Thoni Mara w Norafsport – piękne, cudowne, kolorowe…

To, że odzież biegową Thoni Mara testowałam już kilka razy – pisałam w ostatnich postach.
Od dziś koszulki z krótkim rękawkiem w Norafsport – -20%!!!:):) I cena wyszła całkiem ładna bo 120 zł. A, że warto – ręczę:):)

Damskie

234231_42_4c

234231_96_4c_2

http://www.norafsport.pl/p570,1-0-thoni-mara-234-231-212-damska-koszulka-biegowa.html

http://www.norafsport.pl/p571,1-0-thoni-mara-234-231-25-damska-koszulka-biegowa.html



http://www.norafsport.pl/p568,1-0-thoni-mara-234-231-96-damska-koszulka-biegowa.html

k-234231_jade
I męskie

k-534222_wasabi_1

k-534222_azur
http://www.norafsport.pl/p578,1-0-thoni-mara-534-222-39-meska-koszulka-biegowa.html

http://www.norafsport.pl/p579,1-0-thoni-mara-534-222-51-meska-koszulka-biegowa.html

Asfaltowi lansiarz….fuj…

Nie będę tu pisać o tym jak fajnie wypadł I Półmaraton Gliwicki – bo wypadł według mnie genialnie. Organizacja świetna, oznakowanie rewelacyjne, pogoda cudowan…

Ale dziś nie o tym mowa… może się części ludzi narażę pisząc te słowa – ale wczoraj i przedwczoraj puściły mi nerwy… mi i nie tylko mi.

Kiedyś uważałam biegaczy za miłych, sympatycznych ludzi, dla których bieganie to część życia, ale część przyjemna życia, hobby, towarzystwo. Generalnie zawsze dla mnie bieg, bieganie z ludźmi było czymś miłym…było…

Na Półmaratonie Gliwickim byłam świadkiem tylu chamskich sytuacji stworzonych przez „asfaltowców”, że byłam w szoku.

Bieganie = lansowanie. Lansowanie niestety w negatywnym znaczeniu. Ja biegacz „asfaltowiec” – wszystko mi się należy, ma być wtedy kiedy ja chcę – przyjdę to ma być…

Delikatne opóźnienie otwarcia biura zawodów – a tu ekipa dobrze ubarnych biegowo „PANÓW” zaczyna jakieś kretyńskie tekściki do nas, ludzi z biura zawodów… te głupkowate tekściki po kilku minutach przeradzają się w chamskie i już głośne teksty… w końcu zaczynają się bezczelne słowa krytyki…
Teksty – zaraz was obsmarujemy na Facebooku…
Ludzie – do kogo to?

Pan – wielki prawnik… z takimi głupimi i bezczelnymi tekstami… bo nie został uznany w klasyfikacji – zamiast normalnie pogadać, wyjaśnić jak człowiek z człowiekiem… pisze oficjalną skargę prosząc o podpisanie odebrania… ŻENADA!!! Jeszcze, żeby miał dobry czas…

A co jest najlepsze – prawie wszyscy „asfaltowi cwaniacy” to faceci.

Szkoda, że żaden z tym „ąę asfaltowych palantów” nie był ani razu wolontariuszem, ani razu nie pomagał w organizacji – nie mówiąc już o samej organizacji.
Szkoda, że nie wiedzą – że nie wszystko zależy od organizatora -jak choćby pomiar czasu.

A już największy problem mają cwaniacy, co przyszli prawie po zamknięciu biura zawodów i mieli pretensje, że nie zostali sklasyfikowani w jakiejś kategorii, której nie zanzaczyli na stronie, a zaznaczyli na oświadczeniu tuż przed startem…
Nie wiem czy wiedzą Ci „ąę”, że obsługa pomiaru czasu – to też ludzie a nie roboty, kótre po i tak już zamknięciu biura zawodów zgodzili się wpisać tych spóźnialskich na listy.

Szczęście moje, że kończę z biagami ulicznymi i tą chołotą, ale przykro mi, że przez kilku takich palantów polały się łzy – łzy ludzi, którzy przez kilka dni zapierdalali jak woły, by ten bieg się odbył. Bo to nie była lekka i bezstresowa praca…

Chcę tu tylko powiedzieć, że nie mówię o wszystkich biegaczach asfaltowych, bo część jest świetna i kochana – ale niestety z moich obserwacji wynika, że coraz więcej „lansiarzy” jest niestety na „asfalcie”:(

Oby się w porę opamietali, zanim zniechcą organizatorów do jakiejkolwiek organizacji czegokolwiek.

Maraton Bieszczadzki…. przepięknie…cudnie…tylko moje mięśnie za późno zadziałały….

Wczorajsza powtórka I odcinka Watahy… blisko… bardzo blisko…
Jeszcze wczoraj rano siedzieliśmy w Cisnej mając z okna przepiękny widok na góry pokryte mgłą o poranku – a wieczorem film, ukazujący ten sam widok:)
Bieszczady…. ogromne – najpiękniejsze jesienią, gdzie wśród kolorowych liści aż chce się biec, chce się iść w góry – chce się tam po prostu być…

Czwartek 09.10.2014 – przyjechaliśmy wieczorem, w sumie nawet dość szybko.
Droga przez Gołkowice – w końcu postanowiliśmy, że jednak nasze koty zostaną tam a nie pojadą z nami – dla bezpieczeństwa nas i mieszkańców hotelu.
Piwko wieczorne i spanie.

Piątek rozpoczęłyśmy z Anią i Marią od lekkiej przebieżki. W sumie niby ok.
Choć i wtedy czułam jeszcze zakwasy po Koszycach – ale przecież były jeszcze 2 dni – wtedy myślałam, że dam radę się zregenerować – ale głupio wtedy myślałam….bardzo głupio:(

Trochę drobnej pracy, rozstawianie namiotów biura zawodów, naszego namiotu Norafsportowego…
Cała ekipa powoli się zjeżdża… fajnie:_):)

Dzień przepiękny – nad Trampem w Cisnej słoneczko cały dzień….żyć się chce.

Sobota – pobudka o poranku. Trochę pracy w biurze zawodów, potem zmyknęliśmy do naszego namiotu rozkłądać towar. Zależało nam na tym, by dobrze ustawić rzeczy, dlatego, że pierwszy raz pokazywaliśmy prawie całą kolekcję Thoni Mara, nowej marki, którą jako pierwsi mamy w sklepie w Polsc:) Produkty fajne, dlatego warto je pokazać by luzie zobaczyli jaki to materiał, jaka jakość – a jedno i drugie fajne:)

Kosmiczna folia – nasza Foczka postanowił przetestować jak to działa – a wygląda to kosmicznie. Pomysł jednak jest zajebisty na zimne dni.
IMG_0485

Z godziny na godzinę coraz więcej ludzi…Monia i Aleksandra.

467

424

Ukochane Ryki (mniam mniam mniam) i piwko Rzeźnik:):)

380

Niedziela.
Wczesna pobudka – przybiegłyśmy z Anią kilka minut przed startem. Wtedy jeszcze myślałam, że pobiegniemy razem. W prawdzie moje zakwasy odczuwałam wychodząc na 2 piętro w hotelu, ale stwierdziłam, że przecież jak się rozgrzeję to już nie będzie tak źle. Chyba moja naiwność jednak nie jest ograniczona:(

Ruszyłyśmy na spokojnie – i do 13 km było całkiem nieźle – ale to jeszcze nie były góry – lekki podbieg. Niestety pierwsze podejście i koniec. KONIEC. Moje mięśnie mówią NIE, mój mózg chce coś zrobić, ale chyba nie ma mocy nad ciałem. W głowie krew pulsuje na maksa.
Mówię Ani by biegłą sama, że ja nie dam rady, że nie mam mocy. I każdy kolejny krok w górę, to ból… mięśnie jakby nie dawały rady. Zakwaszone, spięte… zmęczone:(
Gdy w głowie zaczyna świtać myśl, by zejść z trasy – to już oznacza, że jest totalna klęska. A ta myśl zaświtała mi od razu jak tylko Ania zniknęła mi z oczu.
Wiedziałam, że nie dam rady. Ale postanowiłam, że do 26 km – czyli do kolejnego
punktu postaram się dotrwać tak by nie bylo to aż tak tragiczne.
Zbieg chyba jakoś mnie ożywił… myśl, że zaraz punkt odżywczy dodawała mocy…i ten TIGER od Foczki, który kilka minut wcześniej sobie nogę skręciła – BEZCENNY!
Budziłam się do życia – razem z moim ciałem… ale w przeciwieństwie do większości biegaczy – wiedziałam co mnie czeka kilka kilometrów dalej. Fakt – w maju widziałam tylko początek i to z samochodu, ale myślę, że było to wystarczające.
Biegnę – nie idę – to chyba coraz lepiej….
I tuż przed podejściem na Hyrlatą słyszę uskrzydlające słowa z usta Jacka:
„Faronka, a co Ty się opierdalasz wio do góry”….hm… hm…To przeż nie mogłam się opierdalać, a że pierwszy kilometr…podejścia pod Hyrlatą – to prawie ściana – więc zaczęła się wspinaczka…długa… nawet bym powiedziała bardzo długa.
Jak Foczka powiedział – tak go posłuchałąm i co godzinę jadłam jakieś tabletki z solami czy cholera wie co – i moja śmierć przy podejściu pod Hyrlatą – nawet zaczęła stawać się życiem..
Co było fajne, że oczywiście czułam zmęczenie i zmęczenie mięśni, ale czułam, że moje mięśnie w końcu zaczęły pracować, że nie jest tak źle jak przy pierwszym podejściu.
Trochę nie przemyślałam sprawy z piciem – nie napełniłam na 26 km bukłaka i w połowie Hyrlatej już mi brakło.Ale co tam…
Biegłam już równo -biegłam już z radością – nie bólem….
38 km – nasze chłopaki :):):) i cudownie działające piwko, które wypiłam …szybko:):)
OŻYŁAM:):):)

Okrąglik – nie był już dla mnie zmorą jak rok wcześniej – nawet się cieszyłam, że to tam będziemy kończyć… prawie tam…
Na ostatnim przed metą punkcie pomiaru byłam 200 – co w sumie nie jest źle i byłam i tak w pierwszej połówce biegu, ale bieg zakończyłam na 153 miesjcu i 16 miejscu wśród Pań:):)
Biorąc pod uwagę moją fatalną dyspozycję dnia, zakwasy z przed tygodnia i stanie cały dzień (w sobotę) sprzedając towar – uważam, że było całkiem nieźle…
Genralnie – lubię długo:) wtedy daję radę – jakoś:):)

Wielkie gratulacje dla Ani i Moni,które przebiegły swój pierwszy ultra – a Ania w dodatku na miejscu 7 wśród kobiet (6 gdyby nie głupie zachowanie 2 chłopaków). Ania – Monia – jesteście wielkie:):)

Oznaczenie trasy – nie było miesjca, żeby się zgubić, nie było takiej możliwości – oczywiscei Robert taką możliwość znalazł – ale on to potrafi:)

Co mnie wkurwiło – głupkowate teksty niektórych biegaczy. Że trasa za mało pofałdowana, że za dużo błota na końcu i się nie dało ścigać, że za ostre podejścia. LUDZIE – jak nie wiecie gdzie jedziecie i co chcecie robić – to kurna nie pieprzecie głupot.
Błoto – stanowi naturalną częśc biegów górskich – jak ktoś chce mieć czyściutkie buciki – to niech spada na bieżnię, lub na asfalt (ale tam trzeba uważać jak leje bo kałuże się robią, a służby miejskie tego nie sprzątają).
Jak za ostre podejścia – to zapraszamy na Noraftrail – u nas jest łagodniej.

Przede wszystkim, polecam wszystkim przd biegiem i przed zapisaniem się na jakikolwiek bieg górski zapoznanie się z trasą, profilem trasy – a jak go nie ma to wzięcie zwykłej mapy (bo takie coś jeszcze istnieje) i przeglądnięcie trasy biegu na mapie – a nie pieprzenie potem na mecie czy obsmarowywanie organizatorów biegów na Facebooku.
Ludzie – biegi górskie to nie przedszkole – trzeba uruchomić mózg – jak jest. Jak go nie ma to lepiej zostać na bieżni, ona sama prowadzi!!!!

608

Koszyce Maraton…najpiękniejszy maraton na jakim byłam…czyli piękne pożegnanie z maratonami asfaltowymi

Koszyce Maraton

Najstarszy maraton w Europie – 2 najstarszy (po Maratonie Bostońskim) maraton na świecie…
Tradycja i doświadczenie…i zajebista atmosfera, atmosfera, jakiej nie spotkałam na żadnym maratonie.
90 edycja Koszyce Maraton …

Przyjechaliśmy do Koszyc z Marią i Jackiem w sobotę. Na drogach pustkich, popołudniu w drugim co do wielkości mieście Słowacji praktycznie pustki jak na drogach.
Stwierdziliśmy, że coś jest nie tak, coś dziwnego – jak takie piękne miasto, w przeddzień tak wielkiego wydarzenia jest tak puste??!!
Tak było…ale z godziny na godzine, na ulicach pojawiało się coraz więcej ludzi – bo przecież wieczorem impreza – pokazy światła.

Postanowiliśmy iść po pakiet i ja tradycyjnie musiałam zjeść prażony syr. Nie ma bata by przygodę na Slowacji rozpocząć bez syra:)
Po naszym obiadku, postanowiliśmy przejść się na miejsce, gdzie wydawane są posiłki z pasta party – a tu nas spotkała niespodzianka.
Mimo, że byliśmy 20 min przed końcem, panowie z ochrony nas nie wpuścili – bo jak stwierdzli – nie zdążą a zaraz po pasta party jest tam inna impreza. Czyli nie ma się co przejmować że na pierszej edycji Noraftrail dla 4 osób brakło jedzenia 😉

Ale to była jedyna mała wtopa tego maratonu. Zaczęłam od wtopy, bo teraz zacznę wychwalać.

Impreza ze światłami była bardzo fajna.
Improwizacja świetlna na budynkach – przepiekne.

IMG_0459

IMG_0459

Zaraz po improwizacji świetlnej rozpoczęło się oficjalne rozpoczęcie maratonu i zapalenie ognia maratońskiego. Gościem tej uroczystości był między innymi dyrektor Boston Maraton:

IMG_0460

IMG_0461

Po drodze do hostelu Laco z Eriką towarzyszli nam w zwiedzaniu na przykład takiego czegoś:

koncert pośród górek pokrytych płytami CD
IMG_0469

Poranek przed maratonem:
Kawka śniadanko i w drogę na start.
Start pólmaratonu i maratonu odbył się jednocześnie, ale te 2 strefy były oddzielone, czyli nie było promlemu z tym, że półmaraton biegnie jednak szybciej i start odbył się bez przepychanek, a dodatkowo – panie ( a było ich ok 200 na maratonie) startowały z 2 strefy – tak blisko startu na maratonie asfaltowym jeszcze nie byłam. Pomysł niesamowity:)

A od samego rana na ulichacj Koszyc – pełnia życia. Miasto żyło. Miasto przygotowane na kibicowanie. Miasto przygotowane na zabawę!!!

10685406_580072118787902_7771013585613693278_n

Ostatni mój dłuższy bieg po asfalcie- to Maraton Roztoczański.
Biegałam po asfalcie, ale bardziej w celach lekkich treningów – czyli trucht do 20 km, po biegach górskich. Cały sezon tylko biegi w górach.
Ale wystartowałam z tempem ok 5:00 min na km i wydawało mi się, że jakoś strasznie wolno biegne. Ale mimo, że jakieś doświadczenie mam – nie wpadłam na pomysł, by zwolnić od razu.
I tak do ok 30 km leciałam na życiówke – co w sumie powinno mnie zastanowić – jak mogę zrobić życiówkę nie trenując – ale przecież cwaniara to może się uda…ale się nie udało.
Mimo, że doping kibiców był po prostu niesamowity, byli nawet w parku i na ulicach za centrum miasta, cały czas, od samego staru kibicowali, grali, puszczali muzykę – nie udało się utrzymac tempo – i wyskoczyła ściana – ściana masakryczna.
Od 30 km straciłam 7 min. I wyszło zamiast 3:33 – 3:34 – 3:40:03…
Ale i tak jestem zadowolona 3:40:03 – to mój 3 najlepszy rezultat w życiu!!:):)

Wymordował mnie maraton masakrycznie. Mięśnie dawno nie używane czułam bardzo. A to czego nienawidzę na asfalcie – to odgnioty/odciski na małych palcach. One są nieuniknione, w każdych butach – takie palce. Niestety to boli bardziej niż mieśnie. A najgorzej było po biegu ubrać buta na nogę i iść.

Medal jest – piwko jest:):)

10672255_580073175454463_6560570996476484486_n

10646646_580072362121211_7453702795951973652_n

Organizacja biegu – rewelacyjna. Punkty z wodą – co chwilę – idealnie, nie ze sobą ( no może żela). Policja -aż ich polubiłam – pomocni, kierowali ruchem świetnie.

Koncerty na trasie – super dopingujące.
Miasto – pięknie przygotowane, samo miasto – przepiękne.

Jedno mnie tylko dziwi – po jasną cholerę ludzie tak pchają się na maraton w Nowym Jorku – gdzie nie ma co oglądać oprócz nowych budynków i sklepów – zamiast przyjechać do Koszyc i podziwiać piękną architekture i wspaniały klimat.
Ok 1500 biegaczy na 90 edycji maratonu? To chyba mało – ale może i dobrze – bo klimat jest niezapomniany:):)
10665741_584592788330700_921068785571801223_n

Pierwszy raz rózwnież testowałam odzież Thoni Mara – bo przecież jak się chce coś sprzedawać to trzeba samemu przetestować:) Koszulka świetna – przylegająca do ciała -nawet jak się pare razy polałam – to nie czułam tej wilgoci. Koszulka nie obciera, miła w dotyku – a kolor – zajebisty. Oczywiscie opaskę tez musiałam dorzucić:):)
Fiolet jest mój:):)

10325518_580073062121141_4310991533880845307_n