Dalmacija Ultra Trail – nie ma że boli… walka trwa…

Po nieudanym starcie nad Balatonem musiałam znaleźć dla siebie coś fajnego – coś co zrekompensuje UltraBalaton.

I tak pojawiła się Dalmacija Ultra Trail. Pojawiła się nie przypadkiem – bo podczas biegu 100miles of Istria, gdzie nie biegłam, a byłam  kibicem chłopaków.

165 km po górach – ja nie dam rady? Z takim właśnie podejściem postanowiłam zapisać się na najdłuższy z dystansów.

roadbook-165km

 

Trasa biegu miała mieć  prawie 6000 metrów przewyższenia w górę, co oznaczało, że będzie łatwiej niż na 3 dniowym treningu na trasie Ultra Trail Małopolska… tak myślałam…

14 godzinna podróż do przepięknego miasteczka Omis, w którym mieliśmy start i metę była trochę męcząca, ale po krótkiej przerwie i rozpakowaniu rzeczy zebraliśmy siły i ruszyliśmy do biura zawodów odebrać pakiety.

img_5775

A w pakiecie oprócz koszulki Regatta  – plecak i bandanka z trasą. Do tego jakieś próbki czegoś dziwnego – snacki jakby brokuł wysuszonych – w sumie całkiem to dobre – ale nie do określenia co to właściwie jest:)

Podczas odbierania pakietu każdy z zawodników musiał pokazać obowiązkowe wyposażenie – głownie chodziło o czołówkę i zapasowe baterie oraz o „mini apteczkę”.

Jarając si e swoją wypasioną czołówką Petzl Nao – stwierdziłam, że komplet baterii i naładowany power bank – w zupełności wystarczą…ale o tym później.

14797465_736097656529453_669276447_n

Wieczór to leniwe łażenie po miasteczku i „nawadnianie” najlepszym z izotoników – wino+ piwo = petarda na biegu.

img_5858

Start naszego dystansu odbył sie o 13 w piatek – w sobotę startowała jeszcze Ewelina z Sebastianem na trasie 60 km – dla Eweliny był to debiut na trasie ultra – więc mega gratulacje:)

14801203_1150741035018119_1260926294_n

 

Miejsce startu to przepiękna stara części miejscowości Omis. Atmosfera niepowtarzalna… i trochę znajomych biegaczy z Polski na naszym starcie – miło :):):)

14805585_736098313196054_161177746_n14799022_736098266529392_1447252783_n

Start bardzo spokojny. To miał być mój najdłuższy dystans, jaki do tej pory przebiegłam w dodatku po terenie, po jakim jeszcze nie biegłam – cel: spokój Cie uratuje.

Na początku trasy przywitała nas mżawka, która po jakimś czasie zmieniła się w lekki deszcz, który przy temperaturze +20C był jak zbawienie.

Piękna chorwacka przyroda: z lewej strony morze – z prawej góry… a pod nogami coraz więcej skał – skałek – fragmentów skał…

14804709_736098226529396_2126873227_n 14804820_736098203196065_733555304_n 14793825_736098189862733_1337994721_n

Biegliśmy razem z Piotrkiem. Pierwsze kilometry ja biegłam bardzo wolno – nie lubię początków i wiem, że jak to źle rozegram mety nie zobaczę.    Więc powoli się rozkręcałam…na 41 km jak przystało na prawdziwych biegaczy ultra zapodaliśmy w schronisku zimne piwko – co dla tamtejszej ekipy chyba było lekkim zdziwieniem.

Mocne ostre podejście pod górę – i asfaltowy zbieg…do mocnego zbiegu z ostrymi kamieniami. Nigdy wcześniej nie sądziłam, że będę mówić, że marzyłam o tym by był asfalt – tak wtedy marzyłam o asfalcie. I na wielu odcinkach DUT te marzenia wracały. Błagałam o asfalt – zwłaszcza w drugiej części biegu.

Trochę rosy w nocy – i zaczyna się… stopy. Od ok 60 km pomimo regularnego smarowania kremem, i „impregnacji” stopy – coś się zaczyna dziać – i najgorsze to to, że „to coś” cholernie bolało. I bolało z każdym kilometrem bardziej.

Piątkowy wieczór – to niesamowite przeżycia na trasie – gdzie kibicujące dzieciaki i rodzinki przygotowały dla biegaczy punkty z wodą, izotonikami i mandarynkami – to było coś pięknego.:)

Od punktu Klis do punktu Stino – było zaledwie 16 km – ale to jedne z najcięższych 16 km na tej trasie. Ciężki technicznie podbieg i jeszcze cięższy zbieg – a raczej zejście wraz ze zjazdem. Niemniej jednak pięknie – choć nic nie widać. Ze Stino mkniemy do Gaty – zaczynają się akcje z czołówką. Zachwycona tym pięknym światłem Petzla – nie pomyślałam  o tym, że to najmocniejsze światło – nie jest tym co najdłużej wytrzymuje – baba…

Ale przecież ja mam baterie… i power banka… zajebiście – tylko baerie wysiadły po niecałych 2 godzinach – a power bank zaczął powoli ładować – czyli na zbiegu z Stino do Gaty leciałam na oparach baterii – a z Gaty…. z latarką, która na szczęście wziął dodatkowo Piotr. W Gatcie był przepak – więc szybko przebrałam skarpety i buty – bo jz czułam, że odparzone podbicia będą wielkim kłopotem. I chyba błędem było, że nie zostawiłam jednak swoich merrelli – tylko przebrałam na starsze buty (ciut mniejsze a przy spuchniętej nodze-  trochę jednak mogłyby być większe).

Latarka w ręce jednej – kijki  w drugiej – nogi bol – a wiem (ak się udało),że wtedy byłam druga z kobiet… na krótko jednak.

Ból stóp doskwierał również Piotrowi – więc dwie kaleki wspierały się dzielnie.

Na początku chciałam walczyć o to 2 miejsce – ale wiedziałam, że to ciężka sprawa… gdy 4 zawodniczka jednak przybliżała się znowu do mnie – stwierdziłam – że choćbym kwiczała z bólu – nie dam się! A kwiczałam… całe 100 km.

Poranek sobotni -to był dla nas jakiś 110 km. Coraz więcej skał pod stopami – a może my już to tylko czuliśmy.

Piękny wschód słońca – bezchmurne niebo…. piękne widoki… cudownie – tylko do cholery czemu te nasze stopy tak bolą. Do bólu stóp doszedł ból brzucha – i generalnie przełożyło się to na braki kaloryczne ( na szczęście mam sporo zapasów po bokach 😉 ). Woda i cola-  to jedyne co mogłam pić tam gdzie nie było herbaty. Ale wtedy zaryzykowałam i kupiliśmy litrowy jogurt naturalny – i to było to… zbawienie. Ożyłam – przyspieszyliśmy i była walka – walka do końca. Walka o 3 miejsce wśród kobiet.

4 kobieta siedziała mi na ogonie – niby godzina różnicy – ale ona się zmniejszała – i wtedy postanowiłam, że dam czadu i mimo, że ból jest wielki – nie dam się…

Jednak wielkie zdziwienie było – gdy ta 4 kobitka na dystansie 11 km, gdzie biegliśmy za trasą nie zbaczając z niej  (początek dość łatwy-  ale druga część niebezpieczna i ciężka) nadrobiła o dziwo do nas 50 min  – co przy czasach jej z innych punktów można mieć DUŻE WĄTPLIWOŚCI – czy biegła trasa czy drogą szybkiego ruchu  – stąd ta szybkość. Generalnie to przyspieszenie jej  – było ni z gruchy ni z pietruchy. My włączyliśmy turbo doładowanie w bardzo mocnym i już bez światła podejściu na zamek – co prawie skończyło się moim turbo zejściem  świadomości i ciała tuż przed zamkiem. Taki szybki pęd/ chód w górę niestety doprowadził do szybkiego wzrostu ciśnienia a przy zmęczonym ciele… było generalnie kipesko – zawroty głowy – przyduszenie. Do tego wymioty… czytaj tragicznie.

Prawdziwa walka zaczęła się na 160 km. I była walka ciała ze świadomością. Ale nie dałam się.

Weszłam na zamek i powoli – by się nie zabić – a można było – zbiegłam do mety – gdzie czekała Ewelina, Sebastian i Jace z aparatem:)

Po drodze do mety pękł duży pęcherz na stopie co dodało bólu… ale przecież to już meta…

I udało się:)

img_5981img_5986

Pudło dla kilku naszych zawodników – GRATULACJE: Pigmej, Ania, Łukasz, Emilia:)

img_6021 14808128_1150751301683759_1984964018_o 14795647_1150751295017093_771961674_o 14796090_1150751305017092_639779207_o

 

Wnioski na przyszłość przy biegu gdzie jest  jakakolwiek szansa na bieg drugą noc:

  1. czołówka + 2 zapasy baterii + power bank
  2. czołówka zamienna na przepak + 2 zapasy baterii
  3. termos z herbata miętową na przepak – mały termos 0,5 l do plecaka
  4. zrobić coś ze stopami – ale  jeszcze nie wiem co…
  5. próbować jeść – nawet jak się nie chce…

Generalnie Dalmacija Ultra Trail 2017 – czeka. Trzeba będzie poprawić czas.

Wiedząc jak wygląda trasa i podłoże, można będzie się bardziej przygotować do biegu.

 

Odzież i akcesoria biegowe ze sklepu NORAFSPORT

Koszulka i spodenki firmy – THONI MARA – doskonale sprawdziły sie podczas biegu nie ocierając i nie przeszkadzając w biegu

#bieganie #biegi #biegigórskie #dalmacijaultratrail

Foto: Jacek Deneka/ Ewelina Kurzeja

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I edycja biegów z serii Dalmacija Ultra Trail odbyła się w ostatni weekend 21-23.10.2016.

Trening na trasie Ultra Trail Małopolska 170 km…startować czy nie startować oto jest pytanie

Gdy wystartowała pierwsza edycja Ultra Trail Małopolska miałam „żal” że nie wystartowałam na długim dystansie. Wtedy postanowiłam wystartować na krótszym dystansie – 48 km, który i tak mocno dał mi popalić.

Postanowiłam jednak, że UTM 170 w roku 2017 będzie jednym z najważniejszych (po 100miles of Istria) biegiem nowego sezonu.

Wiem, że trasa UTM jest bardzo ciężka i jest to najcięższy bieg ultra na takim dystansie w Polsce. Na 170 km – 9000 m przewyższenia – to sporo…

Ultra Trail Małopolkska 170

mk_dlugi mapa_utm_170

Wraz z organizatorem biegu Pawłem i portalem o biegach w małopolsce – Malopolskabiega zorganizowalismy trening na tej trasie

Plan był taki – że całą trase rozbijamy na 3 dni – śpiwy w schroniskach i zabieramy ze sobą tylko niezbędne do życia rzeczy – jak coś do spania i „mini kosmetyki” + oczywiście trochę jedzenia na trasę.

Start – schronisko na Kudłaczach skąd wystartowaliśmy tylko razem z Pawłem.

14528324_724549417684277_865547939_n

Najpierw czerwony szlak w kierunku Lubomira, potem odbiliśmy z niego na żółty szlak, który idzie do Pcimia

To jeden z najprostszych fragmentów trasy. Fakt że biegliśmy ” na świeżo” .

Przed podejściem na Szczebel dociera do nas Piotr i lecimy w trójke.

Szczebel jak to Szczebel – niby mały niewinny a daje w dupę jak cholera – na ok 3 km  prawie 600 metrów przewyższenia, co dość mocno odczuły moje mięśnie.

14580607_724549321017620_60342537_n

 

Ale na Szczeblu czekała na nas imprezka – klasa uczniów z technikum urządziła sobie tam całkiem niezłą imprezkę i musieliśmy się z nimi „przywitać’ 😉

14543618_724549187684300_1730766358_n

Ze Szczebla dość łagodnym zbiegiem podążaliśmy dół do Przełęczy Glisne. Stamtąd  kolejne mocne, ale na szczęście krótkie podejście pod Luboń Wielki, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę by się nawodnić najlepszym dla ultrasa izotonikiem 😉

14580384_724960607643158_1600378437_n

Ze Szczebla pobiegliśmy do Rabki Zaryte, gdzie niebieskim – dość słabo oznaczonym szlakiem dotarliśmy do Rabki. Stąd czerwonym szlakiem w kierunku Turbacza podchodziliśmy nie za szybko – w końcu to pierwszy dzień treningu – trzeba było rozłożyć siły na te 3 dni.

A widoki + pogoda, która nam dała niezły prezent stworzyły coś niesamowitego… chciało się żyć… CHCIAŁO SIĘ JEŚĆ …

14585346_724549031017649_1545368316_n 14569647_724549334350952_285935989_n14543471_724549054350980_2005974958_n14555759_724549021017650_170104712_n

Odbiliśmy z czerwonego szlaku na zielony , potem czarny  – i dotarliśmy na Turbacz.

Wcześniej w schronisku na Starych Wierchach zrobiliśmy mały postój na ciepły posiłek – zupa ze świeżych borowików – rewelacja, gdyby nie to, że trzeba było jeszcze iść dalej i jakoś się poruszać  pewnie i drugi talerz zupy siadł by w żołądku 🙂

 

Pierwszy dzień mój zegarek pokazał 51,65 km.

Nogi trochę bolały – ale co tam nogi… gdy już usiedliśmy w schronisku by pożądnie pojeść poczułam, że najbardziej boli mnie tyłek. Tak, tak… to braki w ćwiczeniach ogólnorozowojowych (ale od połowy września nadrabiam ten element wraz z Multifitness Kraków).

Na trening zabrałam też „prawie nowe” buty – przebiegłam w nich ok 200 km – więc prawie nowe Merrell Rapid, w którym planuję przebiec Dalmacija Ultra Trail.

Po pierwszym dniu treningu nie miałam ani odcisków, ani słynnych „kalaforów”, jedyny problem buta to trochę większy niż we wcześniejszych moich butach ucisk na achillesa.

Wtedy jeszcze mi to tak nie przeszkadzało.

Dzień drugi – najdłuższym i ciężki. Wystartowaliśmy ok 7:30 ze schroniska na Turbaczu nie czekając na śniadanie – które wtedy zaplanowaliśmy sobie pod sklepem w Rabce Zaryty.

14556108_724549001017652_810481161_n

Pierwsze kilka kilometrów – dość łatwa trasa – ale gdy z Kiczory zaczęły się zbiegi poczułam, że moje czterogłowe czują to mocniej niż dzień wcześniej. Czerwonym szlakiem dotarliśmy na Lubań. Obowiązkowe wejście na wieżę widokową – MEGA!!!

14555784_724548844351001_1549195670_n 14542795_724548877684331_1338701428_n 14555601_724548831017669_547706498_n 14555784_724548844351001_1549195670_n1

Gdy dotarlismy po ok 30 km na nasze śniadanie – poszaleliśmy.

Gdyby jakiś „uczony” badacz sportowy zobaczył co zjedliśmy – chyba by się nieźle zdziwił.

Kefir popity piwem do tego bułka z serem i salcesonem + serek Danio. Przed nami Gorc i mocne podejście – więc zapas kalorii musi być też konkretny:)

Podejście pod Gorc nie jest jakieś bardzo ciężkie – ale przy wysokiej jak na październik temperaturze i pełnym słońcu – trochę mnie osłabiło.

Osłabiło mnie jednak bardziej to jak jakiś cwaniaczek  po 60-tce wypasionym autkiem ze swoją laseczką podąrzali autem po szlaku w stronę Gorca- debilizmu dzień pierwszy.

Skąd się biorą tacy debile? Wiem, że może nie wypada – ale miałam ochotę porzucać kamieniami w stronę tego kretyna i porysować mu ten jego cacy samochodzik, tak by zapamiętał, że samochody zostawiamy na parkingu.

Z Gorca zbiegliśmy do Rzek – gdzie zrobiliśmy krótką przerwę i ścieżką ekoogiczną dołączyliśmy się dołączyliśmy się do szlaku na Turbacz przez Kudłon.

Tu już sił było mniej – ale chłodek wieczoru dodawał energii i tempo mieliśmy w miarę równe. Na Turbaczu szybkie piwko, coby sił na zbieg do Rabki nabrać…nastała noc.

A wraz z nią pierwsze użycie mojego nowego cacka czołówki Petzl Nao.

Czołówka genialnie się spisuje, ale przez to trochę osłabły inne moje „czucia” i szybko w pięknym stylu wylądowałam w błotku – po kolana…

14518833_1052326668168991_1194575695_n

Gdy dotarliśmy na nocleg do Rabki – byliśmy tak głodni, że mogliśmy pochłonąć wszystko – tak nam się wydawało – bo z zamówionych pizz, zostało ponad pół („będzie na śniadanie”).

Po dłuższym spaniu w niedzielę – wystartowaliśmy przed godziną 10. Dołączył do nas Tomek.

Gdy rano ubierałam buty poczułam, że sobotni minimalny ucisk na część achillesa nad piętą odbił się spuchnięciem i tego miejsca. Ciężko było założyć buty i mieć świadomość, że ok 50 km jeszcze przed nami. Ale na szczęści po kilku kilometrach nie czułam już bólu.

Z Rabki pobiegliśmy czarnym szlakiem w kierunku Lubonia Wielkiego skąd wbiegliśmy (a ja to się wtaczałam) na Szczebel. Została ostatnia część trasy -ok 28 km które pamiętałam jeszcze z letniej edycji UTM 48. Wtedy Lubogoszcz mnie dobił. Tym razem postanowiłam, że zacznę spokojniej i będę trzymać równe tempo. Chłopaki byli na przedzie – ja równo krok po kroku przybliżałam się do szczytu… Tym razem nie było tak źle 🙂

14528391_724548727684346_509191647_n

Zbieg z Lubogoszczy jest bardzo ciężki technicznie. Ostry i sporo kamieni… i tam pojawili się kolejni „debile”, którzy po szlaku turystycznym zjeżdzali na motorach krosowych.

Zatanawia mnie jedno – jak można być takim kretynem? Czy oni sobie zdają sprawę, że są debilami i swirując pokazują tylko pustkę w swej czaszce czy myślą, że to ludzi bawi?

Debile podniosły nam  ciśnienie- i dostaliśmy pędu zbiegając do Kasiny, gdzie na jednym z ostatnich podejść spotkaliśmy nasze dziewczyny, które marszem zrobiły trening na trasie UTM 107 km.

Przed nami były 3 pagórki i Lubomir… Te trzy pagórki nawet jakoś poszły.

Ale nie mogło obejść się bez gleby – tym razem niestety nie w miękkie błoto a na twardy szutr z kamieniami. Ogólnie cały trening skończyłam z 4 konkretnymi upadkami – i mocno potłuczonymi kolanami i łokciami. I to chyba najbardziej mnie bolało.

Lubomir… to już test psychiki. Wiesz, że blisko, ale zostało ok 4 km pod górę. Część asfaletem, część leśną ścieżką… Spokój i świadomość tego, że za kilka kilometrów ściągnę te brudne i śmierdzące ciuchy i wypiję zimne, gazowane piwo – dodały mi otuchy i chęci do tego by się nie zatrzymywać. Przed samym szczytem Lubomira zaczął kropić deszcze, ale my biegliśmy miedzy drzewami, dlatego dla nas nie był on problemem.

Zbieg ok 3,5 km… i jesteśmy z powrotem – schronisko na Kudłaczach …:)

W czasie tych 3 dni marszo-biegu dużo myślałam o tym, czy byłabym w stanie zrobić ten dystans z tak ciężką trasą podczas jednego biegu – bez spania normalnego i dłuższego odpoczynku. I do tej pory nie wiem. Wiem jedno – w takim biegu liczy się taktyka.

Równe spokojne tempo może dać ukończenie tego biegu. Bez szaleństwa.

Czego bym się bała? Myślę, że najbardziej bałabym się nie swoich mięśni, czy tego, że żołądek mi da popalić – bałabym się nocy, tego, że bardziej zeschizuję, że ktoś, coś, gdzież w lesie jest… i myślę, że ten strach by mi psychę złamał.

Ale wczoraj postanowiłyśmy z Kaśką – biegniemy razem! Razem będzie raźniej. Razem będziemy się wspierać w trudnych chwilach. Udało nam się wspólnie skończyć 130 km na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich – tu też może się uda.

Trzymajcie kciuki i dołączajcie do nas. Ból przeminie…a wspomnienia zostaną 🙂

14585387_724549084350977_101965535_n