Rzeźnikowo….

W tym roku Bieg Rzeźnika rozpoczęliśmy wyjątkowo wcześnie.

Już we wtorek 17.09 bylismy w Bieszczadach.

Tym razem – nie tylko mieliśmy biegać w czasie tych pięknych dni, ale również trochę pracowaliśmy. Gdy przyjechaliśmy na Orlik zastaliśmy tam tylko dzieciaki, które właśnie miały lekcje w-f. Jednak  już po króŧkim czasie dołączyła do nas „Ciotka” Marta i cześć „Rzeźnickiej ekipy”.

Najpierw akcja – płoty, bramy…

20140618_170736

Potem Orlik…Pan Prezes mysli …

IMG_3735

Do czwartku jakoś zleciało – i 19.06 z samego rana przygotowalismy nasze stoisko sprzedażowe.

079

I ruszyło biuro zawodów a w raz z nimi tłum biegaczy na Orliku.

Cały dzień stania przy stoisku, pokazywania. To męczące – ale miłe:)

Ale biegacze potrafią i dać w kość, i mimo woli  i chęcia bycia uprzejmym – nerwy po prostu puszczają. Puszczają wtedy gdy kilka osób naraz zapytuje po raz  kolejny czy jednak bluzy Rzeźnickie są dokupienia, mimo, że już kilka razy dostali odpowiedź, że jak zostanie to będą. Nie ma to znaczenia – kolejne pytania – a może jednak są, może gdzieś odłożone i nie zwracają uwagi, że my obsługujemy innych w tym momencie – bo „ON” biegacz jest najważniejszy. Kilka osób po prostu mnie rozbroiło brakiem jakiejkolwiek kultury…ale nic…

Piwko Rzeźnickie – trochę dało znieczulicy na takie zachowanie – a wspaniała ekipa Rzeźnicka i BBLowska dała energii do pracy.

A już przy wspaniałej muzyce Jan Gałach Band… rozpłynęłam się:)

https://www.youtube.com/watch?v=kd-2G1sjp9Y

Ale nic… noc nadciąga trzeba było się położyć i spać – bo po 1 w nocy pobudka.

Zmęczona po całym dniu nie mogłam usnąć – chyba trochę za głośno jak dla mnie.

Więc wyszło, ze spałam tylko godzinę. W nocy zimno – ale adrenalinka już jest.

Pobudka 1:10  – kanapka, kawka i do autobusów  – trochę się pogrzać.

A w Komańczy – nasza kochana Kinia już na posterunku. I po chwili cała reszta.

Nawet Wojtek z Maćkiem się odnaleźli w tym dzikim tłumie.

Odliczanie  – start….

Taktyka jest – pierwsze kilometry można na spokojnie biec, bo to asfalt i szutr – później już delikatnie.

20 km – widzę, że Młody coś wolno wchodzi po  górę – jakby to spacer niedzielny było – więc się trochę wkurzam i go opieprzam… i po kilku minutach  dostaję za swoje.

Kostka  po 2 tygodniach stabilizacji ( w miarę) się znowu skręca/czy przekręca. Boli jak cholera. Ciemno przed oczami, więc by nie zemdleć – musiałąm kucnąć i porzeczekać trochę. Wstaję i staram się jakość iść – ale boli… ale sobie myślę, że przecież mam plasterki przeciwbólowe – ale już samo rozwiązanie sznurówki i wyciągnięcie nogi będzie bolało- decyzja = rozchodzę!  I tak pomału, przeszłam do truchtu, przy zbiegach bardzo bardzo wolno …. i … po kolejnych kilku kilometrach – kostka rzekręca się drugi raz 🙁

Tym razem  ból był tak masakryczny, że musiałąm od razu usiąść. Głowa w dół – i chwila przeczekania. W całej tej sytuacji wcale nie najgorszy był ból kostki, a świadomość, że zaraz stracę przytomność i nie wiadomo co będzie dalej.

Czuję, że dobrze nie jest – że jest problem z położeniem stopy na podłożu nie mówiąc o tym by biec. Ale człowiek głupi nigdy nie mądrzeje… przygotowałam „zmrażacz” przy plecaku i co? Oczywiście, zapomniałam – a tak zawsze byłoby trochę lżej.

Tym razem trzeba buta ściągnąć i okleić plastrami. Do tego przeciwból (niebieskie cudeńko)

I po kilku minutach mogę iść, po kilkunastu biegnę- skupiając się na maxa na podłożu.

Dobiegamy do Cisnej… Darek z HiGeen ratuje mnie mao maścią, obsługa służb medycznych – mrozi i bandażuje a ja sobie z nerwów wypalam papierosa…

W Cisnej spotykamy Bożenę, która też nie miała lekko. Kolano rozwalone, okrawawione…

Ale walka jest – więc biegniemy dalej. Stopniowo zanika ból kostki – to chyba przez atak przeciwbóli z każdej strony. Mogę szybciej.

Do Smereka ile sił w nogach ( a nie było ich jakoś dużo) po bułki.

I tu energi dodają nam nasi uśmiechnięci chłopcy, a przede wszystkim Marek z Mikołajem:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Młody po dwóch bułkach nabiera sił  i możemy rozpocząć akcję ” długie podchodzenie” na Wetlinską:).Spotykamy naszych kochanych Marasków i Gezjów:)

 

W sumie jest całkiem nieźle – humor mi się poprawił, ożyłam trochę – i postanowiliśmy już na szczycie, że przecież musimy poprawić czas i mimi, że nie od początku zaatakujemy.

Zbieg z Wetlińskiej jakoś nam poszedł.  Było dość szybko, ale w miarę ostrożnie – tak by oszczędzać kostkę. Tu kijki odegrały ogromną rolę – bez nich pewnie kostka by cierpiała jeszcze wiecej. Przy Berhah – Mirek nas ratuje cudownym chmielowym napojem izotonicznym  – i kurna, moc lepsza niż na starcie. Atakujemy Caryńską – do połowy biegiem, jest energia, jest siła psychiczna…. wyprzedzamy kolejne pary…

O i jest…. Caryńska-  przepiękna – ale niestety nie ma czasu na widoki – trzeba patrzeć pod nogi bardzo uważnie…

Mijamy się z Mirkiem Madejem – i tak już przez kilka kilometrów mijamy się co chwila.

Altanka – czyli zostało z jakieś 2 km…. zbiegamy jeszcze szybciej – jest moc – za 2 km będzie Ciotka na mecie, piwo na mecie… będzie moc!!!

Już ostatnie metry….i jest!!!!

Medal od Ciotki, piwko w ręce… i cudowny, przepyszny makaron z Brzeziniaka…

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A wieczorem koncerty i wspaniała zabawa:)

 

Sobota… :):):) Chyba tyle wystarczy!

 

Oczywiście nie mogę tu nie wspomnieć o biegu zwanym Mila Piwną.

Mimo złej pogody – zabawa była przednia i atmosfera świetna.

OTK RZEŹNIK – KOCHAM WAS WSZYSTKICH!!!!!!!

 

125

 

 

 

 

 

 

Sowa….Wielka…Mistrzostwa Europy i Mistrzostwa Polski weteranów

W dzień gdy najsilniejsza światała moc – ta góra się ukryła bo jest Sową…do tego Wielką Sową:)

 

20140614_114938

Bieg na Wielką Sowę – mój pierwszy poważny bieg w stylu alpejskim.

Trasa – całkiem łatwa – i może gdybym nauoczna doświadczenie z przed tygodnia przeczytała i regulamin i zobaczyła profil trasy – to pewnie i wynik byłby trochę lepszy.

A tu wystartowałam sobie na końcu stawki, która z resztą też nie bła wielka.

Powoli, powolutku – bo przecież prawie 10 km w górę… tak myślałam…

Więc aby oszczędzić organizm (ostatni antybiotyk miałam zażyć wieczorem – więc  trochę się balam  biec na wysokich obrotach) rozpoczęłam bardzo wolno – 3 km wolno…. 4 wolno…

a tu zaczynają się zbiegi… no trochę zgłupiałam – bo do tej pory żyłam w przekonaniu, że biegi w stylu alpejskim – to takie, w których trasa prowadzi tylko w gorę.

No to sobie zbiegam – równie powoli – bo trzeba zobaczyć jak kostka się spisuje po skręceniu z przed tygodnia – ale  było całkiem nieźle więc trochę przyspieszyłam.

Ostatnie kilometry – to w sumie teren praktycznie płaski i tylko ostatnie 500-600 metrów na koniec to podbieg – nawet nie taki stromy  – do mety.

Podobało mi się bardzo – nie zmęczyłam się – bo taktyka była na bieg  9,5 km pod górę.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A, że stając na mecie wiedziałam, że jak dokończę bieg będę druga – bo tylko 2 kobiety były – w tym ultraszybka Dominika – więc bieg na spokojnie dawał dużo radości.

Pewnie wrócę tam za rok – mocniejsza…

IMG_3734

 

Noraftrail – czyli moje totalne nakręcenie….:)

W sumie to musze tu podziękować i Elizie i Kubie-  bo to po ich biegu, nakręcona wpadłam na pomysł organizacji swojego biegu:)

A, że Robert podsunął miejsce – czyli Beskid Wyspowy, Jarek przygotował trasę – a my wszytsko dopinamy – to już 27.09.2014 – będziecie mogli pościgać się po pięknym terenie wokół Mogielicy, a na UltraNoraftrail  – będzie możliwość zapoznania się z trasami na Dzielec i Łopień.

Ja się cholernie cieszę, bo to daje mega kopa i chęć do działąnia i robienia czegoś fajnego.

Czy wyjdzie – mam nadzieję – z takimi cudownymi ludźmi nie może nie wyjść.

A jakby ktoś nie wiedział to mimo, iż strona jeszcze nie jest do końca zapełniona – zapisy ruszyły i już kilkunastu śmiałków mamy:):)

 

http://noraftrail.pl/

noraf trail

 

 

Marduła…. cudownie…bardzo ciepło… i brąż „brata”:)

Marduła…. w sumie pojawiłam się tam przypadkiem – bo nie planowałam biegać po Tatrach, po Biegu Granią w tamtym roku. Jakoś chyba za trudne mi się to wydawało.

Ale namowy były skuteczne i  w sobotę 07.06.2014 o godz 7 rano stanęłam na starcie. 3 Farony w jednym biegu – tego jeszcze nie było:)

Stanęłam przy końcu, bo cóż można było powalczyć gdy 2 dni wcześniej stan podgorączkowy i kolejny raz zapalenie gardła i trudności w przełykaniu. Więc postanowiłam bardzo spokojnie, by nie dojechać się całkowicie.

Pogoda była przepiękna – więc zdając sobie sprawę, że będę biegła/szła nie za szybko wzięłam aparat:) A widoki cudowne.

IMG_3480

 

 

Spokojnym biegiem dotarliśmy do szlaku na Nosal – i w sumie to cieszę się, że się nie spieszyłam – bo zrobiła się kolejka konkretna.  Za to miałam możliwość porobienia kilku fot:)

IMG_3521

Zbieg z Nosala mocny, ale bardzo przyjemny.

A w ogóle – dawno żaden bieg nie dał mi tyle radości z biegania. I to nie tylko okolice, piękne widoki – ale po prostu biegło mi się rewelacyjnie. Podchodziłam spokojnie – bo bałam się by bardziej nie cierpiało moje zmasakrowane gardlo – ale w czasie biegu praktycznie nie zwracałam na nie uwagi. Było na prawdę bosko:)

Kilka minut do Kasprowego – dziewczyny krzyczą, że za 15 min limit…a ja nie miałam nawet pojęcia, że jakiś limit jest. Na spokojnie sobie biegałam podchodziłam – a tu taki cios…

A ja dopiero siły zbierałam…. i limit? WTF???

Ale chyba to też dodało mi mocy… bo takiego zbiegu w górach dawno nie miałam.

Poczułam dziwną moc, że chce mi się naparzać, pragnę szybkości, mam moc w nogach, bo nie domęczyłam ich na podbiegach – więc mogę szybko zbiegać… i puściłam się na całego.

Wyprzedziłam sporo ludzi, zbiegało się zajebiście, mimo, że technicznie było to trudny zbieg – ale nie zważałąm na to uwagi. I tak leciałąm jak szalono w dół Kasprowego.

Mijam kolejnych zawodników – już tylko kawałek i będą Kuźnice – i… spotkałam kumpla.

Kilka słów – chwila dekoncentracji – i skręcona/ zwichnięta/ nadwyrężona (nie wiem co to było, ale cholernie bolało) kostka  prawie na płaskim:(:(:(

To się nazywa szczęście. Zostały ok 2 km do Kalatówek w górę – ale już niestety wolo i uważnie – bo każdy nieuważny ruch stopą – to ból. Ale to nie miało znaczenia.

Na trasie Halinka dopinguje – nasz Pani „gospodyni”  – pozytywnie pokręcona kobieta:)

Ostatnie metry – dobiegnę… i jest jest jest META!:):)

I na mecie wspaniała wiadomość, że „brat” Robert został brązowym medalistą Mistrzostw Polski w Skyrunning:) Ale to cieszy. Młody Junior (Zigi) -też przede mną z pozytywnym nastawieniem.

Relaks na Kalatówkach, krótkie spotkanie ze służbami medycznymi, opatrunek, piwko i w dół.

Jedno wiem – jadę tam tez za rok- choćby nie wiem co!!! I czas będzie dużo lepszy – 3:40 – to max!

Czyli wychodzi na to, że już na następnym rok i mam zaplanowany kalendarz biegów:):):)

🙂

 

O plecakach…. Raidlight Endurance…

Góry, pagórki, dlugie wybieganie….

Próbowałam z pasem biodrowym – generalnie na krótkie odcinki jest ok, tam gdzie jest dostęp do picia w miarę łatwy – też ok. Ale już podczas długiego biegania w górach plecak to podstawa.
Podczas Gorce Maraton 2013 biegłam w Salomonie pożyczonym od Wojtka – i mimo, że był lekki, nie czułam się w nim komfortowo – skakał po plecach, nie wygodny. Niby pomieściłam co trzeba ale czułam, że podczase biegu cholernie mi przeszkadza.

Jak tylko udało nam się dograć warunki współpracy z dystrybutorem marki Raidlight postanowiłam, że sama wypróbuję ten plecak. I biegam w nim już od października.

Plecak Raidlight Endurance 14L  – jest niesamowicie wygodny.

Układa się na plecach idealnie, a jak dobrze dopasować i wyregulować pas biodrowy, plecak trzyma się idealnie, nie skacze, nie przeszkadza w czasie biegu.

Na szelkach 2 kieszonki do których można sobie schować żele lub batony. W kieszonce pasa biodrowego mieści się sporo.

łatwo się otwiera w czasie biegu. Dobre wejście na bukłak.

IMG_2161

IMG_2113

W środku zamykana kieszonka na dokumenty.

Wewnątrz plecaka 2 komory. Po bokach 2 kieszenie na bidon, lub  inna rzeczy przydatne podczas biegania.

Jak się zastanawiacie nad plecakiem – to polecam właśnie ten model – zwłaszcza, że cena w porównaniu do innych plecaków biegowych nie jest kosmiczna i wynosi ok 279-289zł

U nas znajdziecie kilka kolorół

www.norafsport.pl

Chojnik Maraton – czyli początek sezonu Skyrunning w Polsce …

Chojnik Maraton….

Już w tamtym roku nasz kochany Boberek tak wychwalał Chojnik Maraton, że już wtedy postanowiłam tam pojechać:) Super trasa, super atmosfera…. i wszystko  było tak samo w tym roku – Maćko nasz zapomniał dodać, że trasa zajebiście ciężka i ” dziewczynko nie wiem czy dasz radę”  – tak, to właśnie zapomniał dodać, a ja… no pojechałam.

W czwartek zabrałam koszulki z drukarni, zapakowałam bramę startową do bagażnika i w drogę. Nocować miałam w namiocie na polanie, gdzie w piątek miało się mieścić biuro zawodów.

Dostałam info od Daniela (organizator), że będzie możliwość rozbicia namiotu tam z czwartku na piątek, z tym, że jak przyjechałam okazało się, że Pan właściciel łąki – nie pozwoli mi tam spać, w troscie oczywiście o moje bezpieczeństwo….zaprosił mnie więc do siebie…wynegocjowałam rozbicie namiotu u niego w ogródku, dzięki czemu byłam zajebiśie bezpieczna.

W piątek powoli zjeżdżała się cała ekipa. Najpierw przyjechała Ewka z chłopakami, w sobotę rano spotkałam Roberta.:) Tak od początku jakoś liczyłam, że będzie mocna walka naszej ekipy NORAFSPORT:) Ale nie zakładałam tego, że ja się tak wykończę.

Początek trasy cudowny – biegnąc przez las widzisz zajebiste wodospady, skały porozrzucane po lesie – wspaniałe widoki – tu jeszcze można się nimi zachwycać, gdyż podłoże pozwala na to, później już było gorzej – trzeba się było patrzeć pod nogi by nie upaść gdzieś ….

Mimo, że wydawało mi się, że na początku nie było tak źle – to moja mina z foty pokazuje, że chyba dobrze nie było…:(

10439347_305555776277201_1788483925950242126_n

Generalnie – do pierwszego zbiegu na ok 20 km nie było źle.

10346631_305555732943872_7985558470062736801_n

Ten zbieg był na prawdę dość mocny, bo kamienie duże, śliskie a na dodatek leciała

po nich woda – więc trzeba było na prawdę bardzo uważać, by sobie kostki nie skręcić.

Moja tylko się lekko przestawiła ( po BUT 55 nie może jakoś wejść na swoje miejsce), ale na szczęście nie było opuchlizny i po kilku minutach przestałą boleć:)

Kilometry jakoś sobie leciały i było nawet ok… oczywiście kolka wątrobowa już dawała o sobie znać:( Ale trudno….

Po drodze mieliśmy atrakcje – np. koledzy ściągali spodenki i ganiali w slipach -:):)

Oraz były inne atrakcje przyrodznicze -wspaniały krajobraz.20140531_11044520140531_110458

I właśnie gdzieś w tym miejscu moja energia i siły się zaczynały kończyć…

i kończyły się długo…i boleśnie…

Ostatni zbieg – zamiast dodać mi mocy – był koszmarny. Oprócz kolki, zbierało się na wymioty – to chyba z wymęczenia organizmu -więc co kilkanaście metrów na tym zbiegu musiałam stawać – ale miałam wkurwa – bo przecież zbiegi idą mi całkiem fajnie i mogłam tu trochę czasu ugrać, a tu taka wtopa…. jak 2 lata temu na Cracovii…

Walczyłam głową, by coś biec i iść, i tak na zmianę… ok 41 km – radosna i szczęśliwa liczę, ze za 6-8 min będę na zamku wypiję piwko…. siądę…

Ależ nie …na 42 km spotykam Pana, któ¶y mówi, że jeszcze ok 2 km…

Trzeba walczyć dalej – a tu ciało w rozkładzie nie słucha mózgu… skręt na zamek – ponad km i będę na mecie… i pod górę… ciemno przed oczami… kurwa, jeszcze tego brakowałao bym zemdlała na 1 km przed metą. Więc walczę dalej – już nie kolka, nie wymioty – tylko ciemności… porażka – kilka metrów truchtu postój, kilka kroków chodu  – postój…schody … umieram…. dalej schody…. umieram bardziej… pani z aparetm robi ostatnie zdjęcie – jak się tu uśmiechnąć jak się jest już trupem? Ciężko…ale słyszę już ludzi, słyszę głos chłopaków zapowiadających zawdoników…i resztkami sił wkraczam na metę na Zamku Chojnik… niestety nie przebiegłam… wkroczyła…

Ale odżyłam jak dowiedziałam się, że Robert jest drugi, a Ewka pierwsza – i cała reszta również zajebiście pobiegła:):):)

Na szczęście w zamku był bar, a w barze napój po którym wracam do żywych – i jak wypiłam – mogłam zejść na dół  – 2 km do naszego pola namiotowego.

Bieg był zajebiscie trudny – według mnie to najtrudniejszy bieg na jakim byłam ( mimo, że Perun miał więcej przewyższenia, było do kitu z pogodą – biegło mi się go dużo lepiej i lżej).

Trasa wymagająca i ciężka. I tak chyba wydaje mi się, że to że zakończyłam ten bieg – to jest sukces, a czas koszmarny – bo chyba jeszcze nie jestem aż tak dobrze przygotowana na takie ciężkie biegi i pod względem technicznym i wytrzymałościowym. Po prostu organzim jeszcze jest za słaby. Trzeba dużo pary mieć w nogach i sił ogólnych by ten bieg dobrze przebiec.

profil

Bardzo się cieszę z mojej ekipy – I Robert i Ewa pobiegli czadowo – na prawę jest to dla mnie nie do pojęcia jak można na tak trudnej trasie złamać 4 h – a Robertowi się to udało.

Wielki SZACUN!!!!!

IMG_3446

IMG_3454IMG_3465

 

Wieczorem fajne ognisko z kiełbaskami i piwkiem:)

A dziś…kurna, no nic nie czuję – zero zakwasów bólu jakiegokolwiek….

Czy można zrozumieć ciało?  – Ja go nie rozumiem! Powinnam umierać, czuć, że wczoraj było dorypanie – a tu nic… nie wiem…

20140601_100618

Róża Ewki była w bucie, moja suszy się w samochodzie przed przednią szybą – ma mi przypominać, że dużo pracy przede mną  – i że za rok będzie lepiej:)

Bo oczywiście jadę za rok!!!:)