorsze.
Śnieg się topił, więc już na 3 km miałam buty mokre.
Ale co tam – dobre skarpetki – to pół sukcesu:):) Więc nie było mi w ogóle zimno.

Biegłam sobie lekko bez spiny…chciałam jak najwięcej w tych warunkach przebiec. Niech to będzie bardzo wolny trucht – ale trucht. I w sumie do połączenia szlaku z Jasienia (żółtego – przy skręcie na Parking w Szczawie) nie trzeba było podchodzić.
Ale generalnie biegło się całkiem nieźle.
Juz pod koniec biegu – gdzieś na 22-23 km zaczęły na maxa boleć mnie plecy. I bolały bardzo. Ciężko się biegło. Ale daliśmy radę z Szymonem, z którym przebiegłam sporą część trasy:)
A po drodze miły gest ….

10928731_581185095349819_969586245_n

Generalnie całkiem niezły czas jak na takie warunki.

Impreza według mnie się fajnie udała i mimo tego, że pogoda nie była dobra było bardzo fajnie. Fajnie, że nikt się nie spinał, nie denerwował… chyba jednak biegi koleżeńskie są fajniejsze niż zwykłe. Kameralnie – sympatycznie:)
I nikt się nie zgubił – wszyscy szybko dotarli na metę:) Genialne:)

IMG_6301-Edit

25 Strzelecki Bieg Uliczny… nowa tradycja…

25 Strzelecki Bieg Uliczny rozgrywany pod koniec roku, pomimo, że jest to bieg asfaltowy – ma jakiś inny – taki fajny charakter.

20.12.2014… prognoza pogody nie była zbyt optymistyczna. Miało lać cały dzień, ale jak to Wojciech stwierdził, jak on jedzie na zawody – to nie leje…
No, i nie lało…za to witer pizgał ile wlezie. Oj tak pizgał, że kilka fragmentów biegu było naprawdę ciężkich.

Nie biegając interwałów, tempówek i nie robiąc innych form treningu, które miałyby za zadanie poprawę szybkości – postanowiłam, że nie będę się za bardzo napalać na czas, a potraktuję ten bieg jako trening szybkościowy. Szybkościowy – myśląc 4:50 km/min – to w tym okresie dla mnie niezła prędkość. W marcu bym się z tego śmiała – nastawiałąbym się na czas 4:35/4:40 min/km. Ale nie teraz, gdzie poprawiam głównie wytrzymałość.

084

Nie wiedziałam, czy dam radę w takim tempie wystartować dzisiaj – żebra przy oddychaniu jeszcze bolały – więc bałam się, że jak będę głęboko oddychać (=sapać) – będzie ciężko.

Nie było gorąco… temperatura +5C przy takim wietrze dawała odczuwalną temperaturę poniżej 0C. Więc trzeba było się rozgrzać… a najlepiej rozgrzać się – przytulając:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem trochę truchtu, rozciąganie i start. Wystartowało niecałe 1000 osób.
Na początku tłok… linię startu przekroczyliśmy z Gejzą po ok 40sesundach od wystrzału.

Wolno, wolno, wolno…coraz szybciej…
Biegło mi się super, pomimo wiatru. Biegłam na może 60% mocy. Bałam się przyspieszyć by potem się nie spalić – jak to miało miejsce w Koszycach.

Fajne było to odczucie – że miałam wrażenie, że truchtam… a było 4:55/4:50 min na km/
Spore zwolnienie było w momentach, gdy wiatr wiał prosto na nas. Było tego trochę -myślę, że na całej trasie ok 2 km były centralnie pod wiatr – co dawało ok 30 – 40 sekund zwolnienia na każdym km/

Trasa fajna… skupiałam się na tym, by w miarę możliwości (oprócz terenu gdzie wiało silnie) trzymać tempo. Ale z każdym km było mi fajniej…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przy ostatnim okrążeniu – dostałam mocy… mogłabym biec szybicje o conajmniej 20 sekund na km – ale stwierdziłam – że biegnę równo. Bo i tak nic nie zyskam a to przecież trening.
Ale końcówka… jakieś 20 metrów przede mną na ok 200 metrów przed metą… biegła dziewczyna – biegła moim tempem – ale kusiło mnie by ją wyprzedzić. Nie chodzi o jakąś rywalizację miejsc – bo i tak byłam daleko – ale takie wewnętrzne ściganie – czy ją dogonię, czy wyprzedzę… i dostałam mocy – dużej mocy… sprintem 200 metrów i ją spokojnie wzięłam… powiem szczerze – była mega satysfakcja:)

Na mecie jedzonko, kawka i w drogę powrotną „GO” 🙂
W końcu jutro trening w górach:):):)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A tak przy okazji – 2 razy mignęła mi Dominika, która zajęła drugie miejsce. Jej styl biegania jesj po prostu piękny – biegnie jak gazela. Fajnie to wygląda:)

Początek sezonu…nowy plan treningowy…choroba…Beskidy Maraton…

3 Listopada – rozpoczęcie nowego sezonu, rozpoczęcie nowego planu treningowego – cel: Rzeźnik 2015 mocno!!!:)
Plan treningowy póki co nie zbyt brutalny, niemniej jednak będąc w stanie przeziębienia/choroby, najprostsze zadania wydają sie ciężkie do zrealizowanie.
Bieganie OBW 1 – w wolnym tepmie przy cholernie bolącym gardle – ciężka praca.
Siłownia i wysiłek dodatkowy – totalne dowalenie organzimu.

Czy trenowanie podczas choroby to głupota? Długo o tym myślałam.
Mimo to, postanowiłam jednak łagodniej, spokojniej ale wykonać treningi z planu.

Tak samo zastanawiałam się nad startem w Beskidy Maraton. Ostatnia część Eurocup Beskidy.
Tu już jest start, czyli nie biegnie się dla przebiegnięcia truchtem, a jednak więcej energii trzeba dorzucić by jakoś ukończyć z dobrym czasem. Prognoza pogody nie była łaska: deszcz i mżawka.

Wahałam się czy wystartowac – bo biec 4-5 godzin w deszczu, mżawce przy temperaturze 5-8C w czasie przeziębienia, może się skończyć w szpitalu. Ale… było to ale…, że może jednak nic mi nie będzie, że ubiorę się odpowiednio. Ale jak tu się ubrać odpowiednio gdy leje i mży cały czas? ciężkie zadanie.

Generalnie mimo, że nie byłam do końca przekonana czy dobrze robię i wiedziałam, że nie będzie na tyle sił by powalczyć o jakiś dobry wynik – postanowiłam wystartować.
Początek w miarę ok, biegło się dobrze, choć tempo nie było zabójcze.
Mimo, że biegałm spokojnie – oddychało mi się niespokojnie i „harczenie” podczas oddechu jednak przeszkadzało.

Podejscie na Skrzyczne pozbawiło mnie całkowicie energii…(trochę piwkiem podratował mnie Sebastian Dudek i chwała mu za to – napój gazowany w tym momencie czy to piwo czy kola – to zbawienie) wszyscy mnie zaczęli wyprzedzać, wszyscy…dopiero na zbiegu zaczęłam coś nadrabiać, ale z tym oddechem ciężkim – nie mogłam biec szybciej, nie mogłam po prostu szybciej oddychać. Niemniej jednak trochę ożywił mnie ten zbieg. Fragment od końcówki zbiegu ze Skrzycznego do podejścia na Matyskę – nie należy do przyjemnych, ale chyba lżej mi to przyszło niż 2 lata temu:)
Matyska – w sumie nawet nie było tak źle…trochę biegu, trochę podejścia – jedno trzymało mnie przy życiu… to co zawsze…. gazowany napój… piwko na mecie:)
Ostatnnie 1,5 km….a tu…niespodzianka błotna.
Biegacze, którzy tam stracili trochę czasu wkurwiali się niemiłosiernie – ja byłam zadowolona, mi się podobało. Lubię błoto – lubię zjeżdżać na błocie – lubię te poślizgi:) Zajebiscie – chyba najfajniejszy moment całego biegu:)
Tam właśnie wyprzedziłam zbiegając po tym błocie 3 dziewczyny. Oczywiście pojechałam po tym błotku – ale było miękko.
Co mnie dowaliło… meta. 2 lata temu – meta była w domu kultury. I tak myślałam, że będzie i tym razem.
A tu niemiła niespodzianka – jesteś nastawiony, że to już koniec – wiesz, że przebiegając mostek zaraz wbiegniesz na metę, a tu Baca sobie urządził zmianę trasy i podbieg – lekki bo lekki – ale na koniec już zabijający – pod szkołę i ominięcie szkoło. Masakra. Tam miałam kryzys.
Niemniej jednak wiedziałam, że to już koniec – że jednak jakoś dałam radę.
Czas niestety nienajlepszy – po 4: 35 z hakiem… ale w sumie biorąc pod uwagę stan w jakim wystartowałam – można by to jakoś wytłumaczyć – ale w mojej głowie cały czas pojawiała się myśl – że totalnie to zawaliłam. Totalnie:(
Myślę, że jestem w stanie tam zrobić 4:15 i będę tam startować dopóki nie osiągnę tego wyniku:)

10801533_598524983609282_7720684779563831248_n

A Robert… znowu wygrał… niesamowity:)

Maraton Beskidy: idealnie przygotowany, częste punkty z piciem – miła atmosfera:)
Warto tu przyjechać:)

Koszyce Maraton…najpiękniejszy maraton na jakim byłam…czyli piękne pożegnanie z maratonami asfaltowymi

Koszyce Maraton

Najstarszy maraton w Europie – 2 najstarszy (po Maratonie Bostońskim) maraton na świecie…
Tradycja i doświadczenie…i zajebista atmosfera, atmosfera, jakiej nie spotkałam na żadnym maratonie.
90 edycja Koszyce Maraton …

Przyjechaliśmy do Koszyc z Marią i Jackiem w sobotę. Na drogach pustkich, popołudniu w drugim co do wielkości mieście Słowacji praktycznie pustki jak na drogach.
Stwierdziliśmy, że coś jest nie tak, coś dziwnego – jak takie piękne miasto, w przeddzień tak wielkiego wydarzenia jest tak puste??!!
Tak było…ale z godziny na godzine, na ulicach pojawiało się coraz więcej ludzi – bo przecież wieczorem impreza – pokazy światła.

Postanowiliśmy iść po pakiet i ja tradycyjnie musiałam zjeść prażony syr. Nie ma bata by przygodę na Slowacji rozpocząć bez syra:)
Po naszym obiadku, postanowiliśmy przejść się na miejsce, gdzie wydawane są posiłki z pasta party – a tu nas spotkała niespodzianka.
Mimo, że byliśmy 20 min przed końcem, panowie z ochrony nas nie wpuścili – bo jak stwierdzli – nie zdążą a zaraz po pasta party jest tam inna impreza. Czyli nie ma się co przejmować że na pierszej edycji Noraftrail dla 4 osób brakło jedzenia 😉

Ale to była jedyna mała wtopa tego maratonu. Zaczęłam od wtopy, bo teraz zacznę wychwalać.

Impreza ze światłami była bardzo fajna.
Improwizacja świetlna na budynkach – przepiekne.

IMG_0459

IMG_0459

Zaraz po improwizacji świetlnej rozpoczęło się oficjalne rozpoczęcie maratonu i zapalenie ognia maratońskiego. Gościem tej uroczystości był między innymi dyrektor Boston Maraton:

IMG_0460

IMG_0461

Po drodze do hostelu Laco z Eriką towarzyszli nam w zwiedzaniu na przykład takiego czegoś:

koncert pośród górek pokrytych płytami CD
IMG_0469

Poranek przed maratonem:
Kawka śniadanko i w drogę na start.
Start pólmaratonu i maratonu odbył się jednocześnie, ale te 2 strefy były oddzielone, czyli nie było promlemu z tym, że półmaraton biegnie jednak szybciej i start odbył się bez przepychanek, a dodatkowo – panie ( a było ich ok 200 na maratonie) startowały z 2 strefy – tak blisko startu na maratonie asfaltowym jeszcze nie byłam. Pomysł niesamowity:)

A od samego rana na ulichacj Koszyc – pełnia życia. Miasto żyło. Miasto przygotowane na kibicowanie. Miasto przygotowane na zabawę!!!

10685406_580072118787902_7771013585613693278_n

Ostatni mój dłuższy bieg po asfalcie- to Maraton Roztoczański.
Biegałam po asfalcie, ale bardziej w celach lekkich treningów – czyli trucht do 20 km, po biegach górskich. Cały sezon tylko biegi w górach.
Ale wystartowałam z tempem ok 5:00 min na km i wydawało mi się, że jakoś strasznie wolno biegne. Ale mimo, że jakieś doświadczenie mam – nie wpadłam na pomysł, by zwolnić od razu.
I tak do ok 30 km leciałam na życiówke – co w sumie powinno mnie zastanowić – jak mogę zrobić życiówkę nie trenując – ale przecież cwaniara to może się uda…ale się nie udało.
Mimo, że doping kibiców był po prostu niesamowity, byli nawet w parku i na ulicach za centrum miasta, cały czas, od samego staru kibicowali, grali, puszczali muzykę – nie udało się utrzymac tempo – i wyskoczyła ściana – ściana masakryczna.
Od 30 km straciłam 7 min. I wyszło zamiast 3:33 – 3:34 – 3:40:03…
Ale i tak jestem zadowolona 3:40:03 – to mój 3 najlepszy rezultat w życiu!!:):)

Wymordował mnie maraton masakrycznie. Mięśnie dawno nie używane czułam bardzo. A to czego nienawidzę na asfalcie – to odgnioty/odciski na małych palcach. One są nieuniknione, w każdych butach – takie palce. Niestety to boli bardziej niż mieśnie. A najgorzej było po biegu ubrać buta na nogę i iść.

Medal jest – piwko jest:):)

10672255_580073175454463_6560570996476484486_n

10646646_580072362121211_7453702795951973652_n

Organizacja biegu – rewelacyjna. Punkty z wodą – co chwilę – idealnie, nie ze sobą ( no może żela). Policja -aż ich polubiłam – pomocni, kierowali ruchem świetnie.

Koncerty na trasie – super dopingujące.
Miasto – pięknie przygotowane, samo miasto – przepiękne.

Jedno mnie tylko dziwi – po jasną cholerę ludzie tak pchają się na maraton w Nowym Jorku – gdzie nie ma co oglądać oprócz nowych budynków i sklepów – zamiast przyjechać do Koszyc i podziwiać piękną architekture i wspaniały klimat.
Ok 1500 biegaczy na 90 edycji maratonu? To chyba mało – ale może i dobrze – bo klimat jest niezapomniany:):)
10665741_584592788330700_921068785571801223_n

Pierwszy raz rózwnież testowałam odzież Thoni Mara – bo przecież jak się chce coś sprzedawać to trzeba samemu przetestować:) Koszulka świetna – przylegająca do ciała -nawet jak się pare razy polałam – to nie czułam tej wilgoci. Koszulka nie obciera, miła w dotyku – a kolor – zajebisty. Oczywiscie opaskę tez musiałam dorzucić:):)
Fiolet jest mój:):)

10325518_580073062121141_4310991533880845307_n

Noraftrail – I edycja okiem organizatora….

26.09.2014 – Beskid Wyspowy…godz 10….
Przyjeżdżamy do zalesia na stadion.
Roboty w cholerę. Trzeba wypakować towar, przygotowac koszulki, jakoś „przygotować” biuro zawodów a przede wszystkim oznakować trasę.

Za radą Lacy (Góral Maraton) nie znakowaliśmy wcześniej, by nie było problemów ze ściąganiem taśmy, lub złośliwym przewieszaniem w inne miejsce, jak to miało miejce na Góral Maratonie. Pogoda beznadziejna – ok 10C i deszcz. Planuję uwinąc się w około 3 godziny, ale znakowanie w takich warunkach trochę przeraża. W tym samym czasie Młody z Jarkiem wyruszają na znakowanie I etapu biegu Ultra – z Zalesia na Dzielec i Łopień.
Deszcz leje niemiłosiernie.
20140926_124656

Znakowałam trasę najlepiej jak tylko mogłam. Kilka razy już w życiu miałam taką możliwość, i tym razem zrobiłam podobnie. Będąc na wielu biegach górskich, byłam pewna, że na głównej szerkiej drodze, jak się tak rozmieści wstążki – to nikt nie zabłądzi. Jak pokzazł czas – jednak się myliłam. Z prostej drogi można zejść…

Wróciłam totalnie przemoczona i przemarznięta i zajęłam się przygotowywaniem biura zawodów. Po godzinie przyjechałą Kasia i bardzo pomogła.
Biuro zawodów bylo czynne od ok 16:30 do 20….a;le nikomu się nie spieszyło.
Zaledwie kilka osób pojawiło się w piątek. A całe tłumy w sobotę rano.
Powoli wieczorem zbierała się ekipa – wielką pomoc „przywieźli” Rzeźnicy:) I chwała im za to:)

Małe conieceo – i kończenie akcji z medalami… moje arcydzieło sztuki:):)

Piweczko, ploty…. i mała sesyjka bandankowa

W sobotę biuro czynne od 7 rano, niemniej jednak biegacze zjawiają się ok 7:30 i robi się już kolejka. Mieszanie numerów, mały burdel z koszulkami – ale jest. Można wtsratować.
Jeszcze na 10 min przed startem – jadę sprawdzić, czy rzeczywiście jest na miejscu strażak wskazujący gdzie bieg Ultra ma się oddzielić on Noraftrail 26 – wszystko ok. Mam nadzieję też, że kolejny strażak stoi na drugim rodrożu, ale „nadzieja” pozostaje nadzieją…

9:00 start…. „prywatna akcja z GOPRem” … i poszukiwania w lesie – trochę stresu – ale wszystko skończyło się ok.

Meta – jakoś szybko to wszystko poszło…
IMG_4341

Na metę wbiega Robert. Fajnie, że wygrał swój na swoim:):)
I tak powoli kolejne osoby wbiegają… nagle dostaję telefon, że jedna osoba zabłądziła.
Zastanawiałam się gdzie – bo według mnie było tak oznakowane, że nie dało się tam zabłądzić, a jeszcze jak ktoś umie czytać i patrzy na znaki, szans na zabłądzenie nie było. Ale trzeba było choć ogólnie spojrzeć na mapkę, by wiedzieć, że nie wbiega się z powrotem na Mogielicę.
Jedno wiem, wielu biegaczy ma problem z czytaniem znaków i podążaniem za znakami.
Niestety biegi górskie tym różnią się od biegów ulicznych, że nie podążamy za masą tłumem, a biegniemy w większości sami, i trzeba włączyć myślenie czasem.
Przeraziło mnie kilka osób, które wychodzi, że chciałby z tego biegu bieg dla przedszkolaka i prowadzenie za rękę. Znakowanie kilometrów na trasie? Osoba asekurująca ostatnią osobę biegu?
Gdzie ja żyję. Wróćmy faktycznie do przedszkola – tam takie akcje były. Szkoda, że takimi dennymi tekstami sypali wydawałoby się dorośli i mądrzy faceci.

Dobrze, że jednak większość to byli prawdziwi „górale” – którzy z uśmiechem podąrzali do mety zahaczając o punkty i robiąc na nich różne dziwne rzeczy:
IMG_0396

Uśmiechu na trasie było sporo.

Skręcając na parking przu Mogielicy 4 osoby miały problem i zabłądziły – i jestem pewna, że żadna z nich nie widziała nawet orientacyjnej mapki – nie mówiąc o tym, iż przed startem wspominałam, że nie wbiegamy na Mogielicę i biegniemy w kierunku parkingu na Wyrąbiska.
Na szczęście większość nie miała z tym problemu i przez tony błota, które po osytatnich ulewach jeszcze się powiększyło – dotarła na metę.
Fajnie widzieć zmęczenie trasą, i pozytywne emocje bijące z ludzi.

IMG_4412

IMG_4461

Myślę, że zawodnicy trasy 26 byli raczej zadowoleni.
Jedzenia na punktach było sporo.

A i na mecie ciepła zupa i tony bułek, placków – chyba dały każdemu możliwość najeść się do syta po biegu.

Fajne w sumie jest to, że mamy już kilka informacji, że część ludzi napewno wystartuje za rok. A i możliwe, że jeszcze zimą zrobimy jakiś krótszy bieg na tej trasie. To będziemy myśleć jak trochę odpoczniemy – bo szczerze – dojebało mnie to konkretnie.

A trasa Ultra…. oj dała popalić. Paczki fajek to chyba w życiu nie wypaliłam – w sobotę z nerwów właśnie to zrobiłam. Ultra a szczególnie nocna akcja – dało czadu…. ale miód pitny – osłodził trochę nerwy i jakoś przeszło.
Szkoda tylko tego, że pogoda dała plamę. Że biegacze nie mogli podziwiać tych przepięknych widoków – bo są naprawdę przepiękne.
Beskid Wyspowy jest cudowny – i mam nadzieję, że część z nich wróci tu zimą na narty biegowe:)

Szczególnie chciałam podziękować Wójtowi Gminy Słopnice – za wielkie wsparcie:)
IMG_4428

IMG_4436

IMG_4452